Inflacja za marzec tego roku rzędu 10,9% nie była dla ani ekspertów, ani dla rynku żadnym zaskoczeniem. Wielu analityków spodziewało się większego odczytu (nawet 12 procent), bowiem w marcu rynkowa inflacja wyniosła 18% (w niektórych segmentach gospodarki było to nawet kilkadziesiąt procent), a rynkowe stopy procentowe były wycenione na 7%. Te dane już są nieaktualne i obecnie fakty w tym zakresie wyglądają odpowiednio 21% oraz 9%. Najgorsze jest w tym, że to nadal nie koniec wzrostów. Że jest źle widać choćby po rentowności rządowych 10-letnich obligacji, które na 12 kwietnia wyniosły 6,2%.

Dodatkowy dług wynosi 260 mld i będzie rósł

Jak policzyli eksperci Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR), obecnie poza kontrolą parlamentu (w różnych funduszach utworzonych przez rząd Zjednoczonej Prawicy, jak np. Fundusz Przeciwdziałania COVID-19) jest dodatkowy dług (niezależenie od długu publicznego) Polaków o wartości 260 mld zł. Na koniec tego roku – według planów rządu – ma to być 350 mld zł, a do 2025 roku ponad 400 mld zł. Co z tego więc wyniknie dla rolnictwa i przetwórstwa rolno-spożywczego?

Polityka gospodarcza Zjednoczonej Prawicy

Nie żyjący Stefan Kisielewski o sposobie sprawowania rządów w Polsce kiedyś powiedział „To, że jesteśmy w d..pie to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać”. Polityka gospodarcza Zjednoczonej Prawicy oparta na sztucznym pompowaniu konsumpcji poprzez rozdawnictwo oraz transfery socjalne, dla których nie ma pokrycia w budżecie państwa oraz przy braku inwestycji musiała doprowadzić do stanu tego, który mamy obecnie.

Inflacja w Polsce

Inflacja nie bierze się z powietrza czy też z kosmosu. Zawsze jest skutkiem konkretnych zdarzeń i czyichś błędnych decyzji fiskalnych i gospodarczych. Rząd Zjednoczonej Prawicy przez lata ją generował i – co najgorsze – nie ma żadnych planów by ją zmniejszyć. Wręcz walczy o tę inflację by była wysoka, bo obecnie przy braku inwestycji, braku pieniędzy z Unii Europejskiej, tylko ona dostarcza dochody do budżetu z tytułu podatku VAT i akcyzy, bo im ceny wyższe, tym większe są wpływy z tych danin. Przykładem dolania oliwy do ognia była reaktywacja pomysłu 14. emerytury, której miało nie być wskutek dostrzeżenia przez rządzących kłopotów finansowych budżetu państwa.

Co sprzyja inflacji?

Bodźcem proinflacyjnym jest także propozycja obniżki podatku PIT z 17 na 12 procent, co ma poprawić u Polaków ocenę Polskiego Ładu, sztandarowego programu reform fiskalnych przygotowanych przez PiS, a który okazał się katastrofą. Redukcja ciężaru fiskalnego cieszy, ale wprowadzenie jego w sytuacji, gdy rządowi brakuje pieniędzy, a jednocześnie zapowiada setki miliardów złotych wydatków na obronność, gdy potrzeba pieniędzy na zaopatrzenie zdrowotne i społeczne 2 mln Ukraińców, którzy uciekli do nas przed wojną, to generowanie inflacji nie zapewni odpowiednich dochodów, bo są granice jej społecznej i rynkowej akceptacji.

