Polskie rolnictwo jest odporne na pandemię koronawirusa, gorzej może być z przemysłem rolno-spożywczym i handlem żywnością – tak powiedział na początku kwietnia w wywiadzie dla PAP Janusz Rowiński z Towarzystwa Ekonomistów Polskich. Jak podkreślił, w gospodarstwach rolnych jest niemal pełne odizolowanie pracującego lub ograniczenie kontaktów zawodowych do mieszkającej z nim rodziny. I trudno się z nim nie zgodzić, bo rolnicy swoje wiosenne prace wykonywali raczej na ciągniku, który był dla nich #homeoffice (czyli pracą z domu, o którą apelowano). Mimo problemów z suszą i przymrozkami wegetacja nie ustała i wszystkie prace, zaczynając od siewów aż po ochronę roślin czy nawożenie, były prowadzone zgodnie z „kalendarzem natury”, który trochę sam zaburzał sprawdzone terminy.
To nie znaczy jednak, że rolnictwo nie odczuło, a może raczej nie odczuje problemów związanych z ograniczeniami w związku z koronawirusem. Może od razu nie były one widoczne we wszystkich działach rolnictwa (my skupimy się w artykule na produkcji roślinnej), ale już w przyszłości mogą wpłynąć na kieszenie przeciętnego rolnika. Jednym z kłopotów może być brak rąk do pracy. Kolejnym problemem rolnika uprawiającego rośliny jest zapowiadana zwyżka cen środków produkcji.

WYSOKIE CENY ZBÓŻ

Na pewno pandemia wywarła wpływ na rynek zbóż, bo zwiększył się popyt w obawie o negatywne skutki pandemii koronawirusa oraz narastający protekcjonizm. Silne zmiany wywierały presję na polski eksport pszenicy, powodując wzrosty cen. Czynnikiem wspierającym zakupy z Polski był również złoty osłabiający się w stosunku do euro i dolara amerykańskiego. Mimo iż ceny ziarna rosły, to podaż w skupach już nie. Rolnicy albo czekali na wyższe ceny, albo po prostu mieli puste magazyny (sprzedali zapasy wcześniej bądź z powodu kolejnego suchego roku nie dysponowali takimi). Pytanie, czy rzeczywiście te zwyżki „trafią” do kieszeni rolnika czy raczej do pośrednika?

DLACZEGO DROŻEJĄ?

Ponieważ pandemia zatrzymała cały łańcuch dostaw. Jak mówił nam prof. Marek Mrówczyński, dyrektor Instytutu Ochrony Roślin – PIB w Poznaniu, najpierw te ograniczenia były powodowane zatrzymaniem się gospodarek azjatyckich. Jak się bowiem okazuje, od wielu lat substancje czynne środków ochrony roślin są przede wszystkim produkowane w Chinach i Indiach. Stało się tak m.in. pod wpływem nacisków ruchów ekologicznych. Takie działanie przyczyniło się do tego, że Unia Europejska, ale i świat uzależniły się od dostaw z Azji. Nie pozostanie to bez wpływu na ceny, jak i na dostępność wybranych produktów. Dlatego zdaniem profesora ceny pestycydów nieznacznie (do 5 proc.) podrożały w pierwszych miesiącach pandemii, ale większych wzrostów można spodziewać się już tej jesieni. Które produkty podrożeją?
– Te, które stosuje się w wyższych dawkach. Chodzi tutaj o ich gramaturę i tym samym wyższe koszty transportu. Poza tym, co istotne, według ostatnich informacji z powodu koronawirusa w Chinach koszty produkcji wzrosły o 15 proc., tym bardziej odbije się to na kieszeniach konsumentów europejskich, w tym też i rolników – powiedział prof. Mrówczyński.

Podrożały też nawozy, bo epidemia koronawirusa mocno ograniczyła możliwości ich transportu do punktów sprzedaży, co również wpłynęło na wzrost ich cen.

JAK WIDZĄ TO SAMI ROLNICY?

– Pandemia koronawirusa na pierwszy rzut oka nie wpłynęła na rolnictwo, bo na wsi życie gospodarcze toczy się normalnym trybem. Rolnicy muszą wykonać prace polowe w określonych terminach. Nie możemy zamknąć się w kwarantannie. Oczywiście, są pewne utrudnienia związane ze swobodnym przepływem towarów, nawet na rynku wewnątrzunijnym. Ale w zasadzie wszystko idzie utartym torem, bo można zawierać kontrakty terminowe. Firmy obsługujące rolnictwo szybko dostosowały się do utrudnionych możliwości kontaktu i zaopatrzenia. Rolnicy dostali informacje, żeby nie zamawiać towaru na ostatnią chwilę, ale z wyprzedzeniem. I to działa – powiedział w rozmowie z nami Juliusz Młodecki, prezes Krajowego Zrzeszenia Producentów Rzepaku i Roślin Białkowych.

Polski Związek Producentów Roślin Zbożowych zlecił w marcu br. Food Research Institute wykonanie badań na temat nastrojów wśród rolników. Zapytano też o koronawirusa. Okazało się, że co dziesiąty rolnik stwierdził, że epidemia nie wpłynie na kondycję ekonomiczną jego gospodarstwa. – Biorąc pod uwagę fakt, że pytanie zadano w pierwszych tygodniach epidemii, można założyć, że obecnie nastroje rolników są znacznie gorsze – uważał w połowie kwietnia dr Adam Ustrzycki, badacz Food Research Institute. Z kolei w ocenie PZPRZ rolnictwo boryka się z ogromnymi problemami w zakresie produkcji i zbytu swoich płodów, a do tego doszedł kolejny czynnik – czyli szalejąca epidemia koronawirusa, który powoduje, że praca rolnika – producenta żywności, stała się jeszcze trudniejsza. Obawa o zachowanie płynności finansowej w gospodarstwie w tym trudnym okresie jest dziś chyba większa niż sam strach przed chorobą.