Koła gospodyń wiejskich są tworem, który zawsze cieszył się na wsiach popularnością. Były miejscem, w którym gospodynie znajdowały odskocznię od codzienności, obowiązków. Spotykały się przy stole, śpiewały, haftowały. Dzieliły się problemami. Z biegiem lat tradycja kół powoli zaczęła zanikać, a grupy, które pozostały zmieniły swój kształt.

W 2018 roku weszła w życie ustawa, która usystematyzowała zasady działania kół i pozwoliła na pozyskanie dodatkowych funduszy na ich działanie. Pozwoliło to na aktywizację mieszkańców obszarów wiejskich. Jak bardzo – można zaobserwować w Krzczonowie, niedużej miejscowości w województwie lubelskim, gdzie prężnie działa jedno z najbardziej kolorowych i wyróżniających się kół w kraju.

Wszystko się kiedyś zaczyna

Koło Gospodyń i Gospodarzy Krzczonów Sołtysy liczy obecnie ponad 80 członków. Ludzi, którzy regularnie ubierają stroje ludowe, prowadzą warsztaty, uświetniają swoją obecnością uroczystości – nie tylko w Krzczonowie, ale też w ościennych miejscowościach. Jak to wszystko się zaczęło? Prozaicznie. Spiritus movens całego zamieszania stała się Katarzyna Trzcińska, która w 2016 roku ubrała strój krzczonowski na uroczystości, na których reprezentowała gminę jako radna. Dalej, można powiedzieć, wszystko potoczyło się z rozpędem kuli śnieżnej. Katarzyna wrzuciła zdjęcie na facebooka i już kolejnego dnia odezwała się do niej sąsiadka zachwycona inicjatywą promowania stroju regionalnego.  I tak od słowa, do słowa narodził się pomysł, żeby reaktywować, chociaż w niewielkim zakresie, coś na kształt koła folklorystycznego, którego członkowie podczas uroczystości gminnych i kościelnych będą ubierali się w stroje ludowe.

- W ten sposób pojawiłyśmy się w kilka osób na dożynkach gminnych. A potem poszło. Zaczęli odzywać się kolejni ludzi, którzy chcieli dołączyć. Jesteśmy bardzo otwarci na wszystkich, którzy czują folklor – mówi Katarzyna, która obecnie pełni funkcję przewodniczącej Koła. – Założenie od początku było takie, że nie będzie to tylko koło gospodyń, ale właśnie koło folklorystyczne, więc od początku było wiadomo, że będą też panowie. To takie trochę krok naprzód, w naszej gminie jest 11 kół, oprócz naszego tylko w jeszcze jednym są mężczyźni. Ich rola jest naprawdę nie do przecenienia. Pomagają choćby w kwestiach technicznych – rozstawianie namiotów, przygotowywanie stelaży. Cała organizacja imprez plenerowych spoczywa na ich barkach. U nas panowie robią czasem więcej niż Panie – dodaje Katarzyna. – Żadna z naszych pań nie potrafi haftować, natomiast mamy dwóch chłopaków, którzy robią przepiękne hafty. Podobnie jest z gotowaniem, wiciem palm, czy wieńców dożynkowych. Na stoiskach gastronomicznych też doskonale się sprawdzają – posiadają lepsze wyczucie smaku i świetnie im to wychodzi. Nie wyobrażam sobie naszego koła bez mężczyzn.

W wielu wsiach można zauważyć wyraźny podział – kobiety spotykają się w kołach, mężczyźni gromadzą się przy Ochotniczej Straży Pożarnej. Jak przekonują krzczonowiacy elementem sprawiającym, że u nich sytuacja wygląda inaczej jest ich lokalny strój, który stał się wizytówką całej Lubelszczyzny.

Formalnie tradycje związane ze spotkaniami wiejskimi w Krzczonowie sięgają 1925 roku, kiedy to powstało pierwsze koło gospodyń wiejskich. Po wojnie podzieliło się na trzy części odpowiadające częściom gminy: Wojtostwo, Skałka i Sołtysy.

