A zgromadzonych było znacznie więcej, niż poprzednio.

Więcej o poprzedniej demonstracji UW-Z:

Walka o polski rynek dla polskiego rolnika i konsumenta - na ulicach Warszawy

Protest zainicjowany przez Unię Warzywno-Ziemniaczaną poparło kilka organizacji: byli przedstawiciele Federacji Rolnej i Solidarności RI z Lublina, Federacji Gospodarstw Rodzinnych, a także Sadowników RP.

Podobnie jak w końcu maja, i tym razem  zgromadzonych na proteście organizatorzy poprowadzili pod Kancelarię Prezesa Rady Ministrów. Tym razem protestujący jednak nie mieli już tak wielkich jak poprzednio nadziei na reakcję ze strony premiera.

- Ci ludzie, którzy tu przyszli, widzą, że jest pan Piotrusiem Panem – mówił w stronę Kancelarii Premiera Michał Kołodziejczak, przewodniczący UW-Z. – Tak pana nazywamy. Mówi pan o elektrycznych samochodach, mówi pan o bardzo wysokich celach, a podstawowych celów nie potrafimy dzisiaj osiągnąć i podstawowych potrzeb. Rodzinne gospodarstwa upadają. Dzisiaj nazywamy pana Piotrusiem Panem, ale pozwolimy panu zostać prawdziwym mężczyzną. Pomożemy!

Demonstrujący domagali się odzyskania dla polskich rolników polskiego rynku. Mówili o cenach oferowanych za warzywa i owoce, które nie pozwalają nawet na zwrot kosztów produkcji. Mówili o bankructwie wielu gospodarstw, utylizacji zdrowych świń i ochronie, jaką otaczane są dziki.

- Chcemy dziś załatwić sprawy rolników, dotyczące suszy, Agencji Restrukturyzacji i KOWR-u, wyrzucenia złodziei z KOWR-u – mówił Marcin Bustowski z Federacji Rolnej. – Chcemy rozmawiać przy stole, a nie na ulicy.

Federacja Rolna niosła podczas protestu duży baner ze zdjęciem Mariana Zagórnego i cytatem z jego wypowiedzi. Pod Ministerstwem Sprawiedliwości demonstranci zatrzymali się, domagając się wyjaśnienia przez prokuraturę okoliczności śmierci działacza.

Więcej: Czy śmierć Mariana Zagórnego pozostanie niewyjaśniona?

Protestujący przywieźli owoce i warzywa –część z nich rozdali przechodniom, część zostawili na Placu Konstytucji, skąd demonstracja ruszyła, a resztę wysypali pod Kancelarią Premiera. Był też świński łeb - z takim uzasadnieniem:

- Panie premierze, tak jak głowę tej świni, tak ucinacie dziś głowę polskiego rolnictwa – Kołodziejczak prezentował świński łeb i zapowiadał, że trafi on na biurko premiera, jeśli nie zostaną podjęte skuteczne kroki w walce z ASF. Mówiono o opanowaniu hodowli trzody przez zachodnie korporacje i o bezradności premiera.

- Jeżeli polski premier okazuje bezradność, to nie jest to gospodarz – mówił Kołodziejczak. - Jeżeli polski minister rolnictwa mówi, że on jest dobrym politykiem, a dobry gospodarz to niekoniecznie dobry polityk, bo do polityki muszą iść ludzie, którzy są dobrymi politykami, a nie gospodarzami... Tydzień temu w sobotę takie słowa... Proszę państwa, polityk - minister rolnictwa, premier, to przede wszystkim dobry gospodarz, ale są ludzie, którzy zaprzeczają takim tezom.

Tylko trzech przedstawicieli protestujących miało prawo wejść do budynku, zanosząc petycję - co potraktowano jako próbę skłócenia demonstrujących.

- Panie premierze, jeśli ci ludzie będą chcieli do pana wejść, to oni wejdą bez zaproszenia – mówił Kołodziejczak i bezskutecznie apelował, aby to do nich wyszli przedstawiciele rządu. Protestujący domagali się też wyjścia premiera – jak mówili, to oni głosowali na premiera - i pytali, dlaczego teraz zostawia ich samych, „na pastwę Niemca i Francuza”.

- Nie żądamy od pana żadnych pieniędzy - mówili. - Chcemy ochrony naszego rynku, polskiego rolnika, a nie, żeby wspierać rolnika niemieckiego, francuskiego. Oni pana wybierali?

- Musimy zostawić petycję na podłodze, niech ją sobie podniosą. Oni nie chcą rozmawiać - mówił Michał Kołodziejczak do zgromadzonych. – Najprawdopodobniej ciągle jest nas jeszcze za mało. Musi być nas jeszcze więcej. Musimy wspólnie działać, bez względu na to, kto i co popiera.

Do protestujących wyszedł wreszcie przedstawiciel ochrony budynku KPRM i uzgodniono wejście pięciu przedstawicieli.

- Chcą nas podzielić, skłócić – ale widzicie, ulegli – podsumował Kołodziejczak. - Nie może być tak, że będziemy ciągle dzieleni, a nasza ciężka praca będzie wykorzystywana przez manipulantów. Pokazujemy wszystkim, że potrafimy działać razem, chcemy robić to – i nie ma innego wyjścia.

