Niezależnie od tego, co o postępie i zakresie kryzysu mówi premier Mateusz Morawiecki oraz twierdzą inni politycy Zjednoczonej Prawicy, czy też prezes Narodowego Banku Polski prof. Adam Glapiński, to z danych Ministerstwa Finansów (tzw. aktualizacja konwergencji), Głównego Urząd Statystyczny (GUS) o sytuacji makroekonomicznej czy Narodowego Banku Polski o rynku pieniężnym oraz z analiz pozarządowych ekspertów można wyczytać, że polska gospodarka jest już u progu stagflacji i na ścieżce do recesji. Ponadto w ostatnich dniach w biznesie odbiła się echem publikacja w dzienniku Rzeczpospolita, który w jednym ze swoich artykułów napisał, że „hamowanie inflacji oznacza zwolnienia pracowników” więc trzeba się przygotować na redukcję etatów i opisano w tekście mechanizm, kogo w pierwszej kolejności przedsiębiorstwa będą zwalniać. Utrata pracy przez Polaków przełoży się na spadek popytu, a to wyostrzy i pogłębi kryzys. Co z tego wyniknie dla rolników?

Skąd się wziął kryzys?

Jak podał Narodowy Bank Polski w kwietniu bieżącego roku inflacja bazowa, czyli po wyłączeniu cen żywności i energii, wyniosła rok do roku 7,7 procent. Z kolei wskaźnik CPI (czyli łączna inflacja) w analizowanym okresie w porównaniu z poprzednim rokiem wyniósł 12,4 procent. Gdy zestawi się dane za pierwszy kwartał dla CPI oraz dla inflacji bazowej, to widać jak wzrosły obie wartości i jaka między nimi jest różnica. Pokazuje to także zakres oddziaływania na ceny w Polsce czynników niekrajowych, w tym agresji Rosji na Ukrainę. Składową wartość różnicy, poza wojną, stanowią także np. zaburzenia w łańcuchach dostaw (np. dostawy z Chin), wzrost kosztów dostaw z rynków trzecich (np. cargo morskie) oraz inne czynniki (np. susza we Francji).

Choć stopy procentowe są podnoszone przez Radę Polityki Pieniężnej (obecnie referencyjna wynosi 5,25%), to gdy się je porówna z inflacją (którą w kwietniu bieżącego roku wyniosła 12,4 procenta), to widać, że stopy są ujemne. W praktyce powinny one być wyższe niż inflacja, jeśli mają zatrzymać i zbić wzrost cen.

Wskaźnik CPI a inflacja bazowa
Wskaźnik CPI a inflacja bazowa

Nie ma już więc żadnych wątpliwości, że źródła inflacji są przede wszystkim krajowe, a nie zewnętrzne, jak twierdzi premier Mateusz Morawiecki, nazywając je putinflacją.

Poza tym inflację w Polsce generowała (w zasadzie dalej generuje) także polityka monetarna i fiskalna w postaci luzowania ilościowego (ang. quantitative easing), czyli mówiąc najprościej wydrukowania tzw. pustego pieniądza o wartości 147 mld zł. Mechanizm ten był prosty. Polski Fundusz Rozwoju (PFR) oraz Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) emitowały obligacje, które nabywały banki komercyjne, a te od nich odkupywał Narodowy Bank Polski (NBP). W ten sposób NBP omijał ustawowy zakaz finansowania budżetu przez bank centralny. Rząd miał pieniądze (choć bez pokrycia rynkowego) na rozmaite cele, w tym ratowanie miejsc pracy podczas epidemii SARS-Cov-2, a także na socjalne transfery (np. 13 i 14 emerytura).

Mimo już wysokiej inflacji (na koniec 2022 roku prognozuje się poziom 15-17%, skrajne wizja to 20%) i wysokich stóp procentowych (na koniec 2022 roku prognozowany jest poziom 7-7,5%, skrajna wizja to 8%) popyt nadal się utrzymuje, bo ani rząd, ani NBP nie zdejmują z rynku tej pieniężnej nadwyżki. Polacy choć narzekają na ceny, to kupują rozmaite dobra i usługi, bo jeszcze mają pieniądze.