– W latach 90 – tych życie koła w dużej mierze toczyło się w naszym domu – dodaje Wojciech Cioczek, członek Koła Gospodyń i Gospodarzy Krzczonów Sołtysy, który prywatnie jest bratem Katarzyny Trzcińskiej. – Nasza mama była przewodniczącą ówczesnego zgromadzenia. To w naszym domu odbywało się wicie wieńca dożynkowego,  czy palmy wielkanocnej. Krzczonów zawsze słynął z wielkich, kilkumetrowych palm. Od małego tym przesiąkaliśmy, uczyliśmy się jak ważna jest nasza tożsamość kulturowa, tradycja. W 1996 roku działalność koła została zawieszona – spotkania międzysąsiedzkie zostały wyparte przez telewizję, a później internet. Do 2016 roku, kiedy to reaktywowaliśmy spotkania. W 2018, kiedy weszła w życie ustawa o kołach gospodyń podjęliśmy kroki formalne zmierzające do zarejestrowania naszej grupy.

Decydując się na reaktywowanie spotkań gospodyń i gospodarzy Katarzyna Trzcińska postawiła sobie jasny cel – promowanie stroju krzczonowskiego jako wizytówki regionu. – Zachwycały mnie stare fotografie, filmy na których można było dostrzec naszą kulturę, historię. Strasznie brakowało mi informacji o krzczonowskim stroju ludowym. Na tamten moment zdjęcia przedstawiające nasz strój były nieosiągalne. Zależało mi na propagowaniu tej naszej kultury, popularyzowaniu naszego stroju. Wszyscy wiedzą jak wygląda strój łowicki. Jak wygląda krzczonowski już niekoniecznie. Tak sobie pomyślałam, że fajnie byłoby organizować sesje zdjęciowe i pokazywać naszą kulturę światu. Wydaje mi się, że to się udało.  Zaczynaliśmy od dożynek, palmy. Rozwijaliśmy koło dzięki funduszom, nowym strojom. Te sesje były coraz lepsze. Pierwsza profesjonalna sesja pojawiła się w 2019 roku, kiedy mieliśmy już kompletne stroje. Mając już zdjęcia doszliśmy do wniosku, że trzeba coś z tym zrobić. Pojawił się więc pomysł na kalendarze - relacjonuje.

Założeniem koła jest to, że każde zarobione na jego działalności pieniądze przekazywane są na potrzeby lokalnej społeczności. Pierwsze zyski ze sprzedaży kalendarza poszły na remont starego feretronu, który noszony był przez panie z koła podczas procesji kościelnych. W następnym roku pieniądze przeznaczono na remont zabytkowego kościoła w Krzczonowie, a rok później na remont i przywrócenie pierwotnego charakteru zabytkowej kapliczce znajdującej się we wsi.

- Zebrała nam się fajna grupa ludzi, a wraz z nimi nowe pomysły. W 2020 roku wybuchła pandemia i zamknęła nas w domach. Wszystkie wydarzenia kościelne, gminne były mocno okrojone. Zaczęliśmy więc mocniej pokazywać się w internecie. Wymyśliliśmy Mikołaja, który jeździł dorożką po wsi i rozdawał prezenty. Najważniejsze było, że się nie zniechęcaliśmy się, a wszelkie przeszkody działały na nas mobilizująco. Po każdym wykonanym zadaniu, zrealizowanym planie, pojawił się następny, z wyżej zawieszoną poprzeczką. Pandemia przyniosła nam spore zainteresowanie w mediach społecznościowych. Mieliśmy motywację. Zaczęliśmy też wychodzić z tymi strojami, zdjęciami coraz mocniej. Żeby dotrzeć do młodych ludzi, a media społecznościowe okazały się dobrym sposobem. Chcieliśmy pokazać młodym, że ten strój nie jest obciachowy, wręcz przeciwnie, jesteśmy z tego dumni. W tym nie ma nic śmiesznego. To nasza tradycja, nasza tożsamość – opowiada Katarzyna.

- Jesteśmy wyczuleni na punkcie mówienia, że przebieramy się w stroje regionalne – dodaje Wojtek. – Przebierać to się można w strój karnawałowy czy kombinezon misia. My się ubieramy. Tak jak nasi przodkowie. To nasza tradycja.

