Problem, którego rozwiązania od lat domagają się rolnicy, można sformułować prosto: jest potrzeba prowadzenia doraźnego uboju wyhodowanych w gospodarstwie zwierząt i zarabiania przez pozyskiwanie mięsa z tej hodowli i sprzedaż - mięsa oraz przetworów z niego wykonanych. Pozwoliłoby to rolnikom zarabiać na hodowli lepiej niż obecnie, kiedy dokonują sprzedaży zwierząt do zakładów mięsnych.

Ta prostota znika natychmiast, jak tylko zechce się analizować kwestię pod kątem wielości przepisów, jakie trzeba przywołać, aby ów problem rozwiązać. Jak się bowiem okazuje, pułapek jest wiele: bo to i ochrona zwierząt, i bezpieczeństwo żywności, a do tego jeszcze umiejętności rzeźnika i kwestia wyposażenia rzeźni, a także kwestie podatkowe. Słowem - styk wielu ustaw. Tworzy się sytuacja nie do rozwiązania dla kolejnych rządów i kolejnych Ministerstw Rolnictwa.

Bo niby wolno - ale wciąż tylko częściowo, nie każdemu i nie to samo.

UBÓJ W GOSPODARSTWIE

Już rozporządzenie ministra rolnictwa z 21 października 2010 r. w sprawie wymagań weterynaryjnych przy produkcji mięsa przeznaczonego na użytek własny dopuszczało ubój w celu produkcji mięsa na terenie gospodarstwa, w którym zwierzęta były utrzymywane lub w innym gospodarstwie. Rozporządzenie z 19 maja 2010 określało natomiast wymagania weterynaryjne, jakie mają być spełnione przy produkcji produktów pochodzenia zwierzęcego w rzeźniach o małej zdolności produkcyjnej.

Minister Marek Sawicki zapowiadał "zmiany w rozporządzeniu dotyczącym sprzedaży bezpośredniej, które miało legalizować kwestię uboju gospodarczego".

Tymczasem zmiana rządu sprawiła, że do problemu zaczęto podchodzić inaczej - wprowadzono rolniczy handel detaliczny, co nie zmieniło sytuacji w zakresie możliwości wprowadzania na rynek przez rolników własnych wędlin i mięsa.

Wciąż największym problemem było uzyskanie uprawnień do przeprowadzenia uboju. Wydawało się, że kres temu położyło rozporządzenie ministra rolnictwa z 12 marca 2018 r. zmieniające rozporządzenie w sprawie kwalifikacji osób uprawnionych do zawodowego uboju oraz warunków i metod uboju i uśmiercania zwierząt. Zróżnicowało wymagania dotyczące uprawnień osób sporadycznie i zawodowo dokonujących uśmiercania zwierząt - ubój zwierząt na własny użytek (własna konsumpcja domowa, a także bezpośrednia dostawa małych ilości drobiu, królików i zajęcy), poza rzeźnią, wymagał odtąd ukończenia szkolenia teoretycznego, organizowanego przez powiatowego lekarza weterynarii, a nie - jak wcześniej - trzymiesięcznej praktyki na stanowisku ubojowym pod nadzorem osoby posiadającej udokumentowany trzyletni staż pracy na nim.

Tym samym kończył się problem związany ze znalezieniem miejsca do odbycia praktyki, a uboju na własne potrzeby można było dokonywać już po bezpłatnym przeszkoleniu weterynaryjnym.

Pozostawał jednak problem z tym, co zrobić z mięsem pozyskanym w ten sposób - bo sprzedać go nie wolno, pozyskane z uboju gospodarczego mięso trzeba wykorzystać wyłącznie na własne potrzeby, a nie do produkcji żywności z zamiarem wprowadzania na rynek, w tym np. do produkcji w ramach tzw. rolniczego handlu detalicznego. Zatem można było wyhodować na własne potrzeby (nawet bez obowiązku zgłaszania tego faktu do weterynarii!) świnie, zabić je (24 godziny wcześniej powiadamiając o tym lekarza powiatowego) i zjeść - całkowicie bezkarnie i prawie bez kontroli (oczywiście, nie wnikamy w kontrolowanie włośni, bo to inny temat). Jednak biada (a dokładniej mandat) temu, kto zahandlowałby takim mięsem lub przetworami z niego. I nic się nie zmienia w tym zakresie.

