Agnieszka Tołłoczko od 5 lat prowadzi gospodarstwo o powierzchni 1000 ha w Szkotowie, niedaleko Nidzicy. Jak to się stało, że kobieta przejęła stery? Jak opowiada w wywiadach, pewnego dnia zadzwonił jej schorowany tata, mówiąc, że ma wracać do domu, bo sam nie daje już rady. I wróciła. Od tamtego czasu wprowadziła w Szkotowie wiele zmian, m.in. uprawę wysokiej jakości ziemniaka: jadalnego, sadzeniakowego, a także z przeznaczeniem dla przemysłu.

Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę, ponieważ roślina ta, w odróżnieniu od zbóż i rzepaku, doskonale się czuje na piaszczystych, mazurskich glebach klasy V i VI. Poza tym w płodozmianie znajdują się takie gatunki roślin, jak żyto, pszenica, rzepak i burak cukrowy.

Najczęstsze błędy 

– Generalnie od wielu lat brakuje wystarczającej ilości wody w postaci opadów deszczu, a pierwszym momentem, w którym woda jest niezbędna w rozwoju ziemniaka, jest okres tuberyzacji, czyli zawiązywania bulw – zaczyna Agnieszka, opowiadając, dlaczego zdecydowała się deszczować uprawy. – Z ziemniakami jest trochę jak z bocianami – jeśli jest urodzajny rok, to mamy dużo bocianów, czyli w przypadku uprawy ziemniaków dużą liczbę bulw spod jednej rośliny. Z kolei drugie niezbędne nawadnianie jest w momencie, kiedy ten ziemniak jest w fazie wzrostu bulw. I te dwa nawadniania to jest absolutne minimum. Jeśli jednak celuje się w wysoki plon dobrej jakości, a warunki atmosferyczne są niesprzyjające, wówczas najlepiej jest podlać 3, a nawet 4 razy. Wszystko zależy od tego, ile z nieba spadnie – tłumaczy, śmiejąc się rolniczka.

Czy deszczowanie przekłada się na większą presję chorób grzybowych? Przy uprawie ziemniaka jadalnego wysokiej jakości z przeznaczeniem na sprzedaż w supermarketach istnieje konieczność niemal cotygodniowego wykonywania zabiegów fungicydowych. Prawdą jest, że duża wilgotność i wysokie temperatury sprzyjają wystąpieniu zarazy ziemniaka i wówczas trzeba zastosować droższe systemiczne środki ochrony roślin. Nawadnianie ma również swoje plusy. Jak mówi Agnieszka, podlewane ziemniaki rzadziej cierpią z powodu parcha ziemniaka i mają ładniejszą, bardziej atrakcyjną dla konsumentów skórkę.

Jakie błędy popełniono w gospodarstwie na samym początku? Oprócz błędów ludzkich, w postaci złego zwijania węża, co poskutkowało popsuciem przekładni w deszczowni, trzeba także zwrócić uwagę na optymalną dawkę polewową. – Głównym błędem jest użycie albo za małej, albo za dużej ilości wody. Dawka polewowa musi być optymalna – 20 l/m2 to jest optimum w przypadku naszych piaszczystych gleb. Jeśli dawka jest za duża, wówczas istnieje ryzyko gnicia bulw, a jak za mała, to tylko gleba się zbryla, woda przez rośliny nie jest wykorzystywana i trzeba deszczować jeszcze raz – zwraca uwagę Agnieszka.

Koszt nawadniania – to w końcu drogo czy jednak tanio?

Rozmawiając o nawadnianiu, nie można pominąć aspektu kosztów. W przypadku gospodarstwa w Szkotowie, położonego na Mazurach, głównym źródłem wody do deszczowania jest staw, którego powierzchnia wynosi 4 ha, oraz jedna studnia głębinowa. Ile kosztuje nawadnianie ziemniaków w ciągu sezonu w tym przypadku i czy zabieg ten jest opłacalny? – Koszt deszczowania to między
3 a 5 tys. zł/ha i spokojnie zwraca się przy uprawie ziemniaka, ponieważ nienawadniany ziemniak plonuje jedynie 25-30 t/ha, a nawadniany może dać nawet 50 t/ha dobrej jakości bulw. Zatem jeżeli będziemy mogli sprzedać je po 1 zł/kg, gdy uzyskamy nawet 20 t/ha i więcej, to jest 20 tys. zł! – wyjaśnia z przejęciem Agnieszka Tołłoczko. Przyznaje, że największy koszt to wybudowanie studni głębinowej (od 50 do 150 tys. zł) oraz zainwestowanie w sprzęt (kolejne 150 tys. zł). – Z takiej studni można nawodnić uprawy na 30-40 ha, tylko trzeba przemyśleć odpowiedni płodozmian, by rośliny uprawiane na tych polach pomogły zwrócić koszt budowy – dodaje. Do rubryki wydatków związanych z nawadnianiem trzeba jeszcze dodać koszt poboru wody, który w Polsce póki co nie jest wysoki i wynosi 1500-2000 zł na kwartał od studni.

By można było legalnie deszczować uprawy, niezbędne jest również dopełnienie istotnych formalności – trzeba mieć operat wodno-prawny i pozwolenia na nawadnianie, które wydają Wody Polskie – rozwiewa wątpliwości zarządczyni gospodarstwa.

– Po pierwsze, trzeba to głośno powiedzieć, nie jesteśmy w stanie nawodnić 100 proc. plantacji. To jest moje marzenie, ale aktualnie jesteśmy w stanie deszczować jedynie 20-30 proc. areału, co wynika z ograniczeń w ilości sprzętu i możliwości poprowadzenia wody. U nas, w Szkotowie, na razie używamy armatek wodnych, węży ze szpuli i wody ze stawu, ale w przyszłości, za 3-4 lata, jeśli szczęście dopisze, zamierzamy wejść w projekt, który będzie umożliwiał nam nawadnianie kropelkowe – zdradza swoje plany na przyszłość Agnieszka. – Fajnie by było, gdyby ruszyły programy pomocowe do nawadniania, bo w dobie suszy i problemów zmian klimatu w wielu miejscach jest to jedyne rozwiązanie, by produkować żywność. A my na Mazurach mamy duże możliwości w tym zakresie, bo mamy ogromne zbiorniki wody podziemnej i nadziemnej w postaci jezior i stawów. Skoro Egipt i Izrael nawadniają, pustynie są uprawiane i zbierają 40-50 t ziemniaków z hektara, to nie ma żadnych przesłanek, żebyśmy w Polsce też tego nie robili – dodaje na zakończenie Agnieszka Tołłoczko.