Każdy z gospodarzy wchodząc do koła miał jakieś swoje wizje, swoje marzenia. Wojtek zawsze chciał zrobić kino plenerowe. Po kilku latach udało się – z przygodami co prawda, bo nie dopisała pogoda i lało, ale najważniejsze, że dało się to zrobić. Koniec końców pokaz był w stodole i stworzyliśmy niepowtarzalny klimat.

Marzeniem Kasi była odpustowa potańcówka. – Z dzieciństwa pamiętam, jak po kościele, po procesji w remizie zaczynała grać orkiestra i rozkręcała się zabawa. Fantastycznie jednoczyło to ludzi, było dużym wydarzeniem. Doskonale zapamiętałam ten klimat, tą atmosferę i bardzo chciałam to powtórzyć.  Te zabawy były zawsze udane – nie wiem na czym polegał ten fenomen, ale zawsze było dużo ludzi. W 2021 dostaliśmy dofinansowanie z programu Szczepimy się z KGW. Skorzystaliśmy z tego programu jako pierwsi w województwie - mówi.

- W ciągu dwóch tygodni u mnie na łące zorganizowaliśmy potańcówkę pod chmurką – dodaje Wojtek. – W kulminacyjnym momencie było ponad 500 osób. Byliśmy zaskoczeni frekwencją. Były dmuchańce dla dzieci, atrakcje, grill. Na fali entuzjazmu zaprosiliśmy od razu gości na za rok. Więc później nie było już odwrotu.  Nie mamy swojego terenu, dlatego też impreza odbyła się na prywatnych polach. Druga edycja oficjalnie nazwana została Dniem Stroju Krzczonowskiego. Mamy nadzieję, że to już z nami zostanie. Że będzie to impreza – wizytówka. Te spotkania fantastycznie jednoczą ludzi. Dają poczucie wspólnoty. Angażują – śpiewało 6 grup mieszkańców, w różnym wieku, przyjechały mieszkanki z sąsiedniej gminy z kabaretem. Było radośnie i swojsko. Idealnie.

Ważnym wydarzeniem dla koła było wesele krzczonowskie. Jedna z gospodyń zdecydowała się wziąć ślub w tradycyjnym stroju. Członkowie koła są bardzo wdzięczni za tą decyzję, cieszą się, że krzczonowiacy zaczynają zakładać swój wyjątkowy strój na uroczystości prywatne. W tym roku jeden z chłopców, jako jedyne dziecko w grupie,  przystąpił do pierwszej komunii w stroju krzczonowskim. – Jest nadzieja, że ta tradycja nie zaginie – cieszą się.

- Jest wiele zrealizowanych zadań, które napawają nas dumą. Organizując Mikołajki pamiętamy o dzieciach z domów dziecka z którymi współpracujemy, zbieraliśmy pieniądze na leczenie naszej malej mieszkanki, Wiktorii. Przy olbrzymim zaangażowaniu wszystkich mieszkańców udało się. Jesteśmy szczęśliwi, bo po roku od operacji dziewczynka chodzi. To jest taki nasz promyczek, który pokazuje, że warto pomagać. Wraz z innymi wolontariuszami jeździliśmy też po wybuchu wojny na Ukrainie na granicę. Byliśmy pierwszym kontaktem tych ludzi po przejściu na nasza stronę. Chcieliśmy zapewnić im bezpieczeństwo, zaopiekować, wskazać gdzie mogą się udać – mówi Grzegorz Zalewski, członek koła.

Najważniejszy jest strój – czyli o co całe to zamieszanie?

W przypadku koła z Krzczonowa głównym celem działalności stała się promocja stroju, który przyjął nazwę stroju lubelskiego. Faktycznie jednak jest to ubiór wywodzący się z Krzczonowa. Dawniej każda rodzina miała takie stroje. Tak mężczyźni jak i kobiety, a tradycja była przekazywana z pokolenia na pokolenie.

