W czerwcu br. Zarząd Krajowej Rady Izb Rolniczych wystąpił do Ministra Środowiska w sprawie racjonalnego zarządzana populacją wilka. Po trzech miesiącach doczekał się odpowiedzi, z której wynika jasno, że na żadne inne działania, niż te prowadzone dotąd, rolnicy liczyć nie mogą.


Wniosek KRIR to przede wszystkim skutek apeli rolników z Podkarpacia, którzy coraz boleśniej doświadczają przykrych konsekwencji wzrostu liczebności tych dużych drapieżników. Jak argumentował samorząd, liczba wilków w województwie podkarpackim rośnie w zastraszającym tempie. Rolnicy nie są już w stanie własnymi siłami zapewnić bezpieczeństwa hodowanym zwierzętom, a co gorsza maja coraz więcej powodów obawiać o bezpieczeństwo własne i swoich dzieci.

Zdaniem KRIR, oferowana przez państwo pomoc w tym zakresie, jak dopłaty do ogrodzeń czy podarunki w postaci szczeniąt psów obronnych, to jedynie półśrodki, które nic nie zmienią. Wilki podchodzą coraz bliżej ludzkich siedzib i niewiele sobie robią z obecności człowieka. Ignorują rozdawane gospodarzom fladry, forsują ogrodzenia, zagryzają i zwierzęta hodowlane i psy, które ich pilnują. Odszkodowania zaś nie są w stanie pokryć faktycznych strat rolników, których gospodarstwa nie mogą już normalnie funkcjonować. „Zdaniem samorządu rolniczego, nie może być tak, aby wilki były ważniejsze niż człowiek i zwierzęta gospodarskie. Konieczne jest podjęcie działań, które zapewnią mieszkańcom podkarpackich wsi bezpieczne i godne życie we własnych gospodarstwach.”


W odpowiedzi na wniosek rolniczych samorządów, Ministerstwo Środowiska wylicza ustawy, rozporządzenia i międzynarodowe konwencje, na mocy których wilk w Polsce objęty jest ścisłą ochroną gatunkową. Ochrona ta, jak przyznaje resort, odniosła spektakularny sukces, bo wilki wróciły nawet na tereny, gdzie od 200 lat uważano je za całkowicie wytępione. To zaś budzi nieuzasadnione emocje, tymczasem jak dowodzi ministerstwo, wilk „z reguły boi się ludzi i unika z nimi kontaktu”, a spotkania ludzi z wilkami „mają charakter incydentalny”.


W odpowiedzi czytamy, że: „Nienaturalne zachowanie wilka wynika często z jego oswojenia przez człowieka (np. przez dokarmianie). Dlatego też niezwykle ważnym jest, aby mieszkańcy terenów, na których występują wilki, mieli świadomość tego, że dokarmianie dzikich zwierząt, zwłaszcza dużych drapieżników powoduje ich oswajanie się i przyzwyczajanie do łatwego pożywienia. W konsekwencji może być to niebezpieczne zarówno dla człowieka, jak i dla zwierzęcia, które wykazując nienaturalne, groźne dla bezpieczeństwa człowieka zachowanie musi być wyeliminowane.” Za tokiem tej argumentacji trudno podążać i się z nią zgodzić. Wygląda bowiem na to, że rolnicy są winni po dwakroć. Po pierwsze: „dokarmiają” wilki swoimi owcami i cielętami. Pewnie gdyby zaniechali hodowli, wilki zostałyby w lesie. Po drugie winni są temu, że rozbestwionego drapieżnika, który ludzi nie unika trzeba czasem przepłoszyć, a to przecież zwierzę chronione.


Pismo z resortu środowiska wylicza wszystkie przewidziane prawem możliwości odstępstwa od ścisłej ochrony, tj. płoszenie, przesiedlanie, czy wreszcie odstrzał, które w uzasadnionych przypadkach i po uzyskaniu stosownej zgody można zastosować. Zauważa przy tym i podkreśla, że zgodę na takie odstępstwo w przypadku szczególnego zagrożenia można uzyskać nawet bez wniosku i urzędowej procedury, po zgłoszeniu telefonicznym w Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Sprawy takie będą załatwiane priorytetowo – zapewnia minister.


Minister przyznaje, że Skarb Państwa odpowiada za szkody wyrządzone przez wilki, ale zaraz potem czytamy, że „podstawową formą ochrony dobytku przed szkodami wyrządzanymi przez te zwierzęta jest jego zabezpieczenie”. Rolnik może więc liczyć na odszkodowanie będące sumą: ceny rynkowej zabitego lub padłego w wyniku odniesionych ran zwierzęcia; kosztów utylizacji padliny i jej transportu do przedsiębiorstwa zajmującego się utylizacją; kosztu wizyty lekarza weterynarii stwierdzającego padnięcie zwierzęcia; kosztów leczenia okaleczonych zwierząt i wartości produktów leczniczych.
„Administracja ochrony przyrody dostrzega problemy związane z bytowaniem chronionych gatunków zwierząt i podejmuje odpowiednie działania. Regionalne dyrekcje ochrony środowiska na bieżąco monitorują informacje dotyczące zdarzeń z udziałem wilków. Reagują w sprawach konfliktowych — wypłacają odszkodowania za szkody, zbierają informacje w zakresie obserwacji zwierząt w pobliżu gospodarstw domowych, kolizji drogowych z ich udziałem, doradzają odnośnie profilaktyki ograniczającej straty, informują i edukują w zakresie biologii i ekologii tego gatunku, współpracują z gminami, jednostkami Lasów Państwowych i instytucjami naukowymi. Hodowcy zwierząt w regionach najbardziej narażonych na ataki wilków mogą liczyć na pomoc i merytoryczne wsparcie w zakresie możliwości formalno-prawnych i technicznych zapobiegania potencjalnym stratom oraz na szybkie oszacowanie szkody.” – wylicza MŚ na zakończenie i najwyraźniej tak skończyć chce dyskusje w tym temacie.


Problemy rosnącej liczebności wilków - powodowanych przez nie strat i zagrożeń – dotyczą już jednak nie tylko bieszczadzkich połonin. O atakach wilczych watah donosili nam już przecież w tym roku hodowcy bydła, kóz i owiec z niemal wszystkich regionów Polski. Z miesiąca na miesiąc rosną straty rolników i obawy wszystkich mieszkańców obszarów wiejskich. Wszyscy wskazują na potrzebę rzetelnego policzenia wilków w Polsce. No, ale skoro podlegają ścisłej ochronie, to po cóż je liczyć? Jeśli mamy ich za dużo, to kto się narazi mówiąc, że należy populacje przetrzebić? A że lawinowo rosną też kwoty wypłacanych za zagryzione zwierzęta odszkodowań – to przecież tylko pieniądze podatników…