W Sopocie rozpoczęło się nieformalne spotkanie ministrów ds. europejskich 27 krajów UE poświęcone nowemu wieloletniemu budżetowi UE, które jest pierwszą okazją do bezpośredniej wymiany zdań między płatnikami-netto jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja a krajami, które jak Polska są beneficjentami netto unijnej kasy.

- Te negocjacje będą wyjątkowo trudne, bo taki jest klimat w Europie: on nigdy nie był tak zły i tak nacechowany rozmaitymi egoizmami, ale mam nadzieję, że propozycja budżetu (zgłoszona przez Komisję Europejską) się obroni - powiedział Lewandowski dziennikarzom przed rozpoczęciem spotkania.

Tłumaczył, że KE musiała wziąć pod uwagę stanowisko najbogatszych krajów UE, które najwięcej wkładają do unijnej kasy, a teraz są "zatroskane pieniędzmi, które musi pochłonąć drugi pakiet ratunkowy dla Grecji, także pakiet dla Irlandii i Portugalii". - Zatroskane są o to, co nazywam nie solidarnością budżetową, ale solidarnością ratunkową - dodał.

Podstawą dyskusji w Sopocie jest ogłoszona przez KE propozycja, zakładająca 7-letni budżet w wysokości 972,2 mld euro, wobec 925 mld euro w obecnym budżecie na lata 2007-2013. Oznacza to wzrost o 5 proc., ale jest nadal w wysokości ok. 1 proc. unijnego PKB w tzw. płatnościach.

W ten sposób KE odpowiedziała na list z grudnia pięciu płatników netto (Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Holandia i Finlandia), którzy domagali się zamrożenia wydatków UE na poziomie z 2013 roku. KE proponuje utrzymać na poziomie porównywalnym do obecnego fundusze na politykę rolną i spójności, wzrosty dotyczą m.in. badań i innowacyjności, a także polityki sąsiedzkiej i imigracyjnej. Część oszczędności wynika z "wyjęcia" poza budżet niektórych wydatków, które dotychczas w nim były (jak finansowanie reaktora jądrowego Iter i satelitarnego systemu obserwacji Ziemi czy niespodziewana pomoc na wydarzenia kryzysowe jak fundusz globalizacyjny i Fundusz Solidarności). Gdyby wziąć je pod uwagę, to budżet rośnie o ok. 11 proc. i liczony w tzw. zobowiązaniach wynosi aż 1083 mld euro.

W rezolucji dotyczącej budżetu przyjętej w czerwcu, Parlament Europejski domagał się wzrostu z 1,06 proc. do 1,11 proc. PKB.

- Najbardziej mi osobiście zależy na tym, aby pod polskim przewodem uznano projekt, jaki położyliśmy na stole pod koniec czerwca, za realistyczny, za dobry punkt wyjścia do debaty. Czyli taki, który można uzupełnić, skorygować, ale nie przewrócić. To powinien być również cel polskiej prezydencji - powiedział Lewandowski.

Jego zdaniem Komisji Europejskiej udało się osiągnąć zakładany cel, tzn. uznanie przez czołowe kraje, że propozycja jest dobrym punktem wyjścia w negocjacjach. Odnosząc się do głosów krytyki m.in. z Londynu powiedział: - Na Anglików nie liczyliśmy. Natomiast oficjalne stanowisko Niemiec bardzo nas zadowala, tak samo jak sygnały płynące z Paryża, Rzymu czy Madrytu. Przyznał jednak, że spodziewa się, że płatnicy netto będą nadal poszukiwać oszczędności w budżecie.

Za dobrą wiadomość dla korzystających z unijnych funduszy krajów na dorobku, takich jak Polska, uznał przesunięcie na Wschód środków na politykę spójności oraz zmierzanie ku wyrównaniu płatności dla rolników.

- Natomiast najtrudniejsza będzie strona dochodowa: tu jest prawdziwa rewolucja, bo pojawiają się dwa nowe źródła dochodów: podatek finansowy i nowy rodzaj odpisy od VAT-u, a jednocześnie zmienia się system korygowania pozycji poszczególnych krajów. Zamiast bardzo skomplikowanego systemu zbudowanego na rabacie brytyjskim są przejrzyste ryczałty. Z góry można założyć, że (...) to ta rewolucja po stronie finansowania budżetu wywoła największe spory - ocenił Lewandowski.

- Tworząc projekt, musieliśmy brać pod uwagę, jaka jest wrażliwość poszczególnych krajów UE, ale doskonale wiedzieliśmy, czego chce Parlament Europejski, bo on chce rewolucji po stronie dochodów. Dlatego propozycja jest wyważona - zaznaczył.