Jak podał Główny Urząd Statystyczny (GUS) ceny towarów i usług konsumpcyjnych – według szybkiego szacunku – w sierpniu 2022 bieżącego roku, w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku, wzrosły o 16,1%, a w stosunku do poprzedniego miesiąca wzrosły o 0,8%. Żywność i napoje bezalkoholowe roku do roku wzrosły o 17,4%, a miesiąc do miesiąca o 1,6%. Nośniki energii w porównaniu z sierpniem ubiegłego roku wzrosły +40,3%, a w ujęciu miesiąc do miesiąca o 3,7%. Z kolei paliwa do prywatnych środków transportu w ciągu roku wzrosły o 23,3%, a w porównaniu do ubiegłego miesiąca o 1,7%. 

Również złe dane dotyczą wzrostu gospodarczego. Jak podał GUS, produkt krajowy brutto (PKB) niewyrównany sezonowo w drugim kwartale 2022 roku wzrósł realnie o 5,5% rok do roku wobec wzrostu o 11,3% w analogicznym kwartale ubiegłego roku. Z kolei PKB wyrównany sezonowo zmniejszył się realnie o 2,1% w porównaniu z poprzednim kwartałem i był wyższy niż przed rokiem o 4,7%. Produkt krajowy brutto niewyrównany wzrósł realnie o 5,5% w porównaniu z drugim kwartałem roku poprzedniego. 

Wniosek jest więc prosty. Nasza gospodarka hamuje, a jej potencjał, w tym dochody Polaków, pożera inflacja, której szczyt wciąż nie wiadomo, kiedy nadejdzie.

Co wynika z danych GUS i prognozy rządu?

Należy pamiętać, że prawdziwy obraz inflacji jest gorszy, bowiem obecny stan nie uwzględnia tego, co odejmuje obniżka podatków wprowadzona tzw. tarczą antyinflacyjną. W praktyce więc inflacja jest wyższa o dwa punkty procentowe i rzeczywistości wyniosła w sierpniu tego roku 18,1%, a nie jak podał GUS 16,1%.

Dane Głównego Urzędu Statystycznego wskazują, że polska gospodarka weszła w stagflację, czyli fazę wysokiej inflacji i malejącego wzrostu gospodarczego. Co ciekawe rząd Zjednoczonej Prawicy to zjawisko przewiduje dopiero w przyszłym roku. W przedstawionym przez premiera Mateusza Morawieckiego projekcie budżetu na 2023 roku rząd prognozuje wzrost PKB w wysokości 1,7%, a inflację na poziomie 9,8%, a deficyt budżetowy w wysokości 65 mld zł. Podsumować to można jednym zdaniem – fantastyka oraz pobożne życzenia. Dlaczego?

Polskie finanse to dwa światy. Pierwszy to budżet państwa, który podlega kontroli parlamentu. Drugi to system pozabudżetowy w postaci rozmaitych funduszy jak np. Fundusz Przeciwdziałania COVID-19, który ma status studni bez dna, z którego to rząd, co rusz wyciąga miliardy złotych na różne cele (np. czternasta emerytura), w tym na gaszenie pożarów o skutkach politycznych. Fundusze nie podlegają kontroli parlamentu, bo nie stosuje się do nich ustawy o finansach publicznych.

Czy rząd omija przepisy i zadłuża kraj?

Jak policzył Sławomir Dudek, ekspert Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR), poza budżetem na koniec tego roku będzie 337 mld złotych, a na koniec 2023 roku kwota ta osiągnie wartość 422 mld złotych. W ten sposób rząd Zjednoczonej Prawicy kreatywnie i bezprawnie omija konstytucyjny próg zadłużenia. Sęk w tym, że te setki miliardów są i stanowią dług, który nie da się umorzyć jak np. z częścią obligacyjną OFE zrobił rząd PO-PSL, twierdząc, że to były pieniądze publiczne, czyli rządowe, gdy w rzeczywistości były i są to pieniądze prywatne każdego z 16,2 mln Polaków, mających swoje konto w funduszach emerytalnych. Była to po prostu zwykła grabież pieniędzy.

W praktyce więc nie wiadomo, jak wygląda zarządzanie pieniędzmi w tych funduszach i czy są w ogóle jakieś granice zadłużenia. W przypadku budżetu wiemy, bo reguluje to ustawa o finansach publicznych. Ponadto w konstytucji zapisany jest próg ostrożnościowy, co znaczy, że nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto.  

Czy mamy już recesję?

