Rolnicy obecnie nie planują niczego dłużej niż na jeden kwartał do przodu i nie robią tak, bo nie potrafią inaczej, ale dlatego, że rośnie niepewność, co do przyszłości. Problem doskonale widać choćby po zmniejszających się obsadach w chlewniach stad świń. Nie jest to tylko skutek nadprodukcji czy malejącego popytu, ale hodowcy świń nie mają pewności, co do stałości cen pasz oraz innych kosztów. 

Wypowiedzi Henryka Kowalczyka, ministra rolnictwa i rozwoju wsi, o zapasach zbóż i dobrych prognozach dla tegorocznych zbiorów plonów w Polsce tylko na chwilę obniżyły napięcie. Jego opinia, że „Skup zbóż w Polsce jest prowadzony po cenach rynkowych. To rynek światowy dyktuje te ceny” dla rolników jest informacją, że w praktyce są skazani li tylko na mechanizm wolnej konkurencji i nie mogą (lub sugestia, że nie powinni) oczekiwać pomocy ze strony rządu. Rolnicy więc działają rozsądnie i zgodnie z rachunkiem ekonomicznym, bo nie chcą stać się ofiarą kryzysu lub łatwym kąskiem do przejęcia lub wypchnięcia z rynku. Tymczasem kryzys pogłębia ryzyko i wyznacza nowe jego obszary. 

Pogłębienie warunków skrajnych

Inflacja w czerwcu bieżącego roku wyniosła 15,5%, a główna stopa procentowa (referencyjna) NBP 6,5%. Krzywa kryzysu jest nadal rosnąca i nie widać jej maksimum ani też prawdopodobnego czasu jej końca. Podnoszenie stóp procentowych (które są obecnie głęboko ujemne) nie hamuje inflacji, a jedynie drenuje kieszenie posiadaczy kredytów (osoby fizyczne jak i przedsiębiorstwa). 

Skalę rosnącego problemu z jakim stykają się rolnicy oraz konsumenci pokazują najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego (GUS). W comiesięcznym raporcie na temat cen produktów rolnych GUS podał, że w czerwcu 2022 roku ceny skupu podstawowych produktów rolnych były wyższe zarówno w stosunku do miesiąca poprzedniego (o 1,2%), jak i w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku (o 45,8%). Choć jest wzrost, to nie jest on budujący dla portfeli rolników, a konsumentów niewątpliwie czekają dalsze podwyżki cen żywności.  

Sytuację ekonomiczną rolnictwa pogorsza susza. Według danych Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa Państwowy Instytut Badawczy na terytorium Polski występuje susza rolnicza. Największe niedobory wody zanotowano na terenie Ziemi Lubuskiej (od –160 do –179 mm), zaś duży deficyt wody notowano na Pojezierzu Wielkopolskim, Słowińskim, Pomorskim, na Polesiu Lubelskim, Kujawach oraz na Nizinie Wielkopolskiej (od -130 do -159 mm). 

 Mimo iż, jak zapewnił minister rolnictwa Henryk Kowalczyk, w nowy sezon wchodzimy z około 5 mln ton zapasów zbóż z poprzedniego sezonu i które mogą się przydać w drugiej połowie roku, to ta informacja dotyczy ważnego, ale jednego segmentu produkcji rolnej.

Susza podniesie koszty produkcji, a to przełoży się na ceny produktów rolnych w ogóle. Te zaś podbiją inflację jesienią i zimą tego roku.

Rolnikom (podobnie jak innym posiadaczom pieców węglowych) nie jest wcale do śmiechu wizja braku węgla lub kupno tony węgla za tysiące złotych. Rzucone przez rząd koło ratunkowe w postaci jednorazowego dodatku węglowego w wysokości 3000 zł nie rozwiązuje problemu, choć politycy Zjednoczonej Prawicy tak uważają. Bo co znaczy w praktyce te trzy tysiące złotych, gdy nie wiadomo, ile będzie kosztowała tona węgla jesienią, gdy obecnie ceny w niektórych punktach sprzedaży przekraczają ponad kwotę rządowego dodatku? 

