Śruta sojowa sprowadzana jest do Polski głównie z Argentyny (podwojenie w ciągu ostatnich 6 lat), Brazylii, USA oraz w znacznie mniejszym stopniu z Rosji i Ukrainy. Większość jest wykorzystywana w intensywnej hodowli trzody chlewnej i drobiu.

Pandemia COVID-19, skutkująca utrudnieniami w dostawach i rosnącymi cenami, zwiększyła świadomość kruchości globalnego handlu i braku bezpieczeństwa w Europie, jeśli chodzi o pasze białkowe.

Obecnie (sezon 2019-2020) importowana śruta sojowa stanowi 76,7 proc. całej paszy białkowej używanej w Polsce, co oznacza spadek w porównaniu z najwyższą liczbą 84,5 proc. w sezonie 2015-2016. Reszta to rodzime rośliny białkowe – bobik, groch, łubin i soja.

Największa powierzchnia upraw roślin białkowych była w Polsce w 1989 r., pod koniec epoki PRL – 400 tys. ha. W tym czasie nasz kraj w niewielkim stopniu uczestniczył w handlu międzynarodowym. Później w ciągu kilku lat zmniejszyła się do 100 tys. ha.

– Aby temu zaradzić, polski rząd jako pierwszy w Unii Europejskiej wprowadził w 2010 r. specjalny program wsparcia uprawy roślin strączkowych i soi – mówi prof. Jerzy Księżak z Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa - PIB w Puławach.

Jednocześnie w kraju uruchomiono kilka programów badawczych w zakresie genetyki, technologii upraw i pasz oraz ekonomiki hodowli zwierząt.

Dotacja białkowa została wprowadzona w 2010 r. i objęła uprawę bobiku, grochu, łubinu (trzy gatunki) i soi, niezależnie od sposobu uprawy. W rezultacie wielu rolników siało rośliny strączkowe jako międzyplony, bez zbioru nasion. Od 2017 r. dopłaty wypłacane są tylko za faktycznie zebrane nasiona.

Trzy dotacje

W tym samym duchu wprowadzono płatności za zazieleniania EFA, w które rośliny strączkowe bardzo dobrze się wpisują. W tej sytuacji polscy plantatorzy roślin strączkowych i soi przez kilka lat otrzymywali trzy dotacje: dotacje podstawowe z UE, dotacje EFA oraz dotacje krajowe na rośliny strączkowe.

Nic więc dziwnego, że do 2015 r. powierzchnia tych upraw szybko wzrosła do 440 000 ha i stanowiła ponad 4 proc. wszystkich gruntów rolnych. Szybki rozwój został przerwany w 2017 r. decyzją UE, że w uprawach EFA nie można stosować chemicznych środków ochrony roślin, co znacznie utrudnia uprawę bobowatych grubonasiennych.

Dziś powierzchnia upraw roślin strączkowych i soi wynosi ok. 290 tys. ha. 75 proc. z tego stanowi łubin. Wynika to w dużej mierze z badań, w wyniku których uzyskano odmiany o mocniejszych łodygach (łatwiejsze do zbioru), mniejszej tendencji do pękania nasion i lepszej odporności na antraknozę.

Profesor Księżak uważa, że ​​w Polsce (lub na poziomie UE) należy wprowadzić wymóg dotyczący określonej minimalnej części pasz białkowych produkowanych w kraju/EU.

– Pewien import śruty sojowej jest potrzebny, a jeśli chodzi na przykład o hodowlę indyków, wręcz konieczny. W Polsce pasze białkowe trafiają jednak głównie do świń i kurcząt, a ich znacznie większą część można by wyprodukować z rodzimych roślin białkowych – mówi prof. Księżak.

Profesor zwraca uwagę, że główny problem tkwi w funkcjonowaniu rynku paszowego w Polsce.

– 70 proc. wszystkich pasz pochodzi od dużych producentów, zazwyczaj firm zagranicznych, które są zainteresowane kupowaniem bardzo dużych partii o jednolitej jakości, łatwiejszych w produkcji, jeśli chodzi o receptury paszowe, i zazwyczaj wolą importowaną śrutę sojową – mówi prof. Księżak.

Rozwiązaniem, które niestrudzenie propaguje prof. Księżak, są stowarzyszenia plantatorów roślin strączkowych.

Bobikowy klaster

Jedno takie stowarzyszenie, klaster, zostało utworzone w 2012 r. przez producentów bobiku w Bartoszycach. Inicjatywa jest wspierana przez Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie oraz lokalną administrację.

– Mamy ponad 700 członków, którzy produkują do 20 000 t bobiku rocznie. Niektórzy mają do 1500 ha gruntów rolnych, ale są też małe i średnie gospodarstwa. Średnio bobik stanowi 15 proc. powierzchni upraw należących do członków klastra. Zwykle po nim siana jest pszenica – mówi Rafał Banasiak, prezes klastra.

Klaster skupuje bobik od członków, suszy go i przechowuje, a następnie sprzedaje. Dzięki dużym partiom potrafi negocjować dobre warunki.

– Całkiem niedawno wynegocjowaliśmy np. zwiększenie zawartości wody w bobiku z 14,5 do 15 proc. To może wydawać się mało, ale ma spore znaczenie – mówi Banasiak.

80 proc. produkcji klastra trafia na eksport, głównie do Danii i Norwegii, gdzie jest wykorzystywana jako pasza w hodowli ryb, a także na Bliski Wschód.

Banasiak podkreśla znaczenie roślin strączkowych jako przedplonu.

