Los pisze czasem scenariusze, jakich nie wymyśliłby żaden literat, a tym bardziej juryści tworzący ustawy i przepisy. Gorzej, gdy stają się one udziałem ludzi, tak jak stało się to w przypadku Barbary Sobol, naszej Czytelniczki z Mazowsza.

Do niedawna była ona żoną rolnika i razem z nim prowadziła 5-hektarowe gospodarstwo pod Radomiem. 63-letnia kobieta przez 30 lat płaciła składki na ubezpieczenie w KRUS, ale z wypracowanej emerytury skorzystać nie może…

-Mąż zmarł w lipcu ub.r., ale wcześniej długo chorował. – opowiada Barbara Sobol.-Po operacji na serce nie mógł pracować. Dostał z KRUS rentę chorobową w wysokości 900 zł, ale leki były drogie, a syn studiował. Byłam więc zmuszona iść do pracy, żeby jakoś „związać koniec z końcem”. Moja decyzja, choć wymuszona sytuacją, wpędziła nas w jeszcze większe kłopoty finansowe, bo KRUS z racji mojego dodatkowego dochodu obniżył mężowi rentę o 50%.

-Małżonek zostawił testament, w którym zadysponował swoim majątkiem. Gospodarstwo miało przejść na mnie. Jego ostatnia wola została jednak podważona i z powodu roszczeń innych członków jego rodziny, trwa obecnie w sądzie sprawa spadkowa. Ze względu na pandemię postępowanie się jednak przeciąga. Ja tymczasem nie mogę przejść na emeryturę, bo oficjalnie posiadam gospodarstwo, którym z powodu sprawy spadkowej nie mogę rozporządzać. Według KRUS należy mi się póki co 200 zł z renty po mężu. Jak mam się za tyle utrzymać, skoro samego podatku rolnego mam zapłacić gminie ponad 500 zł? – pyta rozgoryczona kobieta.

Niedoszłej emerytce kończą się środki do życia, a rozwiązania sprawy nie widać. Skoro nie może swobodnie zarządzać gospodarstwem – przeniosła się do miasta. Do tej pory odbyła się tylko jedna sprawa spadkowa – w sierpniu ub.r. Kolejna miał się odbyć w lutym, ale sąd przełożył termin dopiero na czerwiec.
-Nie mam tu żadnych bliskich, którzy mogliby mi pomóc. Syn ułożył już sobie życie za granicą. Chciałam sprzedać gospodarstwo i wrócić w rodzinne strony na Dolny Śląsk. Tymczasem tkwię tu jak w więzieniu, straciłam oszczędności i za chwilę przyjdzie mi żebrać na ulicach – skarży się Barbara Sobol.

– Zwracałam się do KRUS i wyjaśniałam moją sytuację, ale urzędnicy nie widzą możliwości przyznania mi obecnie świadczenia emerytalnego. Sąd zaś nie kwapi się z rozstrzygnięciem kwestii spadku po mężu. Pandemia to teraz najlepszy argument na opieszałość. Ale jak ja mam przeżyć za 200 zł miesięcznie, tego nikt nie potrafi powiedzieć – mówi rozgoryczona Czytelniczka.