Ta prosperity popytowa, w którymś momencie, skończy się i wtedy staniemy pod ścianą. Eksperci twierdzą, że to już jesienią tego roku Polacy mentalnie i świadomie, nie tylko będą rejestrować negatywne skutki wysokiej inflacji oraz stóp procentowych, ale będą już myśleć i podejmować działania jak przed ich skutkami się uchronić. Najprościej to zmniejszyć swój popyt. W efekcie kryzys z poziomu medialnego i eksperckiego zaistnieje realnie w społeczeństwie, a dowodem na to będzie gwałtowny spadek sprzedaży, co zaburzy równowagę rynkową (biznes/firma – klient).

Jedni w tym dostrzegają korzyść, bo siła rynkowa przesunie się w kierunku klienta i będziemy mieć rynek klienta. Inni zaś widzą źródło problemów, bo biznes zacznie doświadczać rozmaitych kłopotów i napięć w postaci np. rosnących zapasów, spadku produkcji, presji na obniżkę cen. I w takim momencie otworzą się szerzej drzwi dla pricingu, czyli zarządzania cenami.

Rolnicy na straconej pozycji? 

Przy wysokiej podaży a niskim popycie naturalnym oczekiwaniem jest obniżanie cen. Presja dla takiej polityki jest bardzo silna, gdy konkurencja na danym rynku jest bardzo duża. W rolnictwie i przetwórstwie rolno-spożywczym w zasadzie można powiedzieć, że konkurencyjność podmiotowa (ilość firm) i przedmiotowa (oferta produktowa) jest jedną z najwyższych w polskiej gospodarce, czyli mamy do czynienia z nadkonkurencyjnością. To cieszy i jest dowodem na działanie wolnego rynku, ale w sytuacji kryzysowej nie jest do śmiechu ani rolnikom i zakładom przetwórczym, ani też firmom sprzedającym dla nich swoje produkty i usługi. A gdy weźmie się pod uwagę jeszcze górki wieprzowe, mleczne, owocowe i niskie ceny skupu, to sytuacja jest naprawdę zła.

W czasie kryzysu w świetnej sytuacji są końcowi odbiorcy, czyli konsumenci nie produkujący i nie świadczący usług. Rolnicy, którzy są producentami jak i usługodawcami będą podlegać negatywnym skutkom popytu i podaży. Z jednej strony są klientami, a z drugiej wytwarzają produkty. Gdy będą więc nabywać dobra, to będą mieli dogodną pozycję do targowania się w sprawie ceny, ale gdy będą sami sprzedawać, to będą musieli robić duże ustępstwa, większe niż obecnie. Rolnicy znają ten proces, bo doświadczają go codziennie zwłaszcza przy okazji tzw. górek. Jednak kryzys ustawi warunki wyjściowe w myśl darwinowskiej zasady – przetrwają najlepiej dostosowani. Rośnie więc słuszna obawa o rentowność, a więc o przetrwanie.

Czy należy obniżać ceny? 

W sytuacji spadku popytu i słabnącej sprzedaży presja na obniżkę cen jest ogromna. Domagają się tego klienci, ale także handlowcy, którzy chcą wyrobić cele sprzedażowe. Z drugiej strony trzeba mieć świadomość, że kryzys energetyczny oraz inflacja w Polsce wystrzeliły w przysłowiowy kosmos koszty działalności firm, co najlepiej widać po kilkuset procentowych wzrostach cen gazu czy kilkudziesięcioprocentowej zwyżce cen energii elektrycznej. Czy więc w czasie kryzysu należy obniżyć cenę, czy też pozostawić ją bez zmian?

Nim padnie odpowiedź na to pytanie należy mieć na uwadze fakt, że cena jest wartością, na którą składa się wiele czynników. Wiedza na ich temat pozwala zarządzać ceną w ogóle, a w czasach kryzysu podjąć właściwą decyzję, która przełoży się na naszą marżę, a ostatecznie na zachowanie naszej rentowności.

Słabością polskiej produkcji rolnej jest to, że wielu nawet dużych producentów patrzy na cenę swoich produktów jedynie w kategoriach koszty-zysk, a nie dostrzega wartości. Z rozmów z rolnikami nie raz usłyszałem wypowiedzi powątpiewające w to, że np. w uprawianej pszenicy, ziemniakach, jabłkach czy też w hodowanych świniach, bydle, kurczakach może być jeszcze inna, niż ekonomiczna wartość, która dawałaby dodatkową korzyść finansową. Ta opinia nie zaskakuje, bowiem produkty rolne (nadające się od razu do spożycia lub po przetworzeniu) w ocenie konsumentów są elementarne, decydujące o ich egzystencji, choć istniejący segment premium pokazuje, że taką wartość da się uzyskać. Jak więc znaleźć inną wartość dającą lepszą cenę?

