Niegdysiejsze teorie spiskowe, mówiące o „zwijaniu” rolnictwa dziś nikogo już nie śmieszą. Wszystko za sprawą projektu rozporządzenia w sprawie zrównoważonego stosowania środków ochrony roślin, jaki przedstawiła Komisja Europejska. Wynika z niego, że tzw. obszary wrażliwe, wskazane przez kraje członkowskie przy okazji wdrażania dyrektywy azotanowej, będą obowiązywały również w przypadku ograniczeń i zakazów przewidzianych w regulacjach, dotyczących stosowania pestycydów.

Założenie takie wydawało się niemożliwe i absurdalne choćby dlatego, że w przypadku dyrektywy azotanowej rządy Austrii, Danii, Finlandii, Niemiec, Holandii, Luksemburga i Irlandii uznały całe terytorium swoich krajów za „obszary narażone na azotany pochodzenia rolniczego”. Co gorsza, Polska również znalazła się w tym gronie. Martwi też fakt, że polski rząd tak późno się zreflektował i dostrzegł zagrożenie, wynikające z projektu rozporządzenia, forsowanego przez KE.

Niemieckie obawy

W sierpniu br. w całych Niemczech wybuchły rolnicze protesty, w reakcji na publikację przez KE wspomnianego projektu rozporządzenia. Niemieccy związkowcy wskazywali, że wdrożenie tych regulacji łamie wcześniejsze ustalenia. Rolników przy wytyczaniu obszarów wrażliwych zapewniano, że będą mogli nadal prowadzić produkcję rolniczą. Wprowadzenie zakazu stosowania pestycydów tylko w przypadku obszarów ochrony krajobrazu oznaczałoby zaś wyłączenie z produkcji tysięcy hektarów gruntów rolnych. A to nic innego, jak wywłaszczanie farmerów pod płaszczykiem troski o środowisko. Niemieckie organizacje rolnicze argumentowały również, że w UE funkcjonują sprawdzone systemy integrowanej ochrony roślin i realizowane inne dobre praktyki rolnicze, które stanowią wystarczającą ochronę tak z punktu widzenia środowiska, jak i zdrowia konsumentów. Niemieccy rolnicy mieli za złe politykom, że zgłosili Brukseli wszystkie możliwe obszary wrażliwe, choć inne kraje ograniczyły się do niezbędnego minimum. Domagali się też wycofania szkodliwego projektu od KE, ale jak sami widzimy z mizernym skutkiem.

Zaniepokojeni protestami w Niemczech pytaliśmy w naszym resorcie rolnictwa, ile hektarów gruntów rolniczych obejmować może w Polsce zakaz stosowania środków ochrony roślin, na mocy ustaleń związanych z dyrektywą azotanową. Resort jednak prostował, że przepisy azotanowe „nie regulują kwestii dot. obszarów objętych zakazem stosowania środków ochrony roślin oraz nie wskazują powierzchni jaka ma być objęta zakazem stosowania środków ochrony roślin”. Okazało się jednak, że jest zgoła inaczej.

Logika urzędnika

Problem w tym, że urzędnikom w Brukseli niewiele można w tej chwili zarzucać. Ścieżka, która doprowadziła do opracowania takiej propozycji regulacji w zakresie ograniczania zużycia pestycydów jest logiczna i prosta. Skoro nawozy są tylko w połowie wchłaniane przez rośliny, a reszta przedostawać może się do wód gruntowych, to czy w przypadku pestycydów może być inaczej? One również muszą zagrażać owadom, glebie i wodzie. Skoro rządy krajów wskazały obszary wrażliwe na przenikanie azotanów, to nie są one również narażone na przenikanie substancji z pestycydów? Czy skoro rządy krajowe zgodziły się chronić dane obszary przed azotanami, to nie powinny chronić ich również przed szkodliwymi skutkami stosowania pestycydów?

Fakt – ten tok rozumowania doprowadził do absurdów, bowiem skazywałby całe kraje na import żywności, mimo możliwości produkowania jej na miejscu, a nawet eksportowania. Absurd ten rośnie do gargantuicznych rozmiarów, w kontekście zagrożeń dla bezpieczeństwa żywnościowego samej Europy, krajów głodujących na świecie i problemu wykarmienia rosnącej populacji ludzkości.

Mleko się rozlało…

Gdy do Ministerstwa Rolnictwa zwróciłem się ponownie, i zapytałem, czy w świetle omawianego projektu KE rozporządzenia w sprawie zrównoważonego stosowania środków ochrony roślin, należy uznać, że tzw. obszary wrażliwe w przypadku Polski obejmują całą powierzchnię naszego kraju, otrzymałem odpowiedź, że: „przygotowany przez Komisję Europejską projekt rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie zrównoważonego stosowania środków ochrony roślin i w sprawie zmiany rozporządzenia (UE) 2021/2115 nie został przygotowany z należytą starannością i w związku z tym trudno jest udzielić pełnej odpowiedzi na postawione pytania”.

W odpowiedzi MRiRW czytamy także: „Obszary wrażliwe, do których odnosi się definicja zawarta w projekcie zostały wyznaczone w celu ochrony konkretnych elementów środowiska lub zdrowia człowieka w związku ze zidentyfikowanymi konkretnymi, innymi niż środki ochrony roślin, zagrożeniami, przykładowo ochrona wód przed azotem, w związku z zagrożeniem eutrofizacją, czy obszary Natura 2000 zabezpieczające lub odtwarzające zagrożone siedliska ptaków. Odniesienie się do tych obszarów w przepisach zakazujących stosowania środków ochrony roślin nie zostało uzasadnione przez Komisję Europejską, ani poparte argumentami naukowymi”.

Wystarczy wyobraźnia…

Jak się dowiadujemy, Polska jak szereg innych państw członkowskich uważa, że definicja obszarów wrażliwych podana przez KE „jest nieakceptowalna, ponieważ nie ma merytorycznego uzasadnienia, a jej zastosowanie uniemożliwiałoby prowadzenie gospodarki rolnej na dużych obszarach, czy wręcz całych terytoriach państw członkowskich”.

Bruksela pokazała już jednak wielokrotnie, że nie lubi zbaczać z raz obranych dróg. Na konferencji PROCOP27 w Katowicach, stanowiącej przedsmak szczytu klimatycznego w Egipcie, przedstawiciel komisarza UE ds. rolnictwa Jorge Pinto Antunes we wtorek po raz kolejny zastrzegł, że mimo sytuacji geopolitycznej odwrotu od strategii Zielonego Ładu już nie ma. Żadnej abolicji, ani kroku w tył.

Skoro widmo inflacji, drożyzny w sklepach, kryzysu żywnościowego i energetycznego, nie jest w stanie powstrzymać „aspiracji” i planów KE, to czy zweryfikuje ona stanowisko w kwestii pestycydów? Rzadko się zdarza, by urzędnicy robili coś, czego ich pracodawca nie wymaga. A tym jest choćby użycie wyobraźni…

Jeśli więc pewnego dnia, obudzimy się w kraju w którym jedyną formą działalności na wsi będzie agroturystyka, prowadzenie skansenu lub zagrody edukacyjnej, nie będziemy zaskoczeni? A gdy przewodnik wycieczki przed naszym gospodarstwem oznajmi turystom z Argentyny: "Witamy w rezerwacie, nazywa się Polska"?