PRZEGLĄD PRASY: W normalnym świecie płaci się raczej za pracę, a nie powstrzymanie się od pracy. Tu jednak argumentacja jest inna - jeśli rolnicy będą wytwarzać zbyt wiele zbóż, mleka i mięsa, budżetu unijnego po prostu nie stać będzie na subsydia, które obiecał dopłacać do produkcji.

Inny absurd: podatnicy dopłacają miliardy euro do europejskiej żywności, nie po to, aby była ona w sklepach tańsza - ale odwrotnie, po to, aby jej ceny były wyższe. (...) Kolejny piękny purnonsens - wiadomo, że w interesie europejskiego rolnictwa leży to, aby jak najszybciej wzrastała tam wydajność pracy, a jeśli mamy do czynienia z nadmiarem zatrudnienia - aby ludzie przechodzili do innej pracy. W ramach polityki rolnej Unii wypłaca się jednak miliardy euro nato,aby zmiany te jak najbardziej spowolnić. (...)

Wbrew pozorom Wspólnej Polityki Rolnej nie wymyśliła w ramach swoich skeczów grupa Monty Pythona. Stworzyli ją oddani swojej pracy urzędnicy z Brukseli, kompetentni ministrowie rolnictwa krajów unijnych, ściągani z najlepszych europejskich uniwersytetów eksperci i specjaliści od rynków rolnych. A jeśli w ciągu półwiecza swego funkcjonowania zwekslowała w stronę humorystyczną, to skutkiem połączenia nieprzerwanego nacisku lobby producenckiego z nieodpowiedzialnością polityków gotowych zapłacić każdą cenę za zakup dodatkowych głosów wyborczych. Zwłaszcza jeśli tę cenę płacą podatnicy za pośrednictwem budżetu ustalanego w dalekiej Brukseli.

Z tego, co napisałem, nie wynika, że polityki rolnej nie należy prowadzić. Ale skoro wydaje się na nią w Unii Europejskiej bajońską kwotę ok. 100 mld euro rocznie (niemal połowę w formie wydatków z budżetu, a resztę poprzez sztucznie zawyżone ceny żywności płacone w sklepach przez konsumentów) - chciałoby się chociaż, aby polityka ta służyła rozwiązywaniu rzeczywistych problemów, a nie tylko dostarczaniu pożywki dla prześmiewczych felietonów ekonomicznych. Aby prowadziła do jak najszybszego postępu unowocześniającego obszary wiejskie i zasypującego różnice, które dzielą je od obszarów zurbanizowanych - różnice, które wynikają głównie z gorszego wykształcenia mieszkańców, niższej efektywności produkcji i słabszego wyposażenia w infrastrukturę umożliwiającą trwały rozwój gospodarczy i wzrost dochodów. Słowem, aby za 100 mld euro rocznie starać się rozwiązywać problemy, anie w nieskończoność je powielać!

Cała dyskusja o Wspólnej Polityce Rolnej nabrała w ciągu ostatnich miesięcy wymiaru dramatycznego na fali ogromnego wzrostu cen żywności i widma głodu dotykającego setki milionów ludzi na świecie. Ustalana w zaciszu gabinetów polityka, której głównym mottem było takie sterowanie wielkością produkcji, aby utrzymać wysoki poziom cen i zadowolić europejskich rolników (jednocześnie wywołując gigantyczne koszty dla podatników i rujnując wielu drobnych rolników winnych krajach przez wspieraną subsydiami konkurencję), raptem z czegoś humorystycznego zmieniła się w coś przerażającego. (...)

Obecna polityka rolna Unii jest nie tylko kosztowna i absurdalna z ekonomicznego punktu widzenia. Jest również głęboko niemoralna. Te same pieniądze, które płaci się dziś za powstrzymanie się od produkcji, powinny być zużyte na rozwiązanie światowego problemu głodu. Ubogie kraje rozwijające się powinny otrzymać większą pomoc rozwojową, w ramach której mogłyby zarówno zwiększyć własną produkcję rolną, jak i dokupić brakującą żywność z Europy i USA. Europejskim i amerykańskim rolnikom należy pomagać, wspierając ich we wzroście wielkości i efektywności produkcji żywności, a nie poprzez sztuczne windowanie cen i ograniczanie podaży. Subsydia eksportowe, które uniemożliwiają rolnikom z krajów rozwijających się normalną konkurencję rynkową, powinny być stopniowo wyeliminowane. A obszary wiejskie w wielu częściach Europy powinny być unowocześnione, a nie podtrzymywane w swoim zacofaniu.

(...) Idąc po linii najmniejszego oporu, powinniśmy bronić Wspólnej Polityki Rolnej wjej najbardziej absurdalnej postaci, bo to ona (na krótką metę) najbardziej przypadnie do gustu naszym rolnikom. Ale jest również poczucie zdrowego rozsądku, które każe szukać rozwiązań nie zawsze najwygodniejszych, ale najlepszych. Ciekawe, jakajest szansa na to, aby taki właśnie zdrowy rozsądek w Polsce zwyciężył.

Źródło: Gazeta Wyborcza