Ponadto ogromna niepewność dotyczy cen prądu i gazu. Od stycznia 2023 roku wejdą życie nowe cenniki. Eksperci od rynku energetycznego nie mają wątpliwości, że wzrost o kilkadziesiąt procent, to będzie minimum. Raczej należy spodziewać się skoku o sto lub nawet więcej procent. Jak więc żyć i jaki sobie poradzić. 

Bez pieniędzy z KPO?

Pewną deską ratunkową byłyby pieniądze Krajowego Planu Odbudowy (KPO). Jednak w rozmowach z rolnikami da się już często usłyszeć, że pieniędzy z KPO raczej już nie będzie. Warto przypomnieć, że w Krajowym Planie Odbudowy, w komponencie A „Odporność i konkurencja gospodarki”, działanie A. 1.4.1 przewidziane zostało wsparcie dla projektów inwestycyjnych w przemyśle rolno-spożywczym dla mikro, małych, i średnich przedsiębiorstw prowadzących lub planujących rozpocząć działalność w zakresie przetwarzania produktów rolnych, spożywczych, rybnych i akwakultury oraz działających lub zamierzających tworzyć centra przechowalniczo-dystrybucyjne produktów rolnych, rybołówstwa i akwakultury. Łącznie kwota wsparcia szacowana jest na 3,4 mld złotych. Póty co tych pieniędzy nie ma i jak twierdzi już wielu rolników – jak to zostało napisane wyżej – ich nie będzie.

Niewątpliwie inwestycje te pomogłyby, nie tylko wielu firmom, ale w ogóle całej branży rolnej oraz przetwórstwu rolno-spożywczemu, zwłaszcza, że kryzys jest świetną okazją do dokonywania zmian jakościowych w modelu swojej działalności i przygotowania się na chwilę, gdy nadejdą lepsze ekonomicznie czasy.

Łagodnie czy awaryjnie?

Ekonomiści nie mają wątpliwości, że polska gospodarka hamuje. Różnią się tylko w ocenach co do tego, czy będzie ono łagodne czy też awaryjne. Przykładowo analitycy Credit Agricole Bank Polska S.A. spodziewają się „łagodnego lądowania” polskiej gospodarki w 2022 roku mimo silnych gospodarczych i geopolitycznych zaburzeń związanych z wojną w Ukrainie. Z kolei Bogusław Grabowski, były członek Rady Polityki Pieniężnej Narodowego Banku Polski, spodziewa się twardego lądowania, którego istotą będzie głęboka stagflacja, a być może nawet recesja.

Swoją złą prognozę przedstawili także analitycy Narodowego Banku Polski (NBP). Co ciekawe zarówno Adam Glapiński, prezes NBP oraz Marta Kightley, wiceprezes NBP – pierwszy zastępca prezesa NBP, publicznie w mediach mówią co innego niż eksperci NBP czy zewnętrzni ekonomiści. Nie dziwi więc to, że ani rynek finansowy, ani przedsiębiorcy nie wierzą w ich prognozy i zapewniania, bo codzienność pokazuje zupełnie inny obraz.

Zadłużenie sektora agro

Dla oceny i perspektywy sytuacji rolników, obok danych makro, ważne są dane dotyczące zadłużenia. Według danych Krajowego Rejestru Długów Biuro Informacji Gospodarczej SA ogólna wartość zadłużenia dla działu rolnictwo (uprawy rolne, chów i hodowla zwierząt, łowiectwo, włączając działalność usługową) na koniec maja 2022 roku wyniosła 275 878 103,99 zł, a średnie zadłużenie wyniosło 65 265,70 zł. Największa część tej sumy – 101 306 980,01 zł – przypada na uprawy rolne połączone z chowem i hodowlą zwierząt (działalność mieszana), a największe zobowiązania wynosi 2 698 450,70 zł. Tu również jest też najwięcej dłużników, bo na ogółem 4227 jest ich aż 1987. 