– Rośliny strączkowe dostarczają od 40 do 60 kg azotu na hektar dla następnej uprawy, co może dać nawet o jedną tonę na hektar lepszy zbiór pszenicy. Bobik jest łatwy w uprawie, tworzy również próchnicę w glebie i poprawia jej jakość. Jest to więc roślina przyszłości
– podkreśla Banasiak.

Także on chciałby, aby wprowadzono pewien określony obowiązkowy udział rodzimej paszy białkowej w Polsce lub na szczeblu UE.

Andrzej Pauperowicz, jeden z członków klastra, prowadzi rodzinne gospodarstwo rolne o powierzchni 1000 ha. Każdego roku uprawia bobik na 20 procentach gruntów. Z entuzjazmem mówi o tej roślinie.

– Po bobiku pszenicę możemy zasiać w dwóch kolejnych latach, przy dobrych zbiorach i znacznie zmniejszonym zapotrzebowaniu na nawozy azotowe. Pszenica staje się też zdrowsza, co pozwala zmniejszyć użycie środków ochrony roślin – mówi Pauperowicz.

Przy średnim zbiorze 4 t z hektara i cenie 1200 zł za tonę opłacalność uprawy bobiku jest porównywalna np. z uprawą rzepaku, zapewnia Pauperowicz.

Uważa on, że ​​wymóg UE dotyczący uprawy bez chemicznych środków ochrony roślin na terenach zazielenianych jest pozbawiony sensu, przynajmniej w wypadku roślin strączkowych.

– Bobik długo wyrasta i szybko dostaje konkurencję w postaci chwastów. Pojawiają się też szkodniki. Nie można więc obejść  się bez środków ochrony, których i tak nie używamy dużo. W trakcie jednego sezonu wegetacyjnego pryskamy może dwa razy insektycydami i raz herbicydami – podkreśla Pauperowicz.

Pauperowicz bardzo entuzjastycznie podchodzi do współpracy w formie klastra.

– Jak się mówi: duży może więcej. Mamy zupełnie inną pozycję, gdy rozmawiamy z mieszalniami pasz lub eksporterami i oferujemy duże partie jednorodnego bobiku. Jednocześnie dbamy o to, żeby wszyscy nasi członkowie byli traktowani jednakowo i otrzymywali tę samą i najlepszą możliwą cenę, niezależnie od tego, czy dostarczają 5 czy 500 t – mówi Banasiak.

Pasza białkowa z własnego pola

Polska wciąż jest krajem małych gospodarstw i wielu rolników uprawia rośliny strączkowe na paszę dla własnych zwierząt lub sprzedaje je mniejszym producentom pasz.

We wschodniej Polsce, koło Białej Podlaskiej, Wojciech Tymoszyński prowadzi hodowlę świń. Ma 150 loch i ok. 800 tuczników rasy Danbred oraz 50 loch i 200 tuczników rasy puławskiej.

Na 90 ha uprawia zboże (85 proc.) i groch (15 proc.). Całe zbiory przeznacza na paszę dla świń, którą sam produkuje. Gospodarstwo ma przyzwoitą rentowność m.in. właśnie dzięki własnej paszy. Groch stanowi 25 proc. paszy białkowej, podczas gdy 50 proc. to krajowa śruta rzepakowa, a 25 proc. importowana śruta sojowa.

– Dobrze sobie radzę dzięki własnej paszy. Ale groch to za mało, zarówno pod względem zawartości białka, jak i składu aminokwasów. Tak więc pewien udział śruty sojowej jest w obecnej sytuacji niezbędny – mówi Tymoszyński. – Uprawiam groch, gdyż gleby na tym obszarze nie nadają się ani na soję, ani na bobik.

Tymoszyński podkreśla, że ceny paszy białkowej, a zwłaszcza importowanej śruty sojowej, gwałtownie wzrosły w zeszłym roku, podobnie jak koszty paliwa i energii elektrycznej.

– W takiej sytuacji czasem taniej jest kupić pojedyncze aminokwasy syntetyczne, zwłaszcza tzw. aminokwasy ograniczające, takie jak tryptofan, aby zrównoważyć skład aminokwasów w paszy.

– To i tak jest krok do przodu – jeszcze nie tak dawno jako paszy białkowej używaliśmy tylko importowanej śruty sojowej – podkreśla Wojciech Tymoszyński.

Inicjatywa Białkowa COBORU

Centralny Ośrodek Badania Odmian Roślin Uprawnych (COBORU) w Słupi Wielkiej (k. Poznania) jest jedną z kilku instytucji, które w ostatnich latach działają na rzecz zwiększenia uprawy roślin białkowych.

– W 2017 r. rozpoczęliśmy tzw. Inicjatywę Białkową, która również została zatwierdzona i wsparta przez Ministerstwo Rolnictwa – mówi prof. Edward Gacek z COBORU kierujący działaniami związanymi z tą strategią.

Celem było testowanie możliwie dużej palety odmian roślin strączkowych (bobik, groch, łubiny) oraz odmian soi pod kątem ich przydatności do uprawy w Polsce.

– Testujemy odmiany pod kątem ich przydatności do uprawy w różnych częściach kraju, biorąc pod uwagę zmienność siedliskową. Odmiany, które uzyskały najlepsze wyniki, trafiają na listy odmian zalecanych. Można powiedzieć, że dziś dysponujemy pełnym zestawem list rekomendowanych roślin białkowych dla każdego polskiego województwa – mówi prof. Gacek.

Od 2019 r. COBORU stworzyło ok. 40 poletek doświadczalnych w całym kraju, aby szerzyć wiedzę o roślinach białkowych.

Profesor Gacek szacuje, że w ciągu kilku lat powierzchnia upraw roślin strączkowych zwiększy się o 100-150 tys. ha, a soję będzie się uprawiać na 200-250 tys. ha.