Efekty kolejnych nowelizacji Prawa łowieckiego łatwo nam oceniać – po liczbie skarg od rolników i próśb o pomoc, w przypadku konfliktów z szacującymi szkody. Tych niestety wcale nie ubywa - tyle tylko, że równie często jak na myśliwych, rolnicy skarżą się na leśników zarządzających ośrodkami hodowli zwierzyny i regionalne dyrekcje ochrony środowiska, które odpowiadają za szkody czynione przez gatunki chronione.

Z rozmów tych można wyciągnąć jeden zasadniczy wniosek – taki mianowicie, iż nad liczebnością dzikiej zwierzyny w naszych lasach od dawna nikt już nie panuje. I dotyczy to zarówno zwierzyny łownej, jak i gatunków będących pod ochroną. W efekcie pola i łąki pustoszą stada dzikich ptaków i ssaków, wilki pożerają owce, cielęta i pilnujące gospodarstw psy, rysie i lisy zakradają się do kurników, niedźwiedzie niszczą pasieki i kradną miód, a dziki ryją nawet na placach zabaw w dużych miastach.

Bądźmy szczerzy – wiedza na temat liczebności populacji leśnych zwierząt nikomu z tych, którzy za nie odpowiadają, nie jest dziś potrzebna. Po co liczyć wilki, skoro i tak nie zamierzamy narażać się ekologom i nadwyżki chronionych drapieżników odstrzelić? Po co myśliwym rzetelny stan pogłowia saren czy dzików, skoro myśliwych w naszym kraju jest zbyt mało, aby ich populację faktycznie kontrolować? A przecież tam, gdzie rolnicy widzą problem, dostrzec można też pozytywy i fiasko przekuć w spektakularny sukces: lasy mamy tak zasobne w zwierzynę, że reszta Europy nam zazdrości, a to najwyraźniej zasługa naszego modelu łowiectwa i ochrony przyrody.

Skupmy się jednak na zwierzynie łownej i gospodarce łowieckiej, by od tematu nie odbiegać. W walce z ASF przegrywamy od ponad 6 lat, bo depopulacja dzików okazała się u nas zwyczajnie niewykonalna. Przyspieszyć ją miała ostatnia nowelizacja Prawa łowieckiego i „ostateczna dekomunizacja” PZŁ. Rzeczywistość pokazuje, że ani jedno, ani drugie, nie przyniosły jednak zakładanych celów.

Przywódca jednej z organizacji rolniczych ostatnią nowelizację Prawa łowieckiego porównał do wymiany koła w ciągniku, w którym zatarty jest silnik. Mnie nasuwa się raczej porównanie z operacją plastyczną Frankenteina, czyli upiększaniem chodzącego trupa. Pozbawienie myśliwych monopolu na szacowanie szkód łowieckich z pewnością było potrzebne, ale w praktyce dało mniej, niż mogliśmy oczekiwać. Przepisy nie zmieniły bowiem stosunków na poziomie lokalnym, w których prezes koła łowieckiego nie będzie postrzegany i traktowany jako myśliwy-pasjonat, ale w odniesieniu do funkcji i stanowiska, które pełni w „cywilnym” życiu. Bądźmy szczerzy – ustawę, którą określano mianem spadku po Bierucie, komuniści „przysposobili” po rządach sanacyjnych. Wystarczyła drobna kosmetyka, bo tylko elity szukające rozrywki w lasach z dubeltówką w dłoni miały się zmienić, a nie ich przywileje. A kolejne elity czyniły wszystko, by majstrowanie przy ustawie do kolejnej „kosmetyki twarzy” się sprowadziło.


Niedawny „zamach” na PZŁ zakończył się owszem pokoleniową i polityczną zmianą warty, ale cóż ona dała? Jak pokazały ostatnie miesiące, to nie zarząd PZŁ decyduje o zaangażowaniu myśliwych w walkę z ASF, nie on gwarantuje ochronę upraw rolników i uczciwe szacowanie szkód. Niemoc tą zobaczyliśmy wiosną br., gdy ogłoszono epidemię koronawirusa. Rolnicy nie mogli doprosić się od kół łowieckich wizyt na stratowanych przez leśną zwierzynę polach, zarządzone odstrzały sanitarne dzików stały się zbiorami zbożnych życzeń. PZŁ wzywał myśliwych do wypełniania ustawowych zobowiązań, zarówno w kwestii odstrzałów zwierząt, jak i szacowania strat. Na niewiele się to jednak zdało...

Śledząc medialne publikacje można dojść do wniosku, że krytykę samego prawa łowieckiego coraz częściej zastępuje szersza krytyka sposobu prowadzenia gospodarki łowieckiej w kraju - tak w wykonaniu myśliwych, jak i organów państwa. Trudno nie zauważyć, że w toku tej długiej debaty na naszym „wzorcowym”, jak od lat nam wpajano, modelu gospodarki łowieckiej przybywa rys i pęknięć. Może więc zamiast kolejny raz reanimować trupa, uznamy wreszcie że przyszła pora na zrewidowanie reguł, na których Prawo łowieckie się zasadza?

Hola, hola… Z pewnością łatwo powiedzieć – trudniej to zrobić, by obowiązującego prawa nie popsuć bardziej. To nie rolnicy, myśliwi czy leśnicy ustalaliby przecież nowe rozwiązania, a ekolodzy i obrońcy zwierząt, których żaden europejski rząd ignorować się dziś nie ośmieli. To do nich należy ostatnie słowo. A jeśli nam się to nie podoba? Jak w tytule: "Nie żałujmy botoksu dla Frankensteina!".