Oparte na fundamentach dialogu i kompromisu społeczeństwo Holandii w ciągu kilkunastu dni przestało istnieć, a słynące z tolerancji państwo drży w posadach. Gwałtowne protesty farmerów to jednak nie przyczyna tego stanu rzeczy, a skutek ciągu wydarzeń, za które odpowiedzialność ponoszą władze. Problem jednak w tym, że politycy nie mogą się dziś przyznać do błędów, a zabrnęli w zaułek, z którego wyjścia nie ma.

Traktorowe blokady autostrad, mostów, centrów logistycznych i fabryk. Płonące bele siana, gnojowica wylewana pod domami polityków i transparenty głoszące „wojnę”. Policja strzelająca do rolników w ciągnikach i nastoletni chłopak, który cudem wyszedł cało. Zatrzymania i aresztowania demonstrujących farmerów. Dlaczego do tego doszło?

Czerwona szmata

We wszystkich medialnych doniesieniach mówi się tylko o jednej przyczynie chłopskich wystąpień. Chodzi o krajowy plan ograniczania emisji azotu i amoniaku, który zakłada redukcję emisji o połowę na całym obszarze kraju do 2030r. Na obszarach naturalnych i rolniczych redukcja ta ma jednak wynieść 70%, a na obszarach „Natura 2000” czy w sąsiedztwie rezerwatów przyrody – 95%. I faktycznie - płonącą zapałką, która wywołała wybuch społecznego niezadowolenia była publikacja przez rząd mapy, obrazującej rejony objęte ograniczeniami oraz prezentacja Narodowego Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Stało się to 10 czerwca br.

Wspomniana mapę rolnicy w Holandii nazywają dziś „czerwona szmatą”. Nie da się zaprzeczyć, że podziałała ona „jak płachta na byka”. Rzesza holenderskich rolników dowiedziała się bowiem, że państwo nie widzi już żadnej wartości w ich pracy, nie ma już miejsca dla ich stad bydła i gospodarstw. Politycy przekreślili wysiłki całych pokoleń, wkładanych w rozwój rodzinnych ferm. A wszystko to w kraju, którego naród poświecił wieki, by ujarzmić przyrodę, na polderach zbudować rolnictwo, i z rolnictwa uczynić największe źródło dobrobytu kraju.

Nikt niestety dotąd rodnikom nie wyjaśnił, dlaczego to ich stada należy zlikwidować lub zredukować, a nie fabryki, które zatruwają środowisko na dużo większą skalę. Tym zaniedbaniem politycy z pewnością zgrzeszyli, ale być może odpowiedź na to pytanie rolników zdenerwowałaby jeszcze bardziej.

Armagedon w plasterkach

Fakt, iż rządowe plany były dla rolników tak wielkim i przykrym zaskoczeniem, to z pewnością wielki błąd rządzących. Szok ten wynikał m.in. z faktu, iż Holandia mimo unijnych dyrektyw dotyczących emisji azotu, korzystała dotąd z odstępstw w tej mierze. Ich termin jednak mija, a Bruksela nie może ich dalej przedłużać, by skutecznie realizować swoją strategię klimatyczną i Zielony Ład. To, że rząd nie przygotował rolników na przyszłość, jaką im zgotował, to typowy grzech polityków w warunkach demokracji. Polityk działa doraźnie, tzn. wtedy gdy musi, a to często zbyt późno.

Jeszcze bardziej jednak farmerów w Niderlandach rozsierdziło to, jak władze zamierzały wdrażać swój plan w życie. Obrały bowiem „strategię salami” i postanowiły serwować rolnikom ograniczenia i obostrzenia stopniowo - w cienkich, niby łatwiejszych do przełknięcia plasterkach, a odpowiedzialność przerzucić na władze regionów, którym zlecono opracowanie szczegółowych planów. To już w społecznym odbiorze zdawało się perfidią, jak powolne zaciskanie pętli na szyi skazańca. Świadomość braku perspektyw jest dla rolników wystarczająco nieznośna. A politykom na szczeblu lokalnym było o wiele bliżej do wyborców na wsiach, niż do parlamentu – stąd opór regionów i wołanie o zdrowy rozsądek.

Z zaprezentowanej przez rząd mapy wynikało, że do likwidacji jest 30% ferm mlecznych w Niderlandach. Gdyby tylko ich właściciele wystąpili przeciw rządowym planom, o ich protestach nikt by w reszcie krajów UE nawet nie usłyszał. Dlaczego były to protesty tak masowe i tak gwałtowne? Rolnikom na obszarach redukcji dano trzy możliwości: zaprzestać produkcji i znaleźć inne zajecie, zamienić gospodarstwo w skansen, albo się wynieść. Kto z nas chciałby stanąć przed takim wyborem? Który rolnik w tej sytuacji nie obawiałby się, że jest następny w kolejce?

Kwestia ceny

Premier Mark Rutte obiecał przy tym wesprzeć restrukturyzację rolnictwa - do 2035 r. z funduszu transformacyjnego obiecał wypłacić rolnikom łącznie 24,3 mld euro. Wciąż nie wiadomo na jakich zasadach miałyby być wypłacane odszkodowania, ale sam pomysł, że realizacja rządowych planów jest wyłącznie kwestią pieniędzy był chyba dla rolników największym policzkiem i błędem rządzących.

Konsultacje społeczne w toku opracowywania rządowego planu nie były w odbiorze związkowców dialogiem. Rolników stawiano przed faktem dokonanym, a media głównego nurtu stawiały hodowców pod pręgierzem, jako trucicieli środowiska i sprawców zmian klimatycznych. Gdy wybuchły protesty, premier skrytykował rolników. Gdy nie ustawały – wyznaczył negocjatora, który nie miał farmerom nic do zaoferowania. Teraz już premier chce rozmawiać z rolnikami, ale ci stracili do rządzących zaufanie.

Problem również w tym, że obie strony zdają się mówić rożnymi językami. Rolnicy chcą ratować swoje fermy, nadal produkować i zapewnić przyszłość następcom. To dla nich nie ma ceny, tymczasem politycy maja tylko pieniądze...