Jak podał Główny Urząd Statystyczny (GUS), ceny towarów i usług konsumpcyjnych, według szybkiego szacunku, w czerwcu 2022 roku, w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 15,6%, a w stosunku do poprzedniego miesiąca wzrosły o 1,5%. 

Żywność i napoje bezalkoholowe rok do roku wzrosły o 14,1%, nośniki energii o 35,3% a paliwa do prywatnych środków transportu o 46,7%. W efekcie inflacja przekroczyła kolejną psychologiczną barierę. To nadal nie jest koniec.

Rząd i NBP winni inflacji?

Nie jest prawdą, że cała inflacja w Polsce jest zasługą prezydenta Rosji Władimira Putina. Premier rządu Zjednoczonej Prawicy Mateusz Morawiecki (a za nim reszta polityków tegoż obozu) nazywa ją putinflacją. To jest taki polityczno-pijarowy mit dla określonej grupy wyborców, by przykryć – tak długo jak się da – prawdziwe jej przyczyny.

Źródła inflacji są bardzo dobrze widoczne i podał je Narodowy Bank Polski (NBP). W maju 2022 roku inflacja po wyłączeniu cen żywności i energii (inflacja bazowa) rok do roku wyniosła 8,5%. Wskaźnik CPI (a więc inflacji) w analizowanym okresie, w porównaniu z takim samym okresem ubiegłego roku, wyniósł 13,9%. Proste obliczenie pokazuje, że zewnętrzne bodźce inflacyjne stanowią jedynie 5,4%. Na tę wartość składają się takie zdarzenia, jak np. zaburzenia w łańcuchach dostaw, wzrost kosztów cargo w transporcie międzynarodowym, wojna na Ukrainie, kryzys energetyczny wywołany przez Władimira Putina.

Twierdzenia premiera Mateusza Morawieckiego oraz polityków Zjednoczonej Prawicy o putinflacji, będącej źródłem wzrostu cen w Polsce, są zwyczajnym kłamstwem i robieniem ludziom przysłowiowej wody z mózgu.

Do inflacji przyłożył się również prof. Adam Glapiński, który jako prezes Narodowego Banku Polski pozwolił na monetyzację budżetu, czyli drukowanie pustego pieniądza poprzez mechanizm luzowania ilościowego. W efekcie tego NBP wydrukował ponad 147 mld zł, które to pieniądze rząd wykorzystał m.in. na programy socjalne, jak np. 500+, 13 i 14 emerytura.

Ponadto, eksperci Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) policzyli, że w różnych funduszach utworzonych przez rząd Zjednoczonej Prawicy (jak np. Fundusz Przeciwdziałania COVID-19) jest superdodatkowy dług (niezależny od długu publicznego i będący poza kontrolą parlamentu) Polaków o wartości 260 mld zł. Na koniec tego roku rząd zwiększy ten dług o 90 mld zł do kwoty 350 mld zł. To jednak nie koniec. Do 2025 roku przekroczy on poziom 400 mld zł.

Co należy wiedzieć o inflacji?

Jak już to zostało napisane wyżej inflacja w Polsce ma przede wszystkim źródła polskie i związane są one z ogromnymi ilościami pustego (tzw. bez pokrycia) pieniądza na rynku.
Walka z inflacją jaką prowadzi Narodowy Bank Polski, a dokładniej Rada Polityki Pieniężnej, poprzez podwyżkę stóp procentowych, jest działaniem uderzającym li tylko w kredytobiorców (mających różne kredyty). Stopy procentowe nie hamują konsumpcji ani nie zdejmują tej góry pieniędzy z rynku. Jedynie zabierają pieniądze Polakom płacącym z miesiąca na miesiąc wyższe raty od kredytów np. hipotecznych czy konsumpcyjnych.

Należy podkreślić, że stopy procentowe w Polsce są głęboko ujemne. Widać to najlepiej po porównaniu wskaźników. Stopa referencyjna obecnie wynosi 6%, a inflacja w maju wynosiła 13,9%. Stopy procentowe więc były ujemne -7,9%. W kwietniu zaś -7,15%. W czerwcu inflacja wzrosła do 15,6% i przyjmując prognozę wzrostu stopy referencyjnej o 100 punktów bazowych (czyli o 1 punkt procentowy) ujemność wyniesie -8,6%.

Jak widać ujemność stóp procentowych jest głęboka i z każdym miesiącem pogłębia się. Ujemność zachodzi także, gdy za podstawę weźmie się inflację bazową i odpowiednio dla kwietnia wynosiła -4,7, dla maja -5,4 a dla czerwca prognozowana jest na -6,3%. Innymi słowy walka z inflacją w Polsce to fikcja, a jedynym skutkiem wzrostu stóp procentowych jest nabijanie bankom pieniędzy, które i tak mają ogromną nadpłynność finansową.

By można było mówić o prawdziwej walce z inflacją, to stopy procentowe powinny być wyższe niż inflacja, a w najgorszym razie wyższe niż inflacja bazowa, choć to też za mało. Kto jednak jest w stanie przeżyć stopy procentowe na poziomie 20 procent lub wyższym?

Do obecnego poziomu inflacji trzeba dodać dwa procenty tego, co zostało zabrane przez obniżenie podatków wskutek tarcz antyinflacyjnych. Innymi słowy w czerwcu realna inflacja, to nie jest 15,6%, ale 17,6%. 

Jaka przyszłość czeka polską gospodarkę?

Nie jest celem nikogo straszyć, ale trzeba patrzeć realnie. Dopóty nie zacznie się prawdziwe zdejmowanie z rynku pieniędzy (np. poprzez podniesienie podatków) przez rząd oraz NBP, to inflacja z pewnością będzie rosła. Zapewnienia premiera Mateusza Morawieckiego czy prof. Adama Glapińskiego, że panują nad nią są opowieściami z działu fantastyki i baśni nie należy w to wierzyć, chyba że ktoś ma potrzebę doświadczania adrenaliny. 

Poza tym rząd jest świadomy, że jego działania są proinflacyjne, bo w ramach walki z inflacją wybrał pseudowspieranie najuboższych oraz emerytów i rencistów dając im trzynastą i czternastą emeryturę. Tak naprawdę, gdy dojdzie do prawdziwej walki z inflacją, te osoby ucierpią najbardziej. To jest świadome wepchniecie tych ludzi w biedę w przyszłości. 

Obniżka podatku PIT z 17 na 12 procent przyczyni się do wzrostu konsumpcji, a tym samym dalszego wzrostu cen. 

W styczniu 2023 roku wejdą w życie wyższe ceny prądu. Prognozy są naprawdę z kategorii ostrej jazdy. Najniższy przewidywany wzrost to 30 procent, a najwyższy to dwukrotność tego co jest obecnie. Średnio eksperci prognozują wzrost o 70 procent. Poziom wzrostu poznamy na przełomie jesieni i zimy tego roku. Jeśli więc wzrośnie prąd, to wszystko inne również zdrożeje. A to przełoży się na wyższą inflację. Jak wysoką? 

Wszystko wskazuje na to, że we wrześniu, a najpóźniej w październiku inflacja osiągnie poziom 18 procent. W grudniu dociągnie do 20 procent. Zaś za rok o tej porze możemy mieć nawet 25 procent lub wyżej. I nie jest to fantastyka lub potrzeba straszenia kogokolwiek. Wystarczy spojrzeć na dane GUS: w czerwcu 2021 roku inflacja wyniosła 4,4%, a w czerwcu 15,6%. W rok wzrosła o 11,2%. Wojna na Ukrainie trwa od 24 lutego tego roku, gdy inflacja wynosiła 8,5%. Poziom 25 procent nie jest więc fantazją, a rzeczywistą groźbą. To nie ma nic wspólnego z dobrą zmianą, a jest jedynie wynikiem rozpasania finansowego realizowanego przez rząd obozu Zjednoczonej Prawicy, którego skutki boleśnie odczują wszyscy.