Farmer: Ten sezon pokazał, że opłacalność uprawy ziemniaka zależy od roku, a ten nie był korzystny, cena kilograma spadła nawet do 20 gr, kiedy takie minimum opłacalności to 40 gr/kg. Co jest powodem tak trudnej sytuacji?

Wojciech Nowacki: W ostatnich latach polska branża ziemniaczana z wielu powodów przegrywa konkurencję z innymi gatunkami, a dla rolników uprawa ta przynosi często straty. Jest wiele przyczyn takiego stanu, ale do najważniejszych należą zmniejszający się popyt krajowy na ziemniaki jadalne i skrobiowe, a jednocześnie zwiększający się import ziemniaków z innych regionów klimatycznych, a sprzedawanych na polskim rynku jako tzw. młode ziemniaki. Zanikł z kolei praktycznie eksport polskich ziemniaków.

Farmer: W takim razie stracili najwięcej rolnicy produkujący wczesne ziemniaki, tzw. młode.

WN: W Polsce spada konsumpcja ziemniaka.

Nie cieszy się on też wielką popularnością wśród młodych konsumentów.

Nie ma też już u nas takiego wiosennego "zrywu" zakupu w maju młodych ziemniaków, jak to mieliśmy dotychczas w zwyczaju. Wówczas zarabiali na tym nasi rodzimi producenci, bo taki "młody ziemniak" był zdecydowanie droższy.

Teraz mamy go przez cały rok, z zagranicy, tylko czy rzeczywiście kupujemy "młode ziemniaki", czy tylko na półce w sklepie są one błędnie podpisane.

W ostatnich latach nastąpił wzrost importu na polski rynek ziemniaków jadalnych z cieplejszego klimatu Basenu Morza Śródziemnego w okresie zimy i wczesnej wiosny. Nieuzasadnione jest wykorzystywanie nazwy handlowej "ziemniak młody" dla zbiorów o pełnej dojrzałości.

Wykorzystywana jest tym samym niska świadomość konsumentów ziemniaka, która degraduje walory autentycznego krajowego ziemniaka młodego zbieranego w końcu maja i w czerwcu. Tracą na tym nasi rolnicy, bo z tego powodu spada zainteresowanie zakupem rodzimych ziemniaków, które są prawdziwie "młode", a więc mają ścierającą się skórkę.

Farmer: Czy to jedyne bolączki naszego rynku ziemniaka?

WN: Nieuzasadnione jest też zaniżanie przez handlowców wartości sprzedawanych przez rolników ziemniaków jadalnych w cenie detalicznej lub przez przetwórców w cenie produktu finalnego.

Nie bez znaczenia jest też eliminowanie ziemniaka skrobiowego i odpadowego jako surowca z produkcji odnawialnych nośników energii.

Farmer: A co zrobić z eksportem, on cały czas kuleje, można nawet powiedzieć, że więcej importujemy niż eksportujemy, a jeszcze przecież niedawno byliśmy potęgą ziemniaczaną na świecie. Rentowność produkcji jest bardzo ograniczona.

WN: Zanik eksportu do krajów trzecich i obrotów w ramach Unii Europejskiej wywołany jest głównie nadmiernym bezpieczeństwem fitosanitarnym stosowanym przez Państwową Inspekcję Ochrony Roślin i Nasiennictwa.

Jest to związane z bakteriozą pierścieniową ziemniaka, która jest chorobą kwarantannową. Powiedziałbym, że to jest nawet choroba polityczna. Dlaczego?

