• Nad rynkiem nawozów nikt już nie panuje. Chaos na nim panujący pogłębili ci, którzy tego robić tego nie powinni.
  • Nie można oprzeć się wrażeniu, że komuś zależało na tym, żeby rolnicy płacili za nawozy coraz więcej.
  • Czy w obecnej sytuacji import nawozów z najodleglejszych zakątków naszego globu ma sens i czy doprowadzi on do spadku ich cen? Jak wtedy zachowają się rodzimi producenci?

Wojna w Ukrainie trwa od lutego br. Już przed jej wybuchem można było spodziewać się tego, co wydarzy się na wielu rynkach, w tym na rynku nawozów. Chaos – to jedyne określenie, które przychodzi mi na myśl, jak patrzę na to, co się dzieje. Dlatego trzeba głośno zapytać, kto się do niego przyczynił?

Gaz, gaz i jeszcze raz gaz, ale…

Bez gazu nie jest możliwa produkcja nawozów azotowych, to wiemy wszyscy. Wiemy także to, że cena nawozów jest wprost proporcjonalna do cen gazu. Ale czy to co dzieje się rynku można zrzucić na ten nośnik energii?

Huśtawka cenowa na rynku nawozów trwa w najlepsze. Kupować teraz, czy czekać? Takie pytania mnożą się w głowach rolników od kilku ładnych miesięcy. Będzie taniej? Wielu z nich z przekąsem ocenia obecną sytuację – taniej to już było. Wielu twierdzi, że to co dzieje się na rynku zostało celowo sprokurowane, żeby zarobili ci, co mieli zarobić. Którzy to są? Do tego pytania powrócę później.

Rolnicy z niepokojem patrzą na ten rynek, a ich niepokój na pewno nie zmalał po tym, jak dowiedzieli się, że Anwil i Grupa Azoty wstrzymują produkcję. Komunikaty, które wydały w tej sprawie oba podmioty były ciosem dla rynku, strzałem prosto w serca rolników. Wprawdzie po kilku dniach jeden z nich oznajmił, że jednak wznowi produkcję, jednakże ten komunikat nie wprowadził już spokoju na rynek. Nawozów w punktach dystrybucyjnych jak nie było, tak nie ma, a chaos spotęgował się. Być może ci co podejmowali decyzję w tej sprawie mieli dobre intencje, podyktowane zyskownością własnego biznesu, jednak jak mówią, dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Dlatego trudno jest oprzeć się wrażeniu, że te komunikaty były celową zagrywką, która miała pogłębić chaos na rynku i spowodować wzrost cen nawozów. Pozbyć się tego złego wrażenia nie mogę, nawet wtedy, gdy słyszę argumenty wskazujące na konieczność technicznych przestojów fabryk w celu konserwacji linii produkcyjnych. Jeśli faktycznie ten powód wstrzymania produkcji był głównym poruczeniem, to jakże inaczej powinny brzmieć wydawane przez producentów nawozów komunikaty.

Do chaosu na rynku przyczynił się także dwugłos płynący ze strony rządu. Najpierw rolnicy usłyszeli z ust wicepremiera i ministra Henryka Kowalczyka, że rząd nie przewiduje dopłat do cen nawozów i że będzie raczej szedł w kierunku wsparcia cen energii, które z kolei doprowadzi do obniżki cen nawozów, a następnie premier Mateusz Morawiecki oświadczył, że być może dopłaty do nawozów zostaną powtórzone. Oba mechanizmy bardzo różnią się od siebie, przede wszystkim skutkiem oddziaływania nie tylko na rynek nawozów, ale przede wszystkim na całą gospodarkę. Przemilczę w tym miejscu czynniki napędzające inflację. Wypowiedź wicepremiera można traktować jako straszak na dystrybutorów nawozów, wicepremier nie wprost powiedział im „macie nawozy to je sprzedajcie, nie czekajcie na lepsze ceny, bo je obniżymy”. Z kolei wypowiedź premiera mogła uspokoić tych, co je mają i nie sprzedają i czekają na jeszcze wyższe ceny. Jak one są zgoła odmienne przekonaliśmy się w redakcji. Po wypowiedzi pana Kowalczyka posypały się emaile do redakcji, larum podnieśli ci, którzy przetrzymują towar. Gdy głos zabrał premier sprawa ucichła.  

Nie popisał się także, w tej kryzysowej sytuacji rzecznik rządu, pan Piotr Müller. Wstrzymanie produkcji nawozów przed podmioty należące do skarbu państwa skwitował wysokimi cenami gazu wskazując na podobne zachowania europejskich producentów. Inni też zamykają fabryki – oświadczył na swojej konferencji prasowej. Rzecznik „ogrzał się” przy nieszczęściu innych i zapewne zrobiło mu się raźniej. Taka narracja pochodzi z minionej, słusznie zresztą tak nazywanej epoki. Był niegdyś taki rzecznik rządu, który mówił, że „inni mają gorzej”, a nazywał się on Jerzy Urban. Panie rzeczniku, mam nadzieję, że zdaje pan sobie sprawę czym jest sofizmat „a u was biją murzynów”? Używając go, co często się panu zdarza, posługuje się pan zwodniczym dowodem i w ten sposób odbiera pan prawo do dyskusji.

