Czy wszystko ma być eko? – dopytywały przez ostatnie lata osoby sceptyczne wobec nowych reguł gry w rolnictwie, które zostały wynegocjowane przez rządy krajów członkowskich Unii Europejskiej i później – pod koniec listopada – przyklepane przez Parlament Europejski. „Przecież my jesteśmy już ekologiczni, mniej nawozimy, mniej stosujemy chemii w porównaniu do krajów zachodniej Europy” – było słychać. Ci, którzy w taki sposób oceniali to, co ma się stać i jak ma wyglądać produkcja rolna, nie mają najmniejszego pojęcia o rolnictwie ekologicznym. Mówili o nowym paradygmacie rolnictwa, czyli o wyzwaniach środowiskowych i klimatycznych, być może błędnie definiowanych jako ekoschematy, ale na pewno nie o ekologicznej produkcji rolnej.

Niestety, ta dyskusja sprowadziła się także do wyliczania, ile mniej żywności wyprodukujemy, jeśli zgodzimy się na nową politykę rolną. „Skoro teraz mamy 3,5 proc. użytków rolnych pod ekologicznymi uprawami, to jak będziemy mieli ich dwa razy więcej, to wyprodukujemy dwa razy mniej” – przeważał taki szum informacyjny. Często było także słychać, że powinniśmy równać do Niemiec i dążyć do tego, żeby za 7 lat mieć co najmniej 30 proc. powierzchni rolnej upraw eko. Dlatego trudno się nie zgodzić z Januszem Wojciechowskim, naszym komisarzem rolnym, który w wywiadzie udzielonym portalowi farmer.pl powiedział, że: „Nikt nie zmusi rolników, by byli ekologiczni, i nikt nie zmusi Polski, by miała większy niż zapisany w Krajowym Planie Strategicznym poziom powierzchni upraw ekologicznych”. Ktoś nas zmusi? Wojciechowski zauważa, że „możemy jeść żywność ekologiczną wyprodukowaną w Niemczech”. Ktoś nam zabroni? Według mnie rolnictwo ekologiczne w naszym kraju to jedynie hasło, które jest puste, bo za nim nic nie stoi, brakuje mu strategii w całym obszarze jego funkcjonowania, czyli „od pola do stołu”. Skoro nie było dyskusji o pryncypiach, gdyż debata publiczna skupiła się na wspomnianych wcześniej wypaczeniach, to zabrakło także tej o opłacalności produkcji. Kolejny schemat myślowy, w jaki wpadamy, dotyczy cen produktów. Mamy świadomość, że „musi być drogo”, poza tym wiemy niewiele więcej. I żyjemy z takimi uproszczeniami, które według mnie wypaczają nasze postrzeganie rolnictwa ekologicznego.

We wspomnianym Krajowym Programie Strategicznym dla Wspólnej Polityki Rolnej założono, że polski rząd będzie wspierał dopłatami rolnictwo ekologiczne, bardziej uprawy polowe niż produkcję mięsa. Zapisano na ten cel 781 mln euro na ponad 500 tys. ha różnorakich upraw, w tym także na zrównoważoną produkcję roślinno-zwierzęcą w całej perspektywie finansowej. Z prostej proporcji wynika, że hektar upraw w nowej siedmiolatce może być dotowany w wysokości ponad 1,5 tys. euro, czyli w przeliczeniu na złotówki (po kursie wymiany euro 4,63 zł) kwotą 7,2 tys. zł. To dużo czy mało? Z debaty nad nową Wspólną Polityką Rolną nie dowiedzieliśmy się tego. Poza tym dlaczego akurat pół miliona hektarów chcemy wspierać? Tego też nie wiem. Być może nasz rząd poszedł prostą drogą i postanowił dopłacać tylko do tych pól, na których już prowadzone są uprawy ekologiczne. Z raportu pt. „Żywność ekologiczna w Polsce 2021” opracowanego przez Koalicję na rzecz Bio i NielsenIQ wynika, że takie uprawy zajmują właśnie blisko 510 tys. ha. Wobec tego, o jakim wzroście produkcji ekologicznej mówimy?

Chaos informacyjny wokół ekologii nie pomaga, a brak strategii nie wróży na przyszłość nic dobrego. Wyzwania, jakie stoją przed branżą produktów ekologicznych, na razie przygniatają ją, a ona nie poradzi sobie z nimi przede wszystkim bez organizacyjnego wsparcia. Według mnie rolnicy i ich stowarzyszenia nie powinni oglądać się na innych, w tym rządzących, licząc, że ci uporządkują za nich tę sferę. Musicie sami rozwiązać swoje problemy i uporządkować wiele spraw, które tego wymagają. Trochę się ich nazbierało i oczywiście nie wszystkie zostały zdefiniowane w tym krótkim felietonie.