Za inflację zapłacą rolnicy

Tymczasem okazało się, że nas stać na powyższe, a dokładniej stać polityków, gdy ci walczą o wyborców. Politycy wyszli z prostego założenia. Koszty tej decyzji poniosą ci, co mają, w tym około pół miliona rolników mających tzw. towarowe gospodarstwa. Politycy rządu Zjednoczonej Prawicy w swej kalkulacji uznali, że ci przedsiębiorczy Polacy (rolnicy oraz uzyskujący dochody z działalności nierolniczej) najwyżej nie kupią sobie nowego auta lub nie pojadą na dalekie wakacje lub nie dokonają innych zakupów. Choć dokonany transfer podniesie inflację, to ma on zapewnić uznanie elektoratu, który żyje od wypłaty do wypłaty, dać realną nadzieję politykom obozu władzy, że większość emerytów w odpowiedniej chwili zagłosuje tak jak trzeba. Gdyby były wybory zaraz po wypłacie lub w ciągu miesiąca, to może tak by było. Tymczasem do wyborów jest jeszcze półtora roku, a kryzys wszedł już w etap, nad którym, ani rząd, ani Rada Polityki Pieniężnej nie ma kontroli. Inflacja nabiera siły, rosną stopy procentowe. Czeka nas wszystkich era kosztów jakich dawno nie widzieliśmy.

Według premiera rządu Mateusza Morawieckiego oraz prezesa NBP prof. Adama Glapińskiego obecna sytuacja makroekonomiczna to wina Władimira Putina i wywołanej przez niego wojny. Nie zbija ich politycznej narracji fakt, że inflacja jeszcze przed wojną, w grudniu 2021 roku, była na poziomie 8,6%, a w styczniu 2022 roku wyniosła 9,2%. Ale to wina „jego”, a nie „nasza”. Najgorsze w tym jest, że wiele ludzi w to wierzy.

Czeka nas recesja?

Choć analitycy przewidują, że pomimo rosnących cen konsumpcja wciąż będzie wysoka, to jednocześnie nie mają wątpliwości, że ten trend w którymś momencie się odwróci, i że on w praktyce nadejdzie niebawem. Niektórzy prognozują, że stanie się to już jesienią tego roku, a inni, bardziej optymistyczni, że stanie się tak dopiero wiosną przyszłego roku. Jeśli więc spadnie konsumpcja i zacznie obniżać się wzrost gospodarczy, to przy wysokiej inflacji średniej 11-12 procent wejdziemy w stagflację, z której łatwo wpaść w recesję. Wszystko zależy do tego jaką Polacy mają zdolność cenową, czyli poziomu akceptacji cen. Czy przykładowo cena 10 zł za półkilogramowy bochenek chleba lub 40 zł za kg schabu, lub 8 zł za kilogram mąki pszennej, albo 20 zł za kilogram pomidorów jest do zaakceptowania?

Ceny środków produkcji idą w górę

Ceny z pewnością nie będą niskie, a za ich wzrost – zgodnie z logiką polityczną tego rządu – będą winni wszyscy inni, czyli mityczni „oni” lub „ono”. W październiku ubiegłego roku prof. Adam Glapiński, prezes Narodowego Banku Polskiego, podczas przemówienia na Kongresie 590 w Warszawie powiedział słynne zdanie: „To są sukcesy na miarę – nie powiem generacji, bo to jest więcej – od czasów rozbiorów nie mieliśmy takich sukcesów”. W efekcie tego cudu rolnicy muszący kupować środki produkcji droższe o nawet kilkaset procent i wprost „nie mogą się nacieszyć” i wyrazić swojej wdzięczności, że doświadczają jego skutków.

Ceny pasz rujnują hodowców

Inflacja rośnie już od dziesięciu miesięcy. Obecny jej poziom 10,9% to już stan gangreny, który wyniszcza gospodarkę oraz okrada Polaków z ich oszczędności. Jak złe to jest zjawisko dobrze wiedzą rolnicy, którzy płacą już horrendalne ceny za środki produkcji. Przykład z ostatniego tygodnia. Pasza dla bydła, koncentrat białkowy, cena jego w ciągu roku wzrosła z 30 tys. zł do 130 tys. zł za tonę. Rolnik za trzy tony zapłacił 390 tys. zł.