Petycję zaniesiono.

- Rząd się zdziwił, że w środku żniw rolnicy potrafią wyjść na ulice i upomnieć się o swoje prawa – mówił Krzysztof Tołwiński z Federacji Gospodarstw Rodzinnych. - A wiecie dlaczego? Bo granica upokorzenia i godności naszej została przekroczona. Panie premierze! My się domagamy tego, co jest nam należne, co jest nam potrzebne – przy ASF-ie, przy suszy, przy wszystkich innych klęskach, przy tych upokorzeniach, które dzisiaj mamy w skupie. Jak nas traktują? Jak państwo polskie pozwala na takie zasady?

Tołwiński mówił o niskim udziale rolnictwa w wydatkach budżetu krajowego – przed wyborami zapowiadano więcej, nawet w Rumunii jest więcej.

- Okradli nas przez trzy lata na 27 miliardów – mówił Tołwiński. – To są nasze pieniądze. (...) Dzisiaj domagamy się tych normalnych nakładów, jak w państwie europejskim, cywilizowanym - minimum 1 procent PKB na rolnictwo.

- Szykujecie nam trzeci rok pakt dla rolnictwa – mówił inny uczestnik demonstracji. – A my chrzanimy ten pakt. Chcemy godnie pracować, godnie zarabiać, godnie żyć. Mamy gdzie pracować, mamy co produkować - tylko, że sprzedajemy to za darmochę, za bezcen – jak dodał, nic się nie zmienia, a trwa propaganda sukcesu. Wyśmiał też podawane komunikaty o wzroście dochodów rolników.

Krytykowano zakładanie za polskie pieniądze plantacji malin na Ukrainie – obiecano tam umowy kontraktacyjne, podczas gdy polscy producenci takich umów nie mają.

- 25 lipca pojadę na kolejne rozmowy do ministerstwa – nic jeszcze nie jest ustalone, ale w mediach już podano, że będzie podpisany wzór umowy kontraktacyjnej – mówił protestujący. – Propaganda sukcesu musi być.

Protestujący domagali się kontroli każdego TIR-a, który wjeżdża z Ukrainy – sprawdzane powinno być, co wwozi i jakiej jakości, żeby nie było podszywania się pod polską produkcję i obciążania polskich producentów odpowiedzialnością za cudze błędy.

Mówiono o złej konstrukcji umów kontraktacyjnych, nadmiernej biurokracji przy zawieraniu umów o pracę z cudzoziemcami.

- Te ceny, które są dzisiaj, to jest upodlenie całkowite – 30-25 groszy porzeczka. 10 groszy jabłko przemysłowe. Malina złoty 50. Agrest zszedł nawet do 25 groszy. Panie premierze, jak żyć? Pytam się – mówił jeden z protestujących.

Zastanawiano się, czy jest sens sprzedawania za bezcen owoców – czy nie lepiej byłoby zmusić przetwórców do czasowego zamknięcia zakładu, co naraziłoby ich na dodatkowe koszty:

- Gdzie jest ta granica upodlenia? Za 10 groszy wiśnie. Pomyślcie...

Protestujący zauważyli mniejsze niż poprzednio zainteresowanie protestem ze strony telewizji.

- Ten problem nikogo nie interesuje. Ten problem jest potężny i wszyscy boją się go dotykać, bo wiedzą, że to jest tykająca bomba. Ale polskie rolnictwo i ta nasza złość musi w końcu wybuchnąć – mówił Kołodziejczak.

Kołodziejczak zachęcał za trzy tygodnie do spotkania, na którym zostanie postanowione, co można dalej robić – w tym czasie powinny trwać spokojne rozmowy w regionach.

- Żeby wyjść do rozmów z politykami, to my musimy się zjednoczyć i poczuć siłę – przekonywał. Jak mówił, muszą być razem przedstawiciele wszystkich województw, bo inaczej rolnicy zostaną „rozegrani, tak jak są rozgrywani  przez wiele lat”.

Wskazywał na sprzedajność niektórych związkowców, co powoduje brak wzajemnego zaufania w środowisku.

- Nas w tej chwili, interesu rolnika, nie reprezentuje żadna grupa, ani w Sejmie, ani nigdzie – mówił. – A jeżeli jest taka grupa, to na pewno jest za mała.

Jak dodał, tylko razem rolnicy mogą załatwić swoje sprawy. Zachęcał do jedności.

- Rolnicy to ostatni bastion polskości w naszym kraju – mówił inny demonstrujący. – Nie możemy pozwolić, aby nasze gospodarstwa zostały sprzedane.  Dzisiaj tylko my możemy obronić Polskę.

Demonstracji przyglądały się liczniejsze niż poprzednio siły policji. Delegacji, która udała się z petycją, zabroniono tym razem filmowania.

- Boją się, bo widzą, że jesteśmy siłą – mówił Kołodziejczak.

Jeśli nawet nie są, to rosną w siłę. Zdobędą wpływ?