Zagazowała też drób hodowany przez naszego czytelnika, chociaż w okolicy pozostały inne hodowle.

Sprawę opisaliśmy tu:

Grypa ptaków groźna tylko w małych gospodarstwach?

Wolnoć weterynarzu w swoim powiecie

"Farmer" nie dostąpił zaszczytu otrzymania od pani Małgorzaty Matysek odpowiedzi na zadane pytania, zmierzające do ustalenia, dlaczego po wystąpieniu ptasiej grypy w Nowej Soli wybrano do zagazowania kurnik pana Jacka.

Pytaliśmy:

„- ile kurników pozostawiono w podobnej odległości od ogniska choroby

- czy zbadano ptaki przed zagazowaniem

- ile będzie kosztowało zagazowanie ptaków i wypłacenie odszkodowań w Państwa powiecie.”

Odpowiedzi nie ma od dwóch miesięcy. Sensu działań pani Matysek szukamy więc gdzie indziej.

Lokalne portale 8 marca podawały taką wypowiedź pani weterynarz:

- Chcemy jak najszybciej drób w tej strefie zlikwidować, aby uniknąć wystąpienia ognisk, potężnych strat dla hodowców drobiu oraz dla gospodarki narodowej.

Pan Jacek zapamiętał też inną wypowiedź sprzed kilku dni:

- W naszej gazecie Pani Matysek powiedziała, że tak musiała zrobić, bo inaczej groziłoby jej  więzienie. Gazeta opisała sprawę fermiarza, u którego wybuchło ognisko. Pisali o tym, że to w jednym kurniku były chore kury (starsze kury, 25 tys. ), a w trzech były młode dwudziestotygodniowe. To nic, że piszą, że zamiast gazować te chore, zaczęła od zdrowych, a te chore dalej chorobę rozprzestrzeniały. Nieważne, że te 75 tys. młodej kurki  może by nie zachorowało. Można było dać im szansę i zmniejszyć koszty  Skarbu Państwa  i fermiarza, prosił tak samo jak ja o parę dni. Można było zaczekać i w czasie zagazowania starej kury okazałoby się samo, czy ta młoda by też zachorowała, przecież to i tak trwało dobrych  kilka dni, cała ta jej operacja zabijania. Tu wszystko jest z góry ciągle zakładane bez żadnego przemyślenia. Nikt nie wspomina o tym, że nie ma u nas wokoło padłych dzikich ptaków, że nie widać jakiegoś szaleńczego pomoru innych ptaków.

Nie wiemy, jak było w przypadku tej fermy – ale wiemy, że obowiązkiem weterynarii jest, także w celach zapobiegawczych,  informować i tłumaczyć głęboki sens podejmowanych czynności. Także prasie.

Pan Jacek nie poznał go od lekarza powiatowego, czeka więc na jego ujawnienie przez lekarza wojewódzkiego, do którego zaskarżył decyzję o wybiciu. Tymczasem otrzymał kopię zebranych w jego sprawie dokumentów, a wśród nich wyjaśnienia pani Matysek skierowane do lekarza wojewódzkiego. Jak stwierdziła, gospodarstwo pana Jacka leży w strefie zapowietrzonej. „W celu zapobiegawczym tj. zapobieżenia dalszemu rozprzestrzenianiu grypy ptasiej, Powiatowy Lekarz Weterynarii w Nowej Soli (…) przeprowadził w dniach 06, 07, 08, 09 marca 2021 zabicie drobiu przyzagrodowego utrzymywanego we wszystkich gospodarstwach w strefie zapowietrzonej (…).” Pani weterynarz potwierdziła zarejestrowanie przez pana Jacka rolniczego handlu detalicznego, dodając: „Pomimo tej rejestracji nadal był tu utrzymywany drób w warunkach przyzagrodowych a nie fermowych. Nie przeprowadzano zabicia drobiu utrzymywanego w fermach drobiu, które funkcjonują w strefie zapowietrzonej nadal”.

Na poparcie tezy o tych „warunkach przyzagrodowych” hodowli pana Jacka pani weterynarz nie przytoczyła jednak żadnych argumentów.

Jak z tego wynika, gdyby pan Jacek miał fermę - ocalałaby. A tak - działał w warunkach „przyzagrodowych”. Czy aby na pewno?

- Miałem maty, mój drób był zamknięty i nie miał kontaktu z dzikim ptactwem. Izoluję pasze. Spełniałem wszystkie wymogi stawiane fermom – mówi.

W swoich wyjaśnieniach pani weterynarz pisze jednak, że „zabicie drobiu w gospodarstwie Strony było poprzedzone perlustracją, w wyniku której oceniono, że drób nie wykazuje oznak chorobowych. Tym samym drób ten mógł być poddany zabiciu zapobiegawczemu. W ocenie PLW w NS zabicie tego drobiu było konieczne dla zminimalizowania możliwości pojawienia się kolejnych ognisk choroby na obszarze zapowietrzonym oraz w celu zapobieżenia dalszemu szerzeniu się tej choroby”.

O czym zapewniwszy, pani weterynarz dodała jeszcze, że pan Jacek był poinformowany o wprowadzonych rygorach, zasadności zabicia drobiu i konsekwencjach wystąpienia nowych ognisk grypy – i dodała długą listę świadków owego informowania, wśród nich wymieniając osobę rzekomo przeprowadzającą perlustrację.

- Pani Matysek przywiozła decyzję o zagazowaniu od razu wtedy, gdy przyjechała do mnie na zagazowanie. Nie było żadnej perlustracji – mówi pan Jacek. – A jeśli była, to powinna zakończyć się wypełnieniem formularza, którego mi nie przedstawiono.

Czy lekarz wojewódzki cofnie tę decyzję? Co stałoby się wtedy z odszkodowaniem? Trzeba wątpić w jakieś cudowne odmienienie sytuacji.

- Miałem zabezpieczoną hodowlę – mówi pan Jacek. - Jestem jedyną osobą zajmującą się drobiem, nikt poza mną nie chodzi wokół niego. Mimo to uznano, że to moja hodowla stwarza zagrożenie. A fermy zostawiono. Tymczasem wszystkie przypadki choroby były na fermach. To czy to ja, czy raczej fermy stwarzają zagrożenie?

Jak napisała pani Matysek w piśmie do lekarza wojewódzkiego, „w trakcie przygotowywania są decyzje o przyznaniu odszkodowań dla wszystkich gospodarstw z zabitym drobiem przyzagrodowym, w tym dla p. Jacka (…). Wypłata odszkodowań dla tych osób nastąpi w pierwszej kolejności po otrzymaniu środków finansowych na ten cel.”

Pismo pani weterynarz jest datowane 24 marca. Do dziś owe opisywane w nim „przygotowywanie decyzji o przyznaniu odszkodowań” nie zdołało się zakończyć. Wydanie decyzji o zagazowaniu ptaków trwało jeden dzień.

Czy państwo stać na taką „opiekę weterynaryjną” i zapobiegawcze zabijanie zdrowego drobiu? A klientów na podwyżki cen jaj i drobiu?