Podejrzenia te mają uzasadniać zarówno sposób, jak i efekty działania naszego wymiaru sprawiedliwości w przypadku badania i rozliczania tej sprawy. Oszukani przez przedsiębiorców dostawcy żywca w ciągu minionej dekady składali zeznania przed obliczem kilku sądów i usłyszeli już kilka wyroków. Żaden z nich jednak nie zapewnił im rekompensaty szkód materialnych i moralnych, jakich doznali.

BIEDNY JAK MYSZ KOŚCIELNA

Geneza tej sprawy sięga połowy 2007 r., kiedy to ubojnia w Jędrzejowie (woj. świętokrzyskie) przestała regulować należności za dostarczane przez rolników tuczniki. Jak wspominają dostawcy, środki najpierw pojawiały się po terminie, potem należności regulowano w ratach, aż wreszcie Euroubojnia przestała płacić zupełnie. Zarząd firmy nie ogłaszał jednak upadłości, co otwierałoby rolnikom drogę do egzekucji należności. Blisko stu dostawcom trzody z województw świętokrzyskiego, łódzkiego i śląskiego zakład był winien od kilkunastu do kilkuset tysięcy złotych. Łącznie ich roszczenia opiewały na kilka milionów złotych. To oni wreszcie wiosną 2008 r. wystąpili do sądu z wnioskiem o uznanie upadłości spółki. Ale nie był to koniec ich kłopotów, a początek prawdziwej gehenny.

Okazało się bowiem, że ubojnia zalegała z płatnościami nie tylko wobec rolników. Syndyk w pierwszej kolejności uregulował więc należności dla banków, ZUS, urzędu skarbowego, rachunki za wodę i energię elektryczną. Dla gospodarzy, którzy znaleźli się na końcu kolejki wierzycieli, pieniędzy syndykowi już nie starczyło.

W 2008 r. sprawa przeniosła się na salę sądową. Siedmiu oszukanych rolników z gminy Grabica w woj. łódzkim pozwało na drodze cywilnej czterech członków zarządu Euroubojni - Michała D., Dariusza S., Mariana D. i Roberta M. - o zwrot należności za tuczniki. Chodziło o łączna kwotę ok. 260 tys. zł. Pozew opierał się na artykule 299 kodeksu spółek handlowych mówiącym, że jeżeli egzekucja przeciwko spółce okazała się bezskuteczna, członkowie zarządu odpowiadają solidarnie za jej zobowiązania. Sąd Rejonowy w Sosnowcu uznał roszczenia poszkodowanych za zasadne, ale… zwolnił dłużnika z odpowiedzialności i oddalił powództwo. Jakby tego było mało, nakazał rolnikom zapłatę 40 tys. zł kosztów postępowania.

Oszukani nie poddali się i odwołali od wyroku do Sądu Okręgowego w Katowicach. Jednocześnie zabiegali o nagłośnienie ich sprawy w mediach - gościli w programach telewizyjnych i na posiedzeniach sejmowej komisji rolnictwa, pukali do drzwi posłów, wysyłali apele do rządzących. Sąd Okręgowy w Katowicach rozpatrzył apelacje i unieważnił wyrok pierwszej instancji. Orzekł też, że pieniądze musi oddać rolnikom tylko jeden z pozwanych - Marian D. Wyrok wydawał się satysfakcjonujący, tyle że wymiar sprawiedliwości najpierw nie mógł znaleźć Mariana D., a potem nie potrafił ustalić, gdzie jest prywatne konto. Wreszcie uznał, że były prezes jest biedny jak przysłowiowa mysz kościelna.

SPRAWA KARNA

Rolnicy z Grabicy stracili nadzieję na odzyskanie pieniędzy, ale nie odpuścili i zmobilizowali do działania innych poszkodowanych. W czerwcu 2011 r. 88 oszukanych przez Euroubojnię gospodarzy złożyło w Prokuraturze Rejonowej w Jędrzejowie zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Mariana D. i jego syna Michała. Pozywający oskarżyli ich o działania na niekorzyść wierzycieli oraz naruszenie przepisów prawa handlowego. Prokuratura skierowała do sądu rejonowego akt oskarżenia przeciwko Marianowi D. i Michałowi D., zarzucając im, że w okresie od 2 do 30 czerwca 2008 r., mając świadomość, że majątek spółki nie wystarcza na pokrycie zobowiązań wobec wierzycieli, nie złożyli wniosku o upadłość. Marianowi D. prokuratura postawiła również zarzut, że świadomy niewypłacalności spółki, spłacił roszczenia tylko jednego wierzyciela, działając na szkodę pozostałych.

Tym wierzycielem była zresztą spółka-matka Euroubojni - przedsiębiorstwo PPHU Duda Bis w Sosnowcu, którego Marian D. również był udziałowcem. Bankrutująca spółka-córka przelała na konto spółki-matki 35 mln zł, pokrywając koszty budowy ubojni w Jędrzejowie. Prezes, mając świadomość bankructwa, podniósł wcześniej kapitał zakładowy Euroubojni do tej właśnie kwoty.

Proces obfitował w bulwersujące momenty . Na pierwszej rozprawie Marian D. domagał się przydzielenia obrońcy z urzędu, twierdząc, że nie stać go na opłacenie prawnika. Michał D. zaś publicznie wyparł się wszelkich związków z ojcem i zabronił nazywać podczas rozprawy jego synem. Proces stanowił ogromne wyzwanie - sąd musiał przesłuchać w charakterze świadków m.in. wszystkich 88 rolników.