W  okresie międzywojennym zaczęła jednak zanikać, a stroje trafiały do kufrów. W latach 70 nastąpiło odtworzenie tych zwyczajów. Ksiądz Andrzej Tokarzewski zmobilizował Koła Gospodyń do ubierania się w stroje krzczonowskie na uroczystości kościelne. Dlatego też wiele z ubiorów zachowało się do dzisiaj. – Nasze pierwsze wyjścia były w strojach babć, dziadków, które miały prawie po 50 lat.  To jest taka dobra wróżba dla innych kół – nie ma się co bać działać  w tematyce folklorystycznej. Na początku też nie mieliśmy wiele – dodaje Katarzyna. – Podczas pierwszych wyjść byliśmy w prywatnych butach, niekompletni. Ale od czegoś trzeba zacząć. Powoli, powoli zebraliśmy kompletne stroje. Zaczęło się od spódnicy, którą mama uszyła i tak wsiąkła w tą maszynę, że robi to do tej pory. Zakupiliśmy z prywatnych pieniędzy materiały, wstążki. W momencie, gdy pojawiły się dofinansowania w 2018 roku zaczęliśmy powoli kompletować ubrania. W tym momencie jesteśmy w stanie ubrać 30 osób.

Koszt ubrania jednej osoby nie jest mały. Jeszcze 2 lata temu było to 3- 3,5 tysiąca. Dzisiaj, do tej kwoty, trzeba doliczyć kolejny tysiąc. Sama koszula z haftem ręcznym to koszt około 1000 zł. Ale hafty można zrobić samemu.

W swoich zbiorach gospodarze posiadają zarówno stroje damskie, jak i męskie. Stroje panny, kawalera, wdowy, młodszego i starszego gospodarza, a nawet panny młodej. Konstrukcje tych strojów są identyczne, różnią się jedynie ilością ozdób, strojnością.

- Zależało nam tworząc zespół, żebyśmy nie wyglądali identycznie, bo dawniej ludzie też identycznie nie wyglądali. I tak panienka nosiła dużo wstążek, bogate zdobienia, koszulę, gorset. Później była panna młoda, której strój był cały w bieli. Mężatka młodsza, która nadal ubierała się strojnie, miała wstążki na spódnicy, rezygnowała jednak z gorsetu i zakładała kaftan z długim rękawem. Z wiekiem kobiety ubierały się skromniej. Inaczej wyglądała mężatka, która miała lat 20, a inaczej ta, która miała 40. Strój wdowy był skromny, stonowany, z dużą ilością ciemnych barw. Nawiązujemy do tej starej tradycji, kiedy kobiety chciały wyglądać indywidualnie, żeby stroje się nie powtarzały– mówi Katarzyna.

Również mężczyźni się różnili od siebie w zależności od wieku. Młodzi chłopcy mieli kamizelki. Do momentu usamodzielnienia się kawalerowie nosili kaftany, a później sukmanę, czyli długi płaszcz do połowy łydki, skromniej zdobiony. Elementem mocno wyróżniającym kawalerów był kapelusz, zdobiony po lewej stronie kwiatuszkami, broszką, pawimi piórami. Ustatkowani mężczyźni nie ozdabiali już kapeluszy. Do sukmany nosili wścieklicę, czy baranią czapkę, ewentualnie latem tzw. magierkę, która przypomina turecką czapeczkę, ale jest wykonana z wełny i ozdobiona tasiemkami.

Skąd na to wszystko wziąć środki?

Co roku otrzymujemy dofinansowania z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa – najpierw było to 3 000, później wzrosło do 5 000, teraz mamy tą najwyższą pulę, czyli 7000 zł. Nasza pierwszą dotacją były pieniądze z funduszu sołeckiego. Przekazaliśmy te pieniądze na stroje – całe 15 tys. Bardzo duża część naszych przychodów pochodzi ze stoisk, wyjazdów. Nie mamy składek członkowskich. Mamy za to zasadę, że każdy przygotowuje coś na potrzeby koła i nie liczy tych kosztów – jedni pieką ciasta, inni organizują warsztaty z haftu, czy przygotowują rękodzieło. To jest wkład każdego z nas. Zarobione pieniądze możemy przeznaczyć na dalsze działania. Jeżeli człowiek podejdzie do kwestii finansowych w normalny sposób – czyli to co robimy razem jest wspólne, to można zrobić bardzo wiele rzeczy – mówi Wojciech Cioczek.

