Malował najczęściej na murku przy krynickim deptaku obok Domu Zdrojowego. Tu rozkładał swój skromny warsztat malarski: kilka farbek akwarelowych, pędzelki, okładki zeszytów i stare tektury, które służyły za płótno. Obok stawiał gablotkę, a w niej list proszalny. To była jego reklama, a zarazem prośba o pomoc: „Szanowni Państwo, jestem biedny sierota, nie mam ojca ani matki. Żyję z tego, co mnie ktoś coś podaruje. Prosiłbym o jakieś małe ulitowanie się nad sierotą i kaleką (…)”. 

Listów tych stworzono wiele, ale nie ręką malarza. Nikifor nie potrafił dobrze pisać, nie dosłyszał i mówił niewyraźnie. Przez trudności w komunikowaniu się ze światem, żył na marginesie społeczności: jemu trudno było usłyszeć, jego – zrozumieć. Wykluczony, wzbudzał politowanie. O świecie opowiadał pędzlem. To, co widział – sądeckie pejzaże, uzdrowiskową architekturę – nasączał swoją wrażliwością i kolorem. Gotowe obrazki sprzedawał kuracjuszom jako pamiątki, były jego jedynym źródłem dochodu. Przez wiele lat żył na skraju ubóstwa. Nie dojadał, chodził licho ubrany, marzł w nieogrzewanych mieszkaniach. 

Jednocześnie ten wątły i skazany na samotność mężczyzna był niezwykle hardy w dążeniu do celu. A cel miał jeden: być malarzem. I w tej sztuce doskonalił się całe życie. Namalował około 40 tysięcy prac, z czego większość to akwarele, w późniejszych latach stosował także technikę gwaszu i kredkę. Za najwybitniejszy okres jego twórczości uznaje się międzywojnie. Wystawa poświęcona jego twórczości w Państwowym Muzeum Etnograficznym obejmuje wszystkie podejmowane przez niego tematy: pejzaż, architekturę miejską i fantastyczną, dworce kolejowe, wnętrza świątyń i sklepów, postacie świętych i przedstawia je przekrojowo – od początków po ostatni okres tworzenia. 

Dziś o Nikiforze mówi się jako o jednym z najwybitniejszych przedstawicieli prymitywizmu, czasami zalicza się go do kręgu brut artu, czyli sztuki wykluczonych. Jeszcze po wojnie Zbigniew Herbert wielokrotnie nazywał go wybitnym artystą ludowym, chociażby w tych słowach: „Ale trzeba widzieć, z jaką niezmąconą powagą i spokojem tworzy Nikifor swoją wizję artystyczną, swoje kruche miasteczka, portrety, obrazki święte i wnętrza kościołów […]. Jest coś pięknego w tym człowieku, który patrzy zza okularów nieprzytomnymi oczami, mruczy coś we własnym języku i maluje, maluje bez przerwy, zimą, i latem, w deszcz i śnieg, w szlachetnym, bezinteresownym trudzie, w niezmożonej artystycznej pasji”. 

Jak zatem z krynickiego deptaku trafił na artystyczne salony i kim w istocie był? Artystą – odmieńcem? Niezrozumianym wrażliwcem? Po raz pierwszy Nikifora odkrył lwowski artysta Roman Turyn, a także malarze z kręgu Komitetu Paryskiego (kapiści) m.in.: Stefan Waliszewski, Jan Cybis czy Artur Nacht-Samborski. W 1931 r. zorganizowano we Lwowie wystawę prac Nikifora, a w kolejnym roku jego obrazy zaprezentowano na zbiorowej wystawie w Paryżu. Ponownie Nikifora odkryli Ella i Andrzej Banachowie, i wtedy to, w latach 50., nastąpił prawdziwy przełom. Dzięki ich zaangażowaniu i licznym publikacjom na temat krynickiego twórcy, coraz szersza publiczność dowiadywała się, kim był Nikifor. Po jego obrazy ustawiała się kolejka chętnych.

Dzięki Marianowi Włosińskiemu, ostatniemu opiekunowi Nikifora, w 1967 r. w warszawskiej „Zachęcie” zorganizowano najważniejszą w Polsce retrospektywną wystawę twórczości krynickiego samouka. Ostatnia duża wystawa miała miejsce w Warszawie w 1995 r., a w 2004 r., przy okazji premiery filmu Krzysztofa Krauzego „Mój Nikifor”, w PME wystawiono 90 prac artysty. Po kilkunastu latach znów przyszedł czas na Nikifora w Warszawie. 