Każda decyzja polityczna o skutkach ekonomicznych ma twarz, czyli kogoś, kto ją podjął lub zaniechał jej. Tymczasem w Polsce od dekad ulubionym działaniem polityków jest rozmydlanie wszystkiego tak, by winnym nieudolności, braku decyzji lub złych decyzji byli „oni”, bo „my” istniejemy wtedy, gdy da się błysnąć i wypiąć pierś do pochwał i odznaczeń. Przykładem na to jest spór rządu z Komisją Europejską o praworządność, który skutkuje brakiem legendarnych, unijnych pieniędzy w wysokości 720 mld zł. I znów wina „ich”, a nie „nasza”, bo „my” robimy, co trzeba by było po „naszemu”, a nie po „ichniemu”. Nie zanosi się więc na to, że te pieniądze się pojawią, choć gospodarka (w tym rolnictwo i obszary wiejskie) ich potrzebuje jak kania dżdżu.

Jest prawdą, że dziesiątki tysięcy Polaków doświadczyło od wymiaru sprawiedliwości niesprawiedliwości. Wielu sędziów jest zwyczajnie niekompetentnych. To jednak nie powód do rozwijania systemowego bezprawia czy sprzeniewierzenia bez podstawy prawnej 70 mln zł na wybory kopertowe. Za tę słyną kwotę ministra Jacka Sasina można by było w gospodarce rolnej rozwiązać co najmniej jeden problem, a przy kreatywnym myśleniu nawet dwa (np. zwiększyć zatrudnienie w Inspekcji Weterynaryjnej lub w PIORiN albo podnieść wynagrodzenia ich pracowników, które są skandalicznie niskie). O przeznaczeniu jej na ratowanie ludzkiego życia nie wspominam, bo to jest tak oczywiste jak dzień i noc.

Jak więc żyć w sytuacji postępującego i pogłębiającego się kryzysu, z którym rząd walczy dolewając oliwy do ognia?

Ucierpią małe gospodarstwa

Nie jest celem autora nikogo straszyć, ale nie można nie nazywać rzeczy po imieniu. Rolników z gospodarstw towarowych nie trzeba przekonywać do tego, że sytuacja jest zła i że za wzrosty cen nie odpowiadają mityczni „oni”. Przykładowo hodowcy zwierząt gospodarskich na co dzień odczuwają uroki tego cudu w cenach pasz, pomimo wzrostu cen żywca w skupie.

Interesy rolników są zagrożone

Wygenerowany przez rząd Zjednoczonej Prawicy oraz Radę Polityki Pieniężnej bałagan makroekonomiczny zagraża interesom ekonomicznym rolników, przetwórców oraz konsumentów. Polacy czują zagrożenie i świadczą o tym dwa wskaźniki monitorowane przez Główny Urząd Statystyczny (GUS): bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej (BWUK) oraz wyprzedzający wskaźnik ufności konsumenckiej (WWUK).

Jak wynika z danych odczytu obu wskaźników w marcu 2022 roku odnotowano pogorszenie zarówno obecnych, jak i przyszłych nastrojów konsumenckich w stosunku do poprzedniego miesiąca. Jak podał GUS bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej (BWUK), syntetycznie opisujący obecne tendencje konsumpcji indywidualnej, wyniósł -39,0 i był o 11,3 p. proc. niższy w stosunku do poprzedniego miesiąca. Z kolei wyprzedzający wskaźnik ufności konsumenckiej (WWUK) syntetycznie opisujący oczekiwane w najbliższych miesiącach tendencje konsumpcji indywidualnej, spadł o 12,2 p. proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca i ukształtował się na poziomie -31,5.