Jak stworzyć tak wyjątkowe Koło Gospodyń Wiejskich?

- Spotykać się. Rozmawiać. I nie bać się realizować pomysłów. Takie spotkania fantastycznie spajają grupę. Warsztaty, rzeczy, które można zrobić razem. Z czasem pojawiają się coraz to nowe wizje. Ważne jest porozumienie. Po pierwszym udanym projekcie jest z górki – mówi Grzegorz Zalewski. - Trzeba znaleźć cel. Naszym pierwszym celem społecznym było posprzątanie, wyplewienie chodnika biegnącego wzdłuż wsi. Na początek nie trzeba mieć niczego poza chęcią i pozytywnym nastawieniem. Czasem jest to ciężka praca. Przygotowanie takiego stoiska na dożynkach np. to kilka dni pracy. Przygotować stoły, naczynia, stoły, ugotować to wszystko. Zapakować, stać i sprzedawać, a później posprzątać. To są czasem 3 – 4 dni przygotowań i trzeba mieć tego świadomość.

Jak zaznaczają ważne jest żeby lubić ze sobą być i słuchać się nawzajem. 

Każdy człowiek ma jakiś talent, trzeba go tylko rozwinąć. Mamy osoby, które śpiewają, grają, tańczą, haftują, malują. Każdy z nich reprezentuje strój krzczonowski tak, jak potrafi najlepiej, żeby miał przy tym jednocześnie frajdę. Jeśli ktoś chce pokazać w kole swój talent staramy się zrobić wszystko, żeby mu to umożliwić. Staramy się czasem dmuchnąć wiatrem w skrzydła, bo czasem ludzie się wstydzą – opowiada Wojciech. - Każdy z nas daje od siebie co może. Grzegorz zasiał np. kwiaty na suszki do wieńca dożynkowego. Musimy planować swoje działania dużo wcześniej. Jeśli chcemy robić palmy to musimy pomyśleć o tym rok wcześniej – zasiać kwiaty, nazbierać ziół. Trzeba sprawdzić kiedy należy te rośliny zebrać żeby to się nie pyliło, żeby było trwałe. Każdy wkłada tutaj część siebie, nie tylko jako osoba, ale także jako specjalista w swoim zawodzie. Przenosimy to wszystko do koła i dzięki temu możemy działać skutecznie. Ktoś jest managerem, ktoś zajmuje się formalnościami, ktoś mediami, a ktoś sieje kwiatki i zbiera zioła. Każdy musi czuć się dobrze w tym co robi, nie można nikogo do niczego zmusić, bo to miejsce jest dla nas. Mamy się w nim czuć bezpiecznie i dobrze, a przy okazji dawać radość innym.

Cele na przyszłość

Chcemy kontynuować Dzień Stroju Krzczonowskiego, tradycje religijno – ludowe. Działamy trochę spontanicznie, te pomysły pojawiają się czasem z rękawa, więc trudno powiedzieć co nowego wydarzy się jutro – dodają zgodnie. - Przede wszystkim cały czas chcemy się rozwijać, pokazywać kulturę. Zależy nam na zaangażowaniu młodzieży 10 – 20 lat, bo jest to grupa wyłączona z życia kulturalnego, ludowego.

Jak podkreślają bardzo cieszą się kiedy powstają nowe koła gospodyń i gospodarzy - Chętnie dzielimy się doświadczeniami, pomagamy innym. Nie ma w nas zazdrości, że inne koła coś robią. Cieszy nas to. Każde koło wnosi coś innego. Nie powinno być w tej materii konkurencji. Trzeba być partnerami, dzielić się doświadczeniami. Nikt z nas nie robi tego dla siebie tylko dla społeczności. Tu trzeba przestawić myślenie, a wtedy na pewno wszystkie plany uda się zrealizować – mówi Grzegorz.