Bo Polskę wskazano w 2004 r., że mamy podwyższone wykrywanie czynnika chorobotwórczego. Inspekcja corocznie stwierdza bowiem podwyższoną liczbę przypadków wykrycia czynnika chorobotwórczego Clavibacter michiganesis spp.sepedinicus (Cms) wywołującego bakteriozę, ale nie samą chorobę. I tu jest właśnie problem. Wiadomo, że Polska, podobnie jak Niemcy, Finlandia, Norwegia, leży w strefie umiarkowanego klimatu, gdzie występują warunki sprzyjające do rozwoju bakteriozy. Z kolei kraje Basenu Morza Śródziemnego ze względu na wyższą temperaturę w okresie sezonu wegetacji są od niej wolne. Aby nie dopuścić do przedostawania się jej właśnie na teren tych krajów, choroba ta jest uznawana jako kwarantannowa.

Nie powoduje ona jednak strat w zbiorach ziemniaka w postaci gnicia bulw.

W Jadwisinie przez 5 lat sztucznie inokulowaliśmy różne odmiany ziemniaka, stwierdziliśmy w nich obecności Clavibacter michiganesis spp.sepedinicus, ale choroby praktycznie nie stwierdzaliśmy. Czy rolnikowi łatwo jest uwierzyć w chorobę, której nie widzi, bo on nigdy nie zobaczy czynnika chorobotwórczeg można go bowiem zdiagnozować laboratoryjnie, przy pomocy szeregu wzajemnie uzupełniających się testów.

W Polsce mamy wyższe restrykcje dotyczące wywozu ziemniaków, niż tych sprowadzonych do naszego kraju.

Do Polski wpływają sadzeniaki z innych krajów i nikt nad nimi nie czuwa.

Sadzeniaki mają świadectwo fitosanitarne, certyfikat, że to jest kwalifikowany materiał, tzn., że zostały one przebadane, ale na Zachodzie bardzo wyrywkowo się je bada, a u nas obligatoryjnie.

Dlatego w tym roku mamy problem. Niskie ceny na początku sezonu były spowodowane tym, że urodziły się nam ziemniaki, ale można było je wyeksportować, bo jest duża siła ssąca krajów, które bardzo chętnie chcą je od nas kupić, jak: Bułgaria i Rumunia, ale rolnicy się boją.

Farmer: Mówiąc kolokwialnie - rolnik nie będzie raczej namierzony przez PIORiN, jeśli nie eksportuje ziemniaków, stąd boi się zaryzykować?

WN: PIORiN monitoruje blisko 10 proc. gospodarstw produkujących na rodzimy rynek, ale już każdego, który wyeksportuje surowiec. Powstała swoista psychoza strachu wśród producentów ziemniaka, których gospodarstwa są wolne od Cms, bo dokładnie nie wiedzą, czy tak jest w rzeczywistości. Nie mogą tego zdiagnozować od razu na polu.

Farmer: A co z osobami, które kupują i wysadzają kwalifikowany materiał sadzeniakowy?

WN: Ten rolnik, który kupuje materiał kwalifikowany, powinien nie mieć problemów z Cms, ale rzeczywistość jest taka, że wielu rolników rozmnaża ziemniaki we własnym gospodarstwie lub kupuje na targowiskach. Dopóki nie będzie eksportował, dopóty nie będzie objęty kontrolą. Natomiast jak zaryzykuje, to się boi, i w konsekwencji woli nie eksportować. Myśli, że a nóż go namierzą i wtedy na pewno zrobią badanie na Cms, a nie wiadomo, jaki będzie wynik.

Farmer: Ale przecież w biznesie nie ma tzw. próżni.

WN: Owszem, i dlatego powstaje taki paradoks, że na nasze rodzime ziemniaki wydają świadectwa fitosanitarne nasi sąsiedzi: Czechy i Słowacy. Bo nie ma teraz kontroli granicznej w ramach strefy Schengen. Czyli ziemniaki jadą z Polski, tam zdobywają świadectwa i sprzedawane są dalej, jako czeskie i słowackie, właśnie do Rumunii i Bułgarii.

Farmer: Ale taki transport i certyfikat dodatkowo kosztują i traci na tym nasz rolnik.

WN: Dlatego polski producent uzyskuje niższą cenę, bo za tę całą operację ktoś musi zapłacić. To jest przekręt nieprawdopodobny.