Malarstwo naiwne 

Patrząc na jego kolorowe, zdawałoby się dziecinne prace, oprócz niezwykłej malarskości i magii dostajemy coś jeszcze – utracone miejsce – dawny świat, krainę, za którą się tęskni. Nikifor po mistrzowsku operował kolorem. Obecnie na wystawie w PME można podziwiać prace m.in ze zbiorów Alfonsa Karnego, rzadko wystawiane, dzięki czemu nic nie straciły z intensywnej kolorystyki. To doskonała okazja, by z bliska przyjrzeć się technice krynickiego malarza. Jego operowanie kolorem Jerzy Wolff, autor pierwszej publikacji o Nikiforze z 1938 r., porównał do słuchu absolutnego w muzyce. I faktycznie zestawienie kolorów, wyczucie barw jest u Nikifora mistrzowskie. Dominują ciepłe odcienie: ugier, róże, fiolety oraz złamana zieleń. Tworzenie obrazu zaczynał od szkicu, następnie wypełniał go kolorem i kształtem i wykańczał wyraźnym konturem. Prace oznaczał często podpisem u dołu, doklejał ramki z kolorowych papierków i bibułek, a z tyłu stawiał swoją pieczęć, tę samą, która widniała na listach proszalnych. Nikifora często określa się mianem malarza prymitywnego, a więc takiego, który bez edukacji artystycznej osiąga mistrzostwo. Czasem nazywamy takie dzieła sztuką naiwną. Obrazy z tego nurtu charakteryzują się deformacją przestrzeni i perspektywy, lub jej brakiem, prostymi technikami oraz bardzo często dużym przywiązaniem do szczegółu.Nie inaczej było w przypadku Nikifora. Z tematów chyba najmocniej upodobał sobie architekturę. Z ogromną precyzją odmalowywał na papierze ażurowe konstrukcje krynickich willi, skupiał się na szczegółach i niezwykle sprawnie ujmował bryłę. Często malował także pejzaże oraz panoramy miast i wsi. Jego akwarele wywarły ogromny wpływ chociażby na twórczość Edwarda Dwurnika.

Nikifor. Malarz nad malarzami

Dzieła Nikifora można oglądać do 27 lutego 2022 r. w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie. Ostatnia tego typu wystawa-retrospektywa artysty odbyła się w stolicy w 1995 r. (nie licząc skromnej wystawy w 2004 r.). Po 26 latach Nikifor znów może być podziwiany i oglądany przez Warszawiaków. Niestety, zabrakło rozmachu. Dla wielu młodszych ta wystawa to pierwsza okazja do obcowania z dziełami krynickiego samouka. Nikifor należał do wyjątkowo płodnych malarzy, zatem aż prosi się o więcej. Kolejnym zapomnianym tropem jest Krynica, dzięki Nikiforowi na zawsze uwieczniona. To było jego miasto, jego dom. W czasie akcji „Wisła” jako Łemko, był trzykrotnie z Krynicy wysiedlany i trzykrotnie piechotą do niej wracał. Szkoda zatem, że obrazów Nikifora nie zestawiono z krynickimi fotografiami. Z jednej strony przeniosłyby nas do międzywojennego i powojennego uzdrowiska, z drugiej byłyby dowodem na to, jak precyzyjnie i pięknie Nikifor potrafił zinterpretować to miasto.

 

Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Zawiodło też oświetlenie – nieprzemyślane, zbyt silne, skierowane na napisy na ścianach i cytaty w taki sposób, że trudno było je odczytać, za to nie docierające do obrazów, przez co ich odbiór był zakłócony. Zabrakło kuratorskiego pomysłu na tę wystawę. Prócz krótkiego wprowadzenia, notki biograficznej i kilku słów o twórczości Nikifora przydałby się komentarz do prac, ciekawostki z życia twórcy i mocniejsze osadzenie postaci w kontekście historii sztuki, by pokazać, jak silnie oddziaływał Nikifor m.in. na środowisko kapistów. Może dobrym pomysłem byłoby zestawienie tych prac z pracami kolorystów; może z późniejszym Dwurnikiem? Po wystawie pozostaje lekki niedosyt, mimo to warto ją odwiedzić, bo choć jest niewielka, to jednak na chwilę wprowadza nas do barwnego świata artysty-samouka.