W o wiele lepszej sytuacji jest branża spożywcza. Ogólnie przetwórstwo na koniec maja tego roku miało długi mniejsze niż rolnictwo. Była to suma 171 852 003,14 zł, a średnie zadłużenie dłużnika wyniosło 58 572,60 zł. Największe zadłużenie w wysokości 71 077 932,05 zł jest w sektorze przetwarzania i konserwowania mięsa oraz produkcji wyrobów z mięsa. Dłużników tutaj było 627, zaś średnie zadłużenie wyniosło 113 361,93 zł. Najwięcej dłużników – 1059 – jest wśród producentów wyrobów piekarskich i mącznych, choć suma zadłużenia wynosi jedynie 35 753 578,90 zł.

Choć są to dane tylko z jednej firmy zbierającej informacje o zadłużeniu, to ze względu na jej zakres monitoringu można odtworzyć finansowy obraz rolnictwa oraz przetwórstwa rolno-spożywczego. A ten pokazuje, że rolnictwo i przetwórstwo razem mają blisko pół miliarda złotych zaległości. Obecny kryzys raczej powiększy tę kwotę. Pytaniem jest o ile?

Lekkie złagodzenie bólu

Deprecjacja złotówki obecnie już sprzyja i w kolejnych miesiącach będzie sprzyjać eksportowi. Produkty rolne oraz rolno-spożywcze wyrażone w polskiej walucie, są i będą długo jeszcze (około 2 lat, jeśli będzie prowadzona prawdziwa walka z inflacją) atrakcyjne dla zagranicznych nabywców. Taniość złotówki względem podstawowych walut (przede wszystkim euro, dolar, funt szterling, frank szwajcarski) zapewni (lub powinna zapewnić) więc większy popyt importowy.

Z drugiej strony, eksport polskiej żywności oraz produktów rolnych wzrośnie, ale nie aż tyle, że pochłonie całą nadwyżkę czy w ogóle jakąś część produkcji. Choć polskie produkty wskutek deprecjacji naszej waluty mają dobrą ceną dla zagranicznych kontrahentów, to kontakty handlowe polskich firm rolnych oraz rolno-spożywczych za granicą nie są aż tak szerokie jak to niektórzy przedstawiają. Poza tym polska oferta nie jest jedyna na danym rynku. Niewątpliwie większy eksport pozwoli na lekkie złagodzenie objawów kryzysu, ale z pewnością nie wyleczy z choroby.

Widmo bankructw w rolnictwie

Prawdziwe wychodzenie z inflacji jest zawsze bolesne. Likwidacja skutków proinflacyjnych oraz co ważne postaw roszczeniowych wytworzonych u pewnej grupy Polaków przez rozdawniczą politykę fiskalną jaką realizuje rząd Zjednoczonej Prawicy, będzie bardzo bolesne społecznie z uwagi na ekonomiczne dolegliwości (np. spadek wynagrodzeń i konsumpcji, bezrobocie, wzrost podatków). Poza tym obniżanie inflacji wywoła rozmaite napięcia i nierównowagi. Powstaną zatory płatnicze i to je w pierwszej kolejności odczują rolnicy. Wydłużone terminy płatności przełożą się na ich płynność finansową jak i rentowność. 

Zagrożenie bankructwem, w świetle słabnącego popytu wewnętrznego, zatorów płatniczych, rosnących rat kredytów oraz kosztów jest jak najbardziej realne. To z kolei dla większych graczy rynkowych otwiera drogę do cenowych spekulacji korzystnych z ich punktu widzenia, które pozwolą im kontrolować, krótkotrwale lub na stałe, rynek. 

W praktyce więc wszystkich czeka nas "ostra jazda" rynkowa, a przetrwają ją najlepiej dostosowani. Parafrazując wypowiedź ministra rolnictwa Henryka Kowalczyka, dotyczącą skupu zbóż, rolnicy powinni pamiętać o jednej zasadzie w czasie kryzysu: umiesz liczyć licz na siebie, bo to rynek dyktuje ceny oraz inne warunki biznesu.