Drugim zjawiskiem, z którym już na pewno mamy do czynienia, to jest recesja, przez ekspertów nazywana techniczną dla odróżniania jej od tradycyjnego rozumienia, ze względu na brak wzrostu bezrobocia. 

Prognoza rządu, że w przyszłym roku wzrost gospodarczy wyniesie średniorocznie 1,7%, jest naprawdę optymistyczna. Za tą uwagą nie kryje się żadna drwina, ale czysty realizm. Prawidłowa perspektywa to jeden lub poniżej nawet jednego procenta. Wszystko będzie zależeć od tego, czy utrzyma się konsumpcja Polaków lub inaczej pisząc, czy rodacy będą mieć taką samą skłonność do zakupów jak w tym roku. A to nie jest pewne, bo według GUS w zakresie nastrojów konsumenckich nastąpił w sierpniu tego roku spadek. Otóż bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej (BWUK), syntetycznie opisujący obecne tendencje konsumpcji indywidualnej, wyniósł -44,9 i był o 3,2 punkty procentowe niższy w stosunku do poprzedniego miesiąca. Jeśli wrzesień i kolejne miesiące odnotują spadki, to wizja rozwoju gospodarczego rzędu 1,7 procenta będzie w dziale fantazji. 

Sytuacja gospodarcza w kraju a sytuacja rolników

Rolnicy oraz przetwórcy rolno-spożywczy muszą więc szykować się na ostre wyhamowanie konsumpcji. Polacy nie przestaną jeść, ale z pewnością będą podejmować inne decyzje zakupowe. Gdy więc będzie mały popyt, będzie więc naturalna presja na wzrost ceny produkcji rolnej by ratować własną rentowność. A to jest przepis na dalszy wzrost inflacji.

Obalenie mitu: wpływ wojny na inflację

Dane GUS o wzroście inflacji jasno wskazują, że inflacja bazowa (po wyłączeniu cen żywności i energii) w sierpniu wyniosła blisko 10 procent lub ponad tę wartość. Jak podał Narodowy Bank Polski w lipcu bieżącego roku była ona na poziomie 9,3%. 

W świetle powyższych danych pada mit, że źródłem makroekonomicznego zła w naszej gospodarce jest agresja Rosji na Ukrainę. To nie wojna na Ukrainie jest źródłem wszystkich naszych problemów, ale to wojna pokazała to, o czym od dawna mówiło wielu ekspertów, że nie da się zbyt długo ciągnąć na drukowaniu pustego pieniądza oraz rozdawnictwie socjalnym i braku inwestycji. 

Będzie bardzo źle

Poziom kryzysu wyznaczą ceny gazu i prądu, które wejdą w życie od stycznia 2023 roku. Wzrosty z pewnością będą duże, od 70 do nawet 300 procent. Ten przedział pokazuje jak wielka jest niepewność z jednej strony i jak wielkie zakusy operatorów energetycznych i gazowych są z drugiej strony. 

Ponadto analizując metodę walki Rady Polityki Pieniężnej oraz rządu Zjednoczonej Prawicy z inflacją, widać, że w praktyce nie są stosowane żadne narzędzia faktycznie likwidujące przyczyny inflacjogenne. Rada podnosząc stopy procentowe jedynie ograbia z pieniędzy Polaków, a rząd pompuje w sposób nieograniczony socjalne cele. 

Wszyscy liczą, że szczyt kryzysu będzie na początku przyszłego roku, a potem to już będzie z górki, czyli tylko lepiej. Nie jest to prawdą, a jedynie życzeniem. Nie wiemy, jakie będą ceny prądu oraz gazu. Nie wiemy, ile będzie kosztował węgiel, pelet oraz inne surowce energetyczne, i czy w ogóle będą one dostępne w przyszłym roku. W efekcie inflacja, wysokie ceny wszystkiego mocno zubożą zasoby finansowe i ekonomiczne Polaków, gromadzone przez nich przez ostatnie dwie dekady.

Zapewnianie Henryka Kowalczyka, ministra rolnictwa i rozwoju rolnictwa, że nawozów na wiosnę w przyszłym roku nie braknie jest też wątpliwe, bo jak sam przyznał o zatrzymaniu produkcji nawozów dowiedział się po fakcie, czyli nikt wcześniej z nim tego nie konsultował. Tylko ten jeden fakt pokazuje jak jest poważny problem i w zarządzaniu i w odpowiedzialności. Taki stan rzeczy prowadzi do jednego wniosku. Trzeba szykować się na najgorsze, chyba że ktoś lubi ostrą jazdę bez trzymanki, bo jak widać jej brakować nie będzie.