WYROK PO WYROKU

W 2016 r. Sąd Rejonowy w Jędrzejowie orzekł, że Marian D. jest winny przestępstwa z art. 586 Kodeksu spółek handlowych ("Kto, będąc członkiem zarządu spółki albo likwidatorem, nie zgłasza wniosku o upadłość spółki handlowej pomimo powstania warunków uzasadniających według przepisów upadłość spółki - podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku"). Wymierzono mu za to karę grzywny w wysokości 4 tys. zł. Sąd uniewinnił go jednak od zarzutu popełnienia przestępstwa z art. 302 §1 Kodeksu karnego ("Kto, w razie grożącej mu niewypłacalności lub upadłości, nie mogąc zaspokoić wszystkich wierzycieli, spłaca lub zabezpiecza tylko niektórych, czym działa na szkodę pozostałych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch").

Prokuratura odwołała się do Sądu Okręgowego w Kielcach, który unieważnił pierwszy wyrok w tej sprawie. Kolejny wyrok zapadł w styczniu br. Tym razem sąd uznał winę Mariana D. także w drugim punkcie aktu oskarżenia. W ocenie sądu, gdyby spółka choć w części zaspokoiła roszczenia rolników, to egzekucje komornicze zostałyby wstrzymane i zakład można byłoby uratować. Marian D. ma zapłacić grzywnę w wysokości 9 tys. zł za złamanie przepisów prawa handlowego - niezgłoszenie upadłości firmy, mimo niemożności spłaty zobowiązań, oraz zaspokojenie roszczeń tylko jednego wierzyciela spółki, kosztem dostawców tuczników. Michała D. uniewinniono, gdyż przestał być członkiem zarządu Euroubojni przed upływem terminu przewidzianego w kodeksie na złożenie wniosku o upadłość.

To jednak wciąż nie koniec tej sprawy. Jak informuje rzecznik Sądu Okręgowego w Kielcach Jan Klocek, Marian D. zapowiedział już apelację od wyroku. O tym, czy proces ruszy ponownie, dowiemy się za miesiąc.

W IMIĘ ZASAD

- W tym procesie nie chodziło już o pieniądze, ale o zasady - mówi Katarzyna Wocheń z Cisowej w gminie Grabica, jedna z oszukanych, która zmobilizowała rolników do walki o sprawiedliwość. - Ci ludzie są winni wielu nieszczęść, wielu rolników wpadło przez nich w tarapaty finansowe, przypłaciło ich oszustwa zdrowiem. Wiem, że byli też tacy, którzy targnęli się na życie, bo nie byli w stanie spłacać zobowiązań. Mieliśmy nadzieję na taki wyrok, który uniemożliwi oszustom zakładanie kolejnych firm i oszukiwanie kolejnych niewinnych ludzi, na taka karę, która będzie przestrogą dla innych. Grzywna nie jest tu żadną karą, 4 czy 9 tysięcy niczego nie zmienia.

Tylko w gminie Grabica poszkodowanych przez Euroubojnię zostało kilkudziesięciu dostawców, na łączną kwotę 3,5 mln zł. Wocheniowie w 2007 r. oddali do uboju 200 tuczników, które wyceniono wówczas na ok. 90 tys. zł. Do dnia dzisiejszego nie otrzymali za nie zapłaty.

- Zanim Euroubojnia ruszyła, Marian D. objeżdżał gospodarstwa razem z rodziną i namawiał rolników, by zwiększali produkcję i sprzedawali mu świnie. Był u mnie z synem i wnukiem, zapewniał, że jest uczciwym człowiekiem i prowadzi rzetelnie rodzinny biznes - opowiada inny poszkodowany z gminy Imielno, w powiecie jędrzejowskim. - Rolnicy brali kredyty, by przerabiać stodoły na chlewnie, żeby dokupować warchlaków. D. płacił dobrze, ale tylko przez kilka miesięcy. Mnie jest wciąż winien ponad 20 tys. zł. Niewiele brakowało, by zlicytował nas komornik. Jak można pobłażać takim ludziom?

- Współpracę z Euroubojnią nawiązałem zaraz po zmianie specjalizacji i od razu dostałem taką lekcję, że popamiętam na całe życie - wspomina Mariusz Szczepaniak z Żychlina w woj. łódzkim. - Wzięli ode mnie wszystkie tuczniki z pierwszego chowu i nie zapłacili. Do dziś nie odzyskałem 20 tys. zł.

- Taka ta nasza polska sprawiedliwość: albo przestępstwa nie widzi, albo nie ma siły, żeby oszusta przykładnie ukarać - kwituje Jan Domagała z Lutosławic Rządowych w gminie Grabica. - Zostaliśmy okradzeni nie tylko z należnych pieniędzy, straciliśmy też 10 lat życia, włócząc się po sądach i łudząc, że ktoś dostrzeże naszą krzywdę.

Rolnicy zamierzają interweniować jeszcze u Ministra Sprawiedliwości. Nie wyobrażają sobie, by tak ta sprawa miała się zakończyć.

Artykuł ukazał się w marcowym wydaniu miesięcznika "Farmer"