Kolczasty na zewnątrz, w środku ma żółty miąższ o kremowo-maślanej konsystencji. Z powodu silnego i charakterystycznego zapachu jest zakazany w biurach i komunikacji publicznej. Durian pochodzi prawdopodobnie z Borneo i Sumatry, skąd został przewieziony na Półwysep Malajski i do Tajlandii, a stamtąd do innych części Azji Południowo-Wschodniej.

W Malezji rocznie produkuje się ponad 300 tys. ton tych owoców - zdecydowaną większość na eksport. Ale trwająca pandemia sprawia, że w tym roku miejscowi producenci zabiegają głównie o malezyjskich klientów.

Simon Hun, właściciel ulicznej restauracji w George Town, stolicy stanu Penang, wypełnił ją kolczastymi owocami, a na stoliku ustawił pojemniki z ich gotowymi do spożycia kawałkami. Nadchodzi szczyt sezonu. - W Malezji o durianie krążą legendy" - mówi. - Na przykład o przypadkach śmierci tych, którzy zjedli go za dużo albo popijali mocnym alkoholem. Faktycznie lepiej tego nie robić, bo w owocach są substancje, które wpływają na metabolizm - wyjaśnia.

Gorące dyskusje budzi ich złożony smak i specyficzny zapach. "Wszystko zależy od odmiany, a są ich setki" - uśmiecha się Hun. Czasem mięsisty miąższ jest słodki albo słodko-gorzki, niekiedy z kwiatowym albo orzechowym posmakiem. Są tacy, którzy uważają, że ma w sobie coś ze smaku ryby i cebuli. Z kolei jego silny, słodkawy zapach niektórym kojarzy się z benzyną. Choć przez wielu zapach ten jest uważany za "śmierdzący", to durian ma dużą grupę zwolenników. Może być składnikiem dań curry, dodatkiem do lodów, ciastek i czekolad, ale najczęściej jada się go na surowo - i prawie nigdy w samotności.

"Zwykle odbywa się to tak, że znajomy farmer dzwoni do mojej mamy, kiedy ma wyjątkowo dobrą partię. Jedziemy na miejsce i odbieramy zapakowany towar, a w domu dzielimy się ze znajomymi" - opowiada Faizal, student z Penangu. Jeszcze popularniejsze są "polowania na durian" - podmiejskie wypady z krewnymi albo przyjaciółmi, w czasie których kolczaste owoce otwiera się i je na świeżym powietrzu, przy osobnych stoiskach albo bezpośrednio na farmach.

- Jestem wielbicielką duriana - mówi pochodząca z Kuala Lumpur 70-letnia gospodyni domowa Smriti Chawla. - Tylko że w mieście zawsze jest za drogi i niezbyt świeży, więc żeby go dostać, jeździmy z rodziną do okolicznych wsi. Dla mnie to też okazja do spędzenia czasu z wnukami - dodaje.

Jednak trwająca pandemia zmusiła smakoszy do zmiany długoletnich przyzwyczajeń. W większości stanów zakazano sprzedaży durianów z poboczy dróg, a kupującym zabroniono odwiedzania plantacji, z których wiele było nastawionych właśnie na wycieczkowiczów. Miejscowe media zaczęły donosić o przypadkach karania grzywną grup, które mimo zakazu spotykały się, żeby wspólnie skosztować żółtego miąższu.

Dobrym z perspektywy klientów skutkiem zakłóceń w handlu są spadające ceny. Odkąd w Chinach wprowadzono restrykcje związane z rozprzestrzeniającymi się zakażeniami koronawirusem, durian potaniał o połowę. Na przykład odmianę musang king, wcześniej kosztującą 55-60 ringgitów (50-55 złotych) za kilogram, dziś można kupić za kwoty rzędu 25-30 ringgitów. Miejscowi, którzy od lat narzekali na rosnące, bo pompowane przez ogromny chiński popyt ceny kolczastego przysmaku, odetchnęli z ulgą.

- Niektóre wiejskie odmiany mogą w tym roku kosztować nawet pięć ringgitów za kilogram - ekscytuje się pan Teh, taksówkarz, który od dziecka zajada się durianami. - Ale żeby je dostać, trzeba się dobrze najeździć po farmach i być prawdziwym znawcą. Najważniejsze to umieć rozpoznać, które owoce są dojrzałe i dobrej jakości - wyjaśnia.

Właściciele plantacji i sprzedawcy mają więcej powodów do zmartwień, bo trudno im sobie poradzić z nadwyżką owoców, których nie mogą kupić klienci z Chin. Część sprzedawców dostała zezwolenia na wykupienie specjalnie wygospodarowanych miejsc na targowiskach. Inni oferują swój towar w mediach społecznościowych, z opcją dostawy do domu. Zainteresowani są, choć wielu klientów narzeka, że przez internet nie da się sprawdzić jakości tego, co się kupuje.

- Ludziom jedzenie duriana kojarzy się ze spotkaniami z innymi - mówi Simon Hun. "Na pewno i tak nie przestaną kupować, sam sprzedaję dużo, ale brakuje im rozmów i atmosfery pikniku, która kojarzy się z polowaniami na durian. Wszyscy liczą na to, że najdalej za kilka tygodni rząd zniesie ograniczenia i znowu będzie można ruszyć do wiosek" - uśmiecha się sprzedawca.