Produkcja trzody chlewnej przed 90 laty różniła się od dzisiejszej właściwie wszystkim. Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest różnica w genetyce utrzymywanych zwierząt. Dopiero w 1935 r. uznano pierwszą „współczesną” rasę trzody chlewnej, jaką jest rasa puławska. Wcześniej krajowa produkcja opierała się w głównej mierze na genotypach prymitywnych. Tuż po II wojnie światowej do użytku weszły kolejne krajowe rasy świń, takie jak złotnicka biała i złotnicka pstra. Prawdziwą rewolucją – przynajmniej jak na tamte czasy – było wyhodowanie najpierw rasy wielkiej białej polskiej (1956), a nieco później – polskiej białej zwisłouchej (1962). Rasy te charakteryzowały się nie tylko szybszym tempem wzrostu, ale również wyższą mięsnością. Niestety, rasy te nie przetrwały próby czasu i zwłaszcza w ostatniej dekadzie stopniowo były one wypierane przez genetyki importowane.

Zmiana genetyki wymusiła również zmiany systemu żywienia. O ile jeszcze podręczniki z lat 80. minionego stulecia zalecały skarmianie m.in. parowanych ziemniaków czy zielonek z lucerny, dziś takie żywienie spotkać można co najwyżej w chowie prowadzonym metodami ekologicznymi. Patrząc na losy produkcji trzody chlewnej w ciągu minionych 90 lat, nie sposób nie dostrzec również zmian w systemie chowu zwierząt. Dziś zdecydowana większość zwierząt utrzymywana jest w chowie fermowym, najczęściej bezściołowym. Fakt ten dziewięć dekad temu wydawał się wręcz nie do pomyślenia: wówczas standardem był dostęp zwierząt przynajmniej do wybiegu, a często do pastwiska. Dziś widok świń w chowie wybiegowym jest prawdziwą rzadkością. Jeśli wziąć pod uwagę zagrożenie afrykańskim pomorem świń – być może słusznie.

Zmiany w chowie trzody chlewnej sprawiły, że produkcja tuczników w naszym kraju zaczęła stopniowo zyskiwać na znaczeniu, a jej apogeum datuje się na koniec lat 70. minionego stulecia, kiedy to pogłowie trzody chlewnej w Polsce szacowano na ponad 22 mln sztuk.

Dobrze już było?

Ostatnie dekady niosą ze sobą duże zmiany w produkcji trzody chlewnej. Niestety, w wielu przypadkach są to zmiany na gorsze. Obserwuje się przede wszystkim duży spadek pogłowia trzody w naszym kraju. O ile jeszcze na koniec 2010 r. wynosiło ono blisko 15 mln świń, to według najnowszych danych w Polsce utrzymywanych jest 10,2 mln sztuk świń. To poziom najniższy od połowy lat 50. ubiegłego stulecia. Pojawiło się też nieznane wcześniej na większą skalę zjawisko importu żywych zwierząt do tuczu. Dziś rocznie do naszego kraju przyjeżdża ok. 6 mln importowanych warchlaków.

Miniona dekada to również ogromny spadek liczby stad utrzymujących świnie. O ile jeszcze Powszechny Spis Rolny z 2010 r. wskazywał, że chowem trzody chlewnej w Polsce zajmuje się blisko 400 tys. gospodarstw rolnych, to już dane z 2016 r. mówiły o tym, że omawianym działem produkcji zwierzęcej zajmuje się ok. 150 tys. gospodarstw. Według najnowszych danych Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w skali kraju chowem świń zajmuje się obecnie nieco ponad 80 tys. gospodarstw.

Powyższe zjawiska można poniekąd tłumaczyć naturalnymi procesami – zwłaszcza wzrostem efektywności produkcji żywca i lepszą konkurencyjnością dużych podmiotów, jednak biorąc pod uwagę niski poziom samowystarczalności – zarówno pod względem żywca wieprzowego, jak i krajowej produkcji warchlaków – widzimy, że branża znajduje się obecnie w dużej zapaści.

Co za kolejnych 90 lat?

Przyszłość produkcji trzody chlewnej pozostaje niejasna. Z jednej strony branża ta ma spore perspektywy rozwoju, związane choćby z coraz wydajniejszymi parametrami genetycznymi zwierząt czy możliwością wykorzystania nowoczesnych technologii, które z jednej strony ograniczają pracochłonność produkcji, z drugiej zaś mogą ograniczyć negatywny wpływ produkcji na środowisko. Niestety, tak jak inne kierunki produkcji zwierzęcej również produkcja żywca wieprzowego staje się w ostatnich latach ofiarą „czarnego PR-u” fundowanego jej przez różnej maści organizacje ochrony praw zwierząt. W siłę rośnie weganizm, coraz częściej mówi się także o wykorzystaniu mięsa produkowanego laboratoryjnie. Niektórzy aktywiści otwarcie mówią wręcz o zakazie prowadzenia produkcji zwierzęcej. Choć dziś głosy te wydają się absurdalne, kropla drąży skałę i pytanie o przyszłość produkcji trzody wciąż pozostaje otwarte.