Jak podkreślił w komunikacie GUS, na spadek wartości wskaźnika wpłynęły wszystkie jego składniki. Największy spadek odnotowano dla oceny przyszłej sytuacji ekonomicznej kraju (o 22,0 p. proc.). Dla pozostałych składowych wskaźnika spadki kształtowały się następująco: 15,8 p. proc. dla oceny przyszłej sytuacji finansowej gospodarstwa domowego, 5,9 p. proc. dla oceny możliwości przyszłego oszczędzania pieniędzy oraz 5,0 p. proc. dla oceny przyszłego poziomu bezrobocia.

Dla jasności trzeba dodać, że pesymistyczna ocena sytuacji przez Polaków widoczna jest od miesięcy, a nie miała miejsca tylko w marcu bieżącego roku. Jak na dłoni więc widać, że już czujemy kryzys i coraz bardziej się go obawiamy. Pesymistyczna perspektywa będzie sprzyjać ograniczaniu konsumpcji w ogóle.

Wzrost inflacji, wzrost stóp procentowych

Ekonomiści w związku ze wzrostem inflacji oraz stóp procentowych przewidują długotrwały spadek popytu. Jest on już widoczny w dobrach konsumpcyjnych, jak np. AGD, meble, odzież. Polacy zakupy tychże odkładają na lepsze czasy.

Negatywne skutki odczują także producenci żywności. Oczywistym jest, że Polacy nie przestaną jeść, ale z pewnością zmienią swoje wybory zakupowe. Wysokie ceny zmuszą wiele osób do kupowania produktów tańszych. Świetlana przyszłość czeka więc tzw. produkty marki własnej hipermarketów, supermarketów oraz dyskontów, które to sieci ze względu na skalę dostępności rynkowej i poprzez sztuczki pricingu będą mogły dać konsumentom atrakcyjną cenę. W efekcie ucierpią małe sklepy, które są naturalnym partnerem lokalnych producentów rolnych, bo one nie będą miały do swej dyspozycji takiej elastyczności cenowej jak duże i bardzo duże sklepy. To zaś pociągnie za sobą skutki dla dostawców produktów rolnych, którzy ze względu na koszty ich wytwarzania nie będą mogli obniżyć cen tychże. Jest to znane ekonomii zjawisko. Niepokoi jednak fakt, że rząd i RPP doprowadzili do tego stanu. Pojawia się pytanie dlaczego?

Czy wysokie ceny to nieunikniona przyszłość?

Przyszłość w perspektywie dwuletniej nie klaruje się pięknie i dobrze to opisuje polski dowcip: Mówi mały syn do swego taty: – Tato, tato wzrosły ceny alkoholu! Czy to oznacza, że będziesz mniej pił? – Nie. Oznacza to, że będziesz mniej jadł – odpowiedział tato.

Innymi słowy ten oraz następny rok to będzie czas wysokich cen w ogóle (za sprawą dwucyfrowej inflacji), bardzo drogich rat kredytowych (ze stopami procentowymi rzędu 6 lub nawet 7 procent), drogich źródeł energii (ropa, gaz, węgiel), spadku podaży surowcowej zbóż (za sprawą wojny na Ukrainie).

Tarcza antyinflacyjna generuję inflację

Tak zwana tarcza antyinflacyjna jest tylko w nazwie anty, bo w praktyce generuje inflację, a rząd wypłacając czternastą emeryturę dał bodźce dla jej wzrostu. Problemem jest inflacja bazowa, która od 2020 roku wzrosła o 14%. W tym samym okresie w strefie euro wzrost wyniósł jedynie 3,7%. Polski rząd jej wzrost tłumaczy wyższymi opłatami za CO2, wojną na Ukrainie, kryzysem energetycznym. Te zdarzenia w rzeczywistości odpowiadają za jedną czwartą wartości. Istota problemu dotyczy rozdawniczej polityki, czyli życiu na kredyt, czego dowodem jest wyprowadzenie poza budżet 260 mld zł. Z czasów PRL-u wiemy jak taka polityka się kończy. Możemy mieć nadzieję, że rządzący w końcu opanują ten kryzys. Tymczasem codzienność wygląda tak, że oni nas w nim urządzają.