RZEŹNIA ROLNICZA

Problem wpuszczenia na rynek mięsa pochodzącego wprost z gospodarstwa podobno rozwiązano właśnie teraz, a raczej rozwiąże się od 18 lutego, kiedy to wejdzie w życie rozporządzenie ministra rolnictwa z 20 grudnia 2019 r. w sprawie niektórych wymagań weterynaryjnych, jakie powinny być spełnione przy produkcji produktów pochodzenia zwierzęcego w rzeźniach o małej zdolności produkcyjnej, położonych na terenie gospodarstw. Przewiduje inny niż gospodarczy ubój w gospodarstwie, a mianowicie: "w rzeźniach o małej zdolności produkcyjnej, położonych na terenie gospodarstw, zwanych dalej «rzeźniami rolniczymi»". Mają działać na potrzeby rolnika, a także gospodarstw położonych w tym samym co rzeźnia i przyległych powiatach. Można będzie dokonywać w nich uboju i rozbioru mięsa, nawet w jednym pomieszczeniu. Określono limity produkcyjne (mniejsze niż dla "rzeźni o małej zdolności produkcyjnej", ale niemałe, np. świń powyżej 15 kg wolno ubić 2190 rocznie, 6 dziennie), a mięso tak pozyskane musi pozostać na krajowym rynku.

Ten rodzaj uboju znów więc wymaga trzymiesięcznego przeszkolenia od osoby uśmiercającej zwierzę (ubój nie dokonuje się przecież poza rzeźnią), ale pozwala przeznaczyć mięso na rynek. Czy hodowcy zwierzęcia? Niekoniecznie. Wszak w "rzeźni rolniczej" można ubijać duże ilości zwierząt, większe niż wynika to z potrzeb przeciętnego rolnika. Rolnik będzie więc mógł w "rzeźni rolniczej", "na terenie gospodarstwa" w sąsiednim nawet powiecie zabić własne zwierzę i wprowadzić mięso z niego na rynek. W rzeźni - działającej na terenie gospodarstwa - będzie jednak pracował rzeźnik, a nie rolnik. W rzeźni tej nie będzie się prowadziło przetwórstwa mięsa. Czy rozporządzenie to pomoże rolnikom, czy przedsiębiorcom? Czy w ogóle komuś pomoże?

KIEDY PO KIEŁBASĘ DO ROLNIKA?

NIK w raporcie "Działania organów administracji rządowej na rzecz bezpieczeństwa żywności" z 2016 r. wyliczyła, że w latach 2013-2014 nie objęto badaniami weterynaryjnymi ok. 2,5 mln świń, a poza kontrolą weterynaryjną było 95 proc. ubijanych w gospodarstwie cieląt.

Nad ubojem gospodarczym zawisły wówczas czarne chmury - ale nie spadł z nich deszcz. Czy teraz rozwiały się chmury wciąż wiszące nad produkcją wędlin w gospodarstwie? Niby w "rzeźni rolniczej" można będzie pozyskać mięso z własnych zwierząt, niby jest rolniczy handel detaliczny, pozwalający rolnikowi na drobne przetwórstwo, niby są MOL-e, ale... wciąż trzeba wątpić, czy można będzie zaopatrywać się w mięso i wędliny wprost u rolnika.

Bo "rzeźnia rolnicza" i "ubój w gospodarstwie" rozwiązują wciąż różne problemy, niekoniecznie rolników. Wszak w "rzeźni rolniczej" będzie odbywała się wcale niemała działalność gospodarcza - czy to w ramach działalności rolniczej, zwolnionej z podatku dochodowego?... Nie. Usługi są opodatkowane. W rozporządzeniu nie mówi się nic o tym, kto może prowadzić rzeźnię rolniczą - użyte jest tylko określenie "podmiot prowadzący rzeźnię rolniczą", a więc nie musi to być rolnik, do uboju potrzebny jest wręcz rzeźnik, a działalność pozarolnicza osoby ubezpieczonej w KRUS jest dopuszczalna tylko na ograniczonych warunkach. Trzeba więc "pokombinować". Pozostaje nierozwiązany problem główny dla rolników: niemożność samodzielnego wyhodowania świni, zabicia jej i sprzedaży mięsa lub zrobionych w gospodarstwie przetworów - i tu już nic nie da się "wykombinować". "Rzeźnia rolnicza" tego nie zmieni, tak jak nie zmieniła "rzeźnia o małej zdolności produkcyjnej".

Niepokoi także to, że w ciągu ostatnich 12 lat pogłowie trzody chlewnej obniżyło się w Polsce prawie o połowę - z 18 mln sztuk do ok. 11 mln. Jest więc duże ryzyko, że jak już kiedyś rolnikom nawet będzie wolno sprzedawać własne mięso i przetwory z niego - to nie będzie świń, z których można będzie je pozyskiwać...