Oczywiście korzystanie z obcych służb fitosanitarnych jest nielegalne, ale takie sytuacje się zdarzały i Inspekcja o nich wiedziała.

Farmer: Jak można temu zaradzić?

WN: Moje stanowisko jest takie, że jeśli kraj docelowy nie żąda dokumentów na to, że parta jest wolna od bakteriozy, to nie powinniśmy być tacy gorliwi i na siłę nikogo uszczęśliwiać. Przecież to nie są sadzeniaki, są to ziemniaki jadalne lub do przetwórstwa. Zainfekowane Cms sadzeniaki przyczyniają się do rozprzestrzeniania choroby i należy takie partie natychmiast blokować, ale przeznaczone do spożycia? Powiem coś, czego nie powinienem polecać jako pracownik naukowy.

Jeśli sprzedajemy ziemniaki potencjalnie razem z chorobą, to jest nawet swego rodzaju oczyszczanie kraju z czynnika chorobotwórczego. Tak działa konkurencja.

Niech służby fitosanitarne kraju docelowego martwią się, co wpływa do ich kraju. Jeśli będzie zwrot, bo gdzieś wykryją chorobę, to jest ryzyko eksportera i rolnika. Niech samo życie to zweryfikuje.

Farmer: Polski rolnik nie ma też alternatywy w sytuacji, kiedy rzeczywiście ta choroba zostanie stwierdzona.

WN: Gdyby była możliwość w praktyce do zutylizowania tych zainfekowanych ziemniaków, np. w gorzelniach, to by trochę ułatwiło podejście do problemu.

Bo producent wiedziałby, że zarobi na tych ziemniakach, oczywiście mniej, ale nie będzie musiał do nich dopłacać i nie straci dorobku swojej pracy. Nie ma jednak u nas systemu zorganizowanej utylizacji.

Farmer: Rolnik pozostawiony jest wówczas samemu sobie i tego się boi.

WN: Dokładnie. Sam miałem dwa lata temu taką sytuację, że jedna z firm przetwórstwa skrobiowego poprosiła mnie o stwierdzenie przyczyny niekiełkowania sadzeniaków, które sprowadzili do siebie z innych krajów. Zawiadomiono w tej sprawie służby fitosanitarne, ale usłyszeli taką odpowiedź, że to nie jest ich sprawa.

Nikt nie przyjechał i nie zbadał, dlaczego one nie kiełkują. Później okazało się na podstawie moich badań, że był to nowy szczep bakterii wywołującej chorobę podobnej do czarnej nóżki. Ale do rzeczy, zachowanie PIORiN jest bardzo dziwne, bo nie interesuje jej to, co do nas przychodzi, tylko co my wysyłamy za granicę.

Można powiedzieć, że Inspekcja dba o bezpieczeństwo fitosanitarne kraju docelowego, a nie naszego.

Chcąc zwalczać bakteriozę pierścieniową, powinniśmy wiedzieć, kto ją nam rozprzestrzenia w kraju i to powinna wiedzieć Inspekcja. Wysoka latentność, czyli bezobjawowość choroby, tego wymaga.

Farmer: Ale sam pan powiedział, że takie kontrole są prowadzone, co prawda wyrywkowo, ale jednak.

WN: Dotychczasowe badania monitoringowe PIORiN dotyczące wykrywania Cms powinny być gruntownie przeanalizowane, aby określić główne drogi rozprzestrzeniania się choroby i w konsekwencji skutecznego jej zwalczania. Uważam, że rozprzestrzenianie się bakteriozy jest powodowane obrotem zainfekowanym przez Cms materiałem sadzeniakowym, a nie ziemniakami jadalnymi dla przetwórstwa. Trzeba zatem kontrolować sadzeniaki. Z naszych badań wynika, że w warunkach naturalnych odglebowych (odśrodowiskowych) zakażenie roślin zdrowych jest minