Rolnictwo raczej nie miało dobrej passy, nie tylko odkąd Polska wstąpiła do Unii Europejskiej. Już w tym wieku zderzyliśmy się z nierównymi płatnościami bezpośrednimi, potem tę złą passę było widać szczególnie w hodowli zwierząt. Gospodarstwa, które utrzymywały świnie padały jak muchy. Generalnie hodowla zwierząt jest w kryzysie. Najpierw, po wejściu do UE naszą bolączką miały być rozdrobnione, niewielkie gospodarstwa rolne i ich nie duża skala produkcji, teraz sytuacja zupełnie zmieniła się. Nie duże ma być piękne. Niegdyś wskazywano, że płatności bezpośrednie nie powinny być socjalnym wsparciem, teraz wielu otwarcie przyznaje, że ratują one je przed upadkiem wielu gospodarstw. Prawda leży, jak zwykle, gdzieś po środku, jednak nie da się ukryć, że unijna polityka rolna zmieniła się radykalnie i argumenty, które kiedyś przyświecały jej tworzeniu odeszły w zapomnienie.

Pamiętacie od kiedy trwała dyskusja nad nową Wspólną Polityką Rolną, właśnie nad tą, która zmienia paradygmat rolnictwa? Dobrze pamiętacie, od lat, a nad Krajowym Planem Strategicznym? Trochę krócej, blisko trzy lata. Był on konsultowany wielokrotnie i ci którzy w jego sprawie mieli zabrać głos, na pewno zabrali. Uwagi, jakie spłynęły do niego były od sasa do lasa, bo inne być nie mogły. Ci, którzy je przedkładali dostrzegali w nich przede wszystkim swój własny interes licząc, że do ich poprawek przychylą się urzędnicy i że to oni ugrają najwięcej dla siebie z przyszłej Wspólnej Polityki Rolnej. Żadna organizacja reprezentująca rolników w Polsce, poza jedną – są nią Izby Rolnicze – nie musiała zebrać do kupy propozycji zmian i wobec tego nie przeanalizowała ich pod kątem całościowym spoglądając, jak one wpłyną na organizm określany „polskim rolnictwem”. Skoro nikt tego nie zrobił, pozostało to w gestii urzędników resortu rolnictwa, którzy podpierali się analizami podległych skarbowi państwa naukowych instytutów. Co by nie powiedzieć w tej sprawie, wydaje się, że naukowe analizy mogły być także fragmentaryczne – przypuszczam, bo nie czytałem wszystkich – a zebrane w większą całość nadal nie oddawały charakteru naczyń połączonych w naszym rolnictwie. Dlatego też przed nie lada wyzwaniem stanął wicepremier Henryk Kowalczyk i temu wyzwaniu podołał.

Minister rolnictwa – do czasu – nie chciał słyszeć o jakichkolwiek zmianach w Krajowym Planie Strategicznym stawiając na ten, który przygotowali jego poprzednicy. Na ten, który był zbiorem polityk realizowanych przez rolników w minionych latach okraszonych celami środowiskowymi. Być może nie chciał otwierać puszki Pandory, jaką był krajowy plan, zdając sobie sprawę z tego, jak duże emocje towarzyszyły jego tworzeniu i że dyskusja o nim wyciszyła się. Wysłał więc do Brukseli dokument przygotowany wcześniej.

Mimo tego, nadal nie odpuszczał ten od którego podpisu zależało przyjęcie planu i który od dawna wskazywał co w polskim planie powinno się znaleźć. Wskazywał – mowa oczywiście o Januszu Wojciechowskim – że polską racją stanu jest m.in. ratowanie hodowli zwierząt i że jest na to ostatnia chwila. Otwarcie mówił, ile gospodarstw upadło przez ostatnią dekadę, dodając, że nie zrobiono nic, żeby to zmienić. Ta szczerość unijnego komisarza być może w końcu dotarła do uszu ministra, bo w końcu podjął on wyzwanie i co zapewnia Wojciechowski, polski plan strategiczny zostanie zmieniony, a on sam dał gwarancję, że zostanie on przyjęty w pierwszej grupie państw członkowskich UE. Być może minister sam powie, ogłaszając zarys nowej strategii, co takiego wydarzyło się, że podjął on wyzwanie i stanął na wysokości zadania? Jeśli nie, zapytamy go o to, licząc na jego szczerość. Nie wierzę w to, że przekonało go tylko i wyłącznie to, że została ona – ta propozycja nowego KPS – poparta solidarnie przez całą branże hodowlaną.

Ogromną rolę w przyjęciu nowej strategii dla rolnictwa odegrał Grzegorz Wojciechowski, brat unijnego komisarza, który jest posłem partii rządzącej. To on go przygotował i przedstawił propozycję ułożenia pierwszego filara Wspólnej Polityki Rolnej i jego połączenia z działaniami inwestycyjnymi w drugim filarze tej polityki. Ponieważ ta propozycja była już nie raz prezentowana, w zasadzie tylko i wyłącznie w mediach „Farmera”, nie będę po raz kolejny wskazywał na jej szczegóły. Kto jeszcze ich nie zna, może z nimi się zapoznać. Tym razem chcemy zwrócić państwa uwagę na polityczną kuchnię i zapytać, co takiego wydarzyło się, że zostało zapalone zielone światło do radyklanych zmian? Kto albo co spowodowało, że na biurku komisarza wyląduje przemyślana, logiczna i kompleksowa propozycja? Komisarz Wojciechowski zapewnia, że jego współpraca z minister Kowalczykiem jest wzorowa, ale jest to raczej tylko polityczna deklaracja. Tym słowom trudno dać wiarę, bo propozycje Grzegorza Wojciechowskiego odleżały się w ministerstwie, a minister raczej unikał z nim spotkania, niż o nie zabiegał. Zresztą inne urzędy także patrzyły na nią przez palce. Jan Krzysztof Ardanowski, który uwił sobie ciepłe gniazdko u prezydenta tylko grzmiał, że rolnictwo europejskie zawali się, nie przedstawiając żadnej własnej propozycji i nie odnosząc się do tej, która leżała w urzędniczej szufladzie. A może jej nie znał? A może miało być tak, po prostu, bo polityka rządzi się własnymi prawami, że to co od Wojciechowskich nie może być brane pod uwagę?

Dobrze się stało, że minister rolnictwa w końcu wykazał się dużą odwagą i przychylił do, co tu dużo mówić, słusznej propozycji. Nie bał się wziąć odpowiedzialność na siebie. Pokazał, że Polak potrafi.

W kolejnym odcinku „Iwana w Dybach” z dużą przyjemnością skomentowaliśmy to, co wydarzyło się wokół Krajowego Planu Strategicznego dla Wspólnej Polityki Rolnej. Tempo jego przyjmowania jest zawrotne. Plan, o którym nie chcieli słyszeć urzędnicy, zyska przychylność, wszystko dziś na to wskazuje. Cieszy to, że minister nie okazał się "miękiszonem" - takie popularne ostatnio określenie w polityce, martwi za to co innego. Zmieniając temat, widzimy co dzieje się w Holandii, obserwujemy protesty tamtejszych rolników. Zastanawiamy się, co się stało z solidarnością europejskich rolników? A może jej nie było?