Ciężkie działa wytoczył wymiar sprawiedliwości wobec czterech desperatów, którzy 15 stycznia ubiegłego roku wypuścili na terenie Sejmu dzika. Dzik miał przypomnieć rządzącym o tym, że rolnicy mają problem z dzikami i z niesionym przez nich ASF, a w okolicy Białegostoku to nawet w związku z tym protestują, pozbawieni środków do życia w następstwie zniszczenia ich pól i hodowli.

Wszystko wskazuje na to, że w kwestii przypomnienia nic się nie zdarzyło. Ruszyła jednak machina zmierzająca do ukarania rolników. Nie, nie za zakłócenie porządku, zabrudzenie chodnika, przestraszenie posła czy temu podobne fanaberie. Chodzi o rzecz ważniejszą: o prawa dzika, czyli naruszenie ustawy o ochronie praw zwierząt. To właśnie, że nie wolno tych praw naruszać, od roku, za pieniądze podatnika rzecz jasna, wymiar sprawiedliwości tłumaczy czterem oskarżonym o ów haniebny czyn.

W obronie zwierząt było więc przeszukanie w domu jednego z obwinionych – zorganizowane w poszukiwaniu strzelb, wnyków i innych narzędzi służących do kłusownictwa, rzecz jasna. 

Nie przyniosło rezultatów, zatem nie rozszerzono zarzutów o terroryzm.

A cóż udało się ustalić? Otóż oskarżeni rolnicy, działając „w zamiarze bezpośrednim” (to bardzo ważne, nie można bowiem popełnić przestępstwa niechcący)… „znęcali się nad zwierzęciem z gatunku dzik w ten sposób, że przetransportowali ww. dzika powodując u niego zbędny stres, złośliwie straszyli i drażnili ww. dzika, zaś pełniąc nad nim tymczasową opiekę, utrzymywali go w stanie rażącego zaniedbania, pozwalając mu przebywać w klatce, na dnie której znajdowały się odchody, a nadto uniemożliwiającej mu zachowanie naturalnej pozycji oraz że pozostawili zwierzę bez odpowiedniego pokarmu i wody przez okres wykraczający poza minimalne potrzeby właściwe dla gatunku”. Czyn ich zagrożony jest karą grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Poza tym „działając wspólnie i w porozumieniu”, „w nieustalonym miejscu i czasie” weszli w posiadanie dzika nie mając uprawnień do polowania. Czyn ten zagrożony jest karą pozbawienia wolności do lat 5.

Tyle akt oskarżenia.

Sąd nie odpowiedział na pytanie, kto występuje w tej sprawie jako pokrzywdzony i ile kosztowało prowadzenie tego dochodzenia.

Co ciekawe, mimo że „wejście w posiadanie dzika” bez stosownych uprawnień zagrożone jest wysoką karą, najwyraźniej prokuratura nie poświęciła oskarżonym tyle uwagi, co pokrzywdzonemu dzikowi - i raz pisze o „nieustalonym miejscu i czasie” wejścia w posiadanie zwierzęcia, w innym miejscu natomiast zapowiada przesłuchanie konkretnej osoby (strażnika sejmowego) na okoliczność potwierdzenia „złapania dzika na polu” przez jednego z oskarżonych.

Cóż, ochrony praw oskarżonych przed niesprecyzowanymi zarzutami przepisy nie przewidują.

Zatem proces rusza. Nie ruszyła natomiast z miejsca kwestia odszkodowań za szkody wyrządzane przez dzikie zwierzęta na polach. Nie udało się zwrócić uwagi na potrzebę ochrony praw rolników w sytuacji zmuszania ich do zaniechania produkcji w efekcie chorób niesionych przez dziki. Nie udało się wreszcie doprowadzić do redukcji dzików.

Czy uda się przekonać sąd i opinię publiczną, że dzik w Sejmie zagościł nie w celu dokuczenia mu, ale w celu zwrócenia uwagi na jego obecność na polach rolników?

Rozmiar szkodliwości społecznej czynu pozostaje w związku z zamiarem popełniającego przestępstwo. Tak jak przywiezienie dzika do Sejmu można oceniać jako raczej kiepski żart, trzeba też potraktować przedstawienie w tej sprawie aktu oskarżenia. Są sprawy ważniejsze – ale i trudniejsze do rozwiązania. Czy doczekamy się zainteresowania nimi ze strony władz?