Często słyszę także opinie które, jak rozumiem mają usprawiedliwić rynkowy chaos, że kto miał wysiać w tym roku nawozy, to już to zrobił i dramatu nie ma. Czyżby? Produkcja rolnicza jest ciągłym procesem planowanym nie na miesiąc czy dwa, ale na sezony, bardzo często na lata. Być może to banał w dyskusji, ale warto go przypominać, może otrzeźwieją ci, którzy celowo o nim zapomnieli.

Wie, co mówi

Po gorących słowach premiera i wicepremiera skierują państwa uwagę na wywiad, którego 6 września udzielił „Farmerowi” Rafał Mładanowicz, pełnomocnik ministra rolnictwa ds. rozwoju współpracy z Ukrainą. Apelował on w nim do rolników, żeby nie ulegali presji i nie kupowali nawozów po wygórowanych cenach. Wie co mówi? Jest blisko premiera Henryka Kowalczyka i pewnie sam nie raz o tym rozmawiał z nim. A jeśli nie, to zapewne słyszał to i owo w ministerstwie. Konkluzja będzie za chwilę, najpierw jeszcze kilka cytatów z tego wywiadu.

Wg mnie pan Mładanowicz potwierdził powyżej stawiane tezy. „Na magazynach dystrybutorów i producentów nawozów, jest nawozów więcej niż dzisiaj w Polsce potrzebujemy” – stwierdził przed tygodniem.

Wg niego jest inny problem, powodem tak dużego wywindowania cen nawozów, jest fakt, że mała liczba dystrybutorów o dużym znaczeniu strategicznym i w Grupie Azoty i w Anwilu, którzy w swojej strukturze posiadają tysiące ton nawozów, posiadają produkty, których jeszcze nie sprzedali. Pan Rafał Mładanowicz zauważa, że te nawozy nie zostały wprowadzone na rynek i że wielu dystrybutorów zaciera ręce i twierdzi, że takiego interesu, jaki zrobi w tym roku na nawozach, nigdy nie zrobili.

Co więcej, uważa on także, że w punktach sprzedaży jest bardzo duże nasycenie nawozów, natomiast sztucznie, w sposób nienaturalny, te nawozy są niechętnie sprzedawane. To jest, jak mówił pełnomocnik, fakt mocno zastanawiający i pokazujący, jak rolnicy są wykorzystywani. Czytając wprost powyższe słowa, mamy odpowiedź, kto wydoił w tym roku rolników! Smutna konstatacja.

Pozwólcie, że przytoczę jeszcze jeden fragment z wywiadu udzielonego „Farmerowi” 6 września br. przez pana Mładanowicza, który pokazuje, czego możemy się spodziewać na tym rynku? „Jak dystrybutorzy będą w dalszym ciągu windować ceny do góry lub bronić się przed sprzedażą, to rynek nie lubi próżni. Proszę zauważyć, że nawozy są produkowane w różnych częściach świata i coraz częściej dochodzą nas informacje o znacznie tańszych, które można kupić na rynkach światowych. Są to transakcje, które nie będą teraz realizowane na rynku krajowym czy europejskim z dnia na dzień, ale fracht nawet z najbardziej odległej części świata zajmuje maksymalnie osiem tygodni. I proszę pamiętać o tym, żeby dystrybutorzy nie zostali z tymi drogimi nawozami i żeby nie było sytuacji takiej, że od listopada będzie można w Europie kupować nawozy azotowe i wieloskładnikowe po cenach znacznie tańszych.” – powiedział rozmówca Małgorzaty Tyszki.

Trzymamy za słowo, wspólnie z rolnikami czekamy na nawozy. Z powyższych słów wynika, że te przypłyną spoza europejskiego rynku, a może już płyną? Kto je zakontraktował? Spółki skarbu państwa? Prywaciarze? Oby tylko z nawozami nie było tak samo, jak z węglem? Jakie będą ich ceny? Pamiętacie co mówił na temat dostępności i cen węgla rzecznik rządu?

Wspólnie z Iwoną Dybą wzięliśmy na tapet to, co o rynku nawozów mówił rzecznik rządu. Przeanalizowaliśmy także wypowiedzi najważniejszych osób w państwie w tej sprawie. Mówiąc wprost nie trzymają się one kupy. Zapraszam na pierwszy po wakacyjnego „Iwana w Dybach”.