Rozwiązaniem jest spadek sprzedaży?

W dobie nadkonkuencyjności w rolnictwie i przetwórstwie rolnym wszelkie działania na cenie w kierunku wyższej marży są trudne lub bardzo trudne, ale nie niemożliwe, czego dowodem jest wspomniany segment Premium. Wymaga to oczywiście dobrej znajomości rynku i konkurencji.

Takie zmiany cen w oparciu o mechanizmy pricingu w przeszłości miały miejsce. Najlepszym przykładem jest masło, a dokładniej kostka masła, która przed kryzysem mleczarskim w 2009 roku ważyła 250 gramów. Wówczas cena masła wystrzeliła w górę jak dziś cena czereśni. Za kostkę trzeba było zapłacić minimum 12 zł, a jeśli produkt był zagraniczny, to jeszcze więcej. Po kryzysie cena spadła (w zależności od marki do 6-9 zł), ale też zmniejszyła się waga kostki do 200 gramów. Branża mleczarska wykorzystała więc okazję, którą dał jej kryzys.

Kolejny przykład to odchudzenie przez niektórych producentów czekolady o 10 procent masy w tabliczce, czyli zejściu ze 100 gramów na 90 przy zachowaniu tej samej ceny lub jej niewielkim obniżeniu. Zmiana praktycznie nie została zauważona przez klientów.

Inny przykład to wprowadzenie nowych objętości butelek napojów z 1,5 litra do 1,25 litra przy niewielkiej redukcji ceny. W efekcie we wszystkich podanych wyżej przykładach wzrosła marżowość. Przykładów jest naprawdę wiele.

Inaczej pisząc obecny postępujący kryzys przyniesie w produktach rolnych oraz rolno-spożywczych oraz produktach dla rolnictwa rozwiązania cenowe jak opisane wyżej. Dlaczego? Bo zmiany wagowe są proste w zastosowaniu. Poza tym obniżenie ceny jest łatwe, ale powrót do jej pierwotnego poziomu jest niemożliwy. Dlatego w czasie kryzysu wiele firm wybiera spadek wyników sprzedaży niż obniżenie ceny, bo niskie ceny mają przełożenie na zyski, czyli rentowność. Ale prawda jest też taka, że mimo racjonalności ostatniej myśli nie brakuje też decyzji odwrotnych.

Będzie ostra gra

Przy nadkonkurencyjności i braku u większości rolników oraz producentów rolnych wiedzy na temat struktury ceny, a szczególnie znaczenia wartości dla ich marży, będą stosować oni prosty, a zarazem tradycyjny mechanizm rynkowej rywalizacji, czyli oferowania cenowego w podstawowym rozumieniu koszty-zysk.

Niestety słabością polskiego rolnictwa jest niska solidarność w takim znaczeniu, że poniżej pewnego progu (niezależnie od relacji koszty produkcji-zysk) czegoś nie sprzedaje się nikomu. Choć wygląda to na rodzaj zmowy rynkowej, to tego rodzaju swoisty wentyl bezpieczeństwa świetnie działa w Niemczech czy we Francji, a także w pozaunijnym kraju jak w Szwjacarii. Tymczasem w Polsce sprzedaje się niesolidarnie, a producenci wieprzowiny czy mleka wiedzą o tym najlepiej i rolników nie dziwi to, dlaczego pasuje do ich branż określenie dantejski handel.

Oczywistym jest, że kryzys w postaci wysokiej inflacji i stóp procentowych, wysokich kosztach działalności nie spowoduje, że Polacy zrezygnują z jedzenia. Co najwyżej jakaś część populacji przejdzie na produkty niższego gatunku i niższej jakości, a więc tańszych. Tymczasem rolnicy nie będą mogli tak łatwo przejść na środki produkcji mające niższą cenę. Dlatego sprzedaż za wszelką cenę wydaje się być dla zdecydowanej większości jedynym rozwiązaniem. Można poszukać ratunku w obniżce wagowej, ale to też nie jest rozwiązanie dla wszystkich ze względu na model produkcji i sprzedaży.