Pomimo że inflacja w sierpniu bieżącego roku osiągnęła poziom 16,1% (tarcza antyinflacyjna obniża prawdziwą inflację o ok. 2% i faktycznie powinna być ona na poziomie ok. 18,1%), inflacja bazowa zbliżyła się lub być może przekroczyła dziesięć procent, że Polacy oraz przedsiębiorcy płacą już horrendalnie wysokie raty od kredytów, że brakuje węgla, że grożą nam bardzo wysokie ceny prądu, gazu oraz innych surowców opałowych, to nie oznacza, że mamy pełen obraz kryzysu. Tak naprawdę, to wciąż jest jego początek i nikt obecnie nie jest w stanie powiedzieć, kiedy będzie jego szczyt. Mimo tego, pisząc bez owijania w bawełnę, na podstawie wiedzy o kryzysach, można powiedzieć, że czekają nas ciężkie 3-4 lata. Jak więc przejść przez ten czas bez dużych strat i co trzeba wiedzieć?

Wyklepywanie stagflacji 

Rada Polityki Pieniężnej (RPP) zdecydowała podwyższyć stopy procentowe NBP o 0,25 punktów procentowych do poziomu:

  • stopa referencyjna 6,75% w skali rocznej;
  • stopa lombardowa 7,25% w skali rocznej;
  • stopa depozytowa 6,25% w skali rocznej;
  • stopa redyskonta weksli 6,80% w skali rocznej;
  • stopa dyskontowa weksli 6,85% w skali rocznej.

Choć Rada podwyższyła stopy, to jej decyzja ewidentnie była nieofensywna. Ta łagodność może świadczyć o tym, że członkowie Rady Polityki Pieniężnej spodziewają się recesji. Nieduża podwyżka ma dać nam coś w rodzaju buforu (czyli nie załamać konsumpcji) w chwili wchodzenia w okres spadku i zastoju w rozwoju gospodarczym. Nie ulega więc wątpliwości, że ciemny okres jest bliżej niż nam się wydaje. 

Wzrost rat kredytów

Poza tym podwyżka stóp spowoduje wzrost rat kredytów. To już oczywista oczywistość. Z pewnością decyzja RPP będzie mieć przełożenie na spadek konsumpcji (który już jest widoczny), a to obniży tempo rozwoju i – jak to zostało napisane wyżej – wejdziemy w recesję.

Decyzja o podwyżce byłaby dobra, gdyby była synergia między polityką monetarną a fiskalną. Tymczasem mamy dziwną politykę, a wręcz głupią, która – jak to obrazowo określił jeden z ekspertów – polega na jednoczesnym wciskaniu hamulca przez Radę Polityki Pieniężnej oraz dodawaniu gazu przez rząd, który rozdaje pieniądze, ile może i chce. W efekcie „dorobiliśmy się” głęboko ujemnych stóp procentowych, co bardzo dobrze widać na drugim wykresie. 

Przez „dorobiliśmy się” nie należy rozumieć tego, że to każdy z Polaków przyłożył się do tego, ale „dorobienie” jest skutkiem błędnych decyzji (a dokładniej zaniechania) prezesa Narodowego Bank Polski prof. Adama Glapińskiego oraz Rady Polityki Pieniężnej. Drugim winowajcą jest rząd Zjednoczonej Prawicy na czele z premierem Mateuszem Morawieckim.

W efekcie spóźnione zacieśnianie polityki monetarnej, monetyzacja budżetu (drukowanie przez NBP tzw. pustego pieniądza), wyprowadzanie przez rząd poza budżet setki miliardów złotych (według obliczeń Forum Obywatelskiego Rozwoju poza budżetem na koniec tego roku będzie 337 mld złotych, a na koniec 2023 roku kwota ta osiągnie wartość 422 mld złotych) poprzez różne fundusze (głównie poprzez Fundusz Przeciwdziałania COVID-19) doprowadziły do obecnego stanu, cechującego się głęboko ujemnymi stopami procentowymi i wysoką inflacją. 

W praktyce stopy powinny być wyższe o połowę wartości inflacji. Czyli, jeśli w sierpniu bieżącego roku indeks cen wyniósł 16,1 procent, to stopa referencyjna powinna być na poziomie 24 procent. Jak wyglądała prawdziwa walka z inflacją w poprzednich latach bardzo dobrze pokazuje wykres pierwszy. Oczywiście obecnie nikt nie zdecyduje się na taką zwyżkę jaka była w przeszłości, bo wywołałoby to bunt społeczny o wymiarze rewolucji. 

Sytuację więc ma ratować podnoszenie stóp procentowych, ale i tutaj widać już ścianę. Tymczasem rząd Mateusza Morawieckiego nie ogranicza fantazji fiskalnej, wręcz co rusz słyszymy o kolejnych „fajnych” jego pomysłach. W rezultacie nie ma żadnej walki z inflacją, a jest poszerzanie i pogłębianie kryzysu. Gdy do tego obrazu dołoży się dane o spadku rozwoju gospodarczego o 2,1% kwartał do kwartału, to widać skalę problemu. Bardzo dobrze pokazuje to drugi wykres. Krzywe się rozchodzą, co dowodzi, że inflacji nikt nie kontroluje, tako samo nic nie wzmacnia rozwoju. Problem nabrzmiewa coraz bardziej. Wchodzimy w stagflację z perspektywą bliskiej recesji. Świetnie obecną sytuację podsumowuje myśl z dowcipu: myślałem, że jest źle, ale wychodzi na to, że jest dobrze, bo autor tegoż tekstu pisze, że źle dopiero będzie.

Rząd nie chce podażowego bodźca

Z recesją walczy się fiskalnie np. poprzez obniżenie podatków oraz monetarnie -poprzez obniżkę stóp procentowych. Chodzi o wywołanie popytu. Tymczasem do stagflacji takich instrumentów polityki gospodarczej nie można zastosować, bo gdyby je wdrożyć, to nadal rosłaby inflacja.  

Co jest więc wskazane? Najlepsze są narzędzia podażowe, czyli takie, które wytwarzają realną, namacalną wartość bez cech proinflacyjnych. Rząd Zjednoczonej Prawicy ma w zasięgu ręki blisko 160 mld zł w ramach Krajowego Planu Odbudowy (KPO) na inwestycje w różne branże gospodarki (w tym 10,3 mld zł w rolnictwo), na cele społeczne i ekologiczne. Tymczasem – jak wynika z opinii przedstawicieli partii rządzącej i słów prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego – mamy sobie poradzić bez tych pieniędzy, choć te miliardy uratowałyby nasze budżety i oszczędności, a o innych, jak np. wartość złotówki nie wspomnę. 

Czego nie robić w kryzysie?

Abstrahując od polityki, patrząc tylko realnie, to możliwości indywidulanego poradzenia sobie są ograniczone, ale właściwe ich wdrożenie zabezpieczy nasze interesy ekonomiczne i finansowe. 

Należy podkreślić, że postępująca inflacja, hamujący rozwój gospodarczy drastycznie skróciły perspektywę planowania własnej działalności. Do kryzysu rolnicy oraz przedsiębiorcy rolni mieli średnio horyzont roczny. Obecnie myślenie i planowanie biznesowe (produkcji rolnej) zostało ograniczone do maksymalnie 3 miesięcy (12 tygodni). Im inflacja będzie wyższa, im kryzys będzie się pogłębiał, tym ta perspektywa będzie krótsza. Wszystko wskazuje na to, że tak właśnie będzie, bo wizja inflacji rzędu 20 procent, a nawet wyższej, nie jest fantazją, ale jest realnie w naszym zasięgu. A gdy do tego dołoży się brak węgla, zaporową cenę za niego, wzrost cen prądu i gazu, wysokie ceny lub możliwe braki nawozów oraz innych środków produkcji, to przyszłość nie wygląda kolorowo. Co więc robić, a czego nie robić?

Nim padnie odpowiedź na to pytanie, to trzeba uświadomić sobie istotę oraz przyczyny kryzysu. Jak widać wciąż przed nami jego szczyt. Nie jest żadnym prawieniem ekonomicznych andronów (palma pierwszeństwa należy do pewnego jastrzębia), że obecny kryzys nie skończy się szybko, bo zejście do celu inflacyjnego NBP 2,5% będzie długie i bardzo bolesne. Trzeba pamiętać, że spadek inflacji nie pociąga za sobą automatycznie obniżki stóp procentowych. Muszą zniknąć czynniki inflacjogenne, by stopy zaczęły spadać. Realna więc walka z kryzysem potrwa co najmniej do 2025 roku, pod warunkiem, że ta walka będzie prowadzona.

W świetle błędów i niekompetencji prezesa NBP prof. Adama Glapińskiego oraz proinflacynej polityki rządu Zjednoczonej Prawicy nie ulega wątpliwości, że Polacy są zdani tylko na siebie, czyli na swoje umiejętności radzenia sobie w sytuacjach skrajnych. Inaczej pisząc sami musimy zadbać o siebie, bo rozkręcona i wciąż nieopanowana inflacja zwyczajnie dewastuje ekonomiczny i finansowy dorobek Polaków, który gromadzili przez ostatnie dwadzieścia lat. Jak dotąd wszystkie decyzje rządu były jedynie inflacjogenne, nie rozwiązujące problemów, a tylko je pogłębiające. Należy podkreślić, że inflacja rzędu 16 procent pozbawia nas w ciągu roku prawie dwóch miesięcznych dochodów. Im będzie ona wyższa, tym ta strata w naszych dochodach również się odpowiednio zwiększy. Odrobienie jej nie będzie ani łatwe, ani szybkie, dla wielu osób będzie to zwyczajnie niemożliwe.

W praktyce więc plan jest prosty i sprowadza się do szeroko zakrojonego programu oszczędnościowego wszędzie tam, gdzie się da. Należy przejrzeć swoje wszystkie wydatki. Zlikwidować oraz zrezygnować z tych kosztów, które są zbędne lub można je odłożyć na później, wszystko po to, by zachować rynkową konkurencyjność. To ostatnie dotyczy także inwestycji. Nie należy ich podejmować, jeśli nie jesteśmy pewni, że wykonamy je zgodnie z harmonogramem i planem kosztów i po jej zrealizowaniu przyniesie nam ona planowane profity, że będziemy mieć rynek. Jeśli ktoś zaplanował inwestycję, a nie ma pewności, co do jej powodzenia, to najlepiej zrobi jak ją przełoży na lepsze czasy. I niestety będzie to faktycznie inna epoka i nie wszyscy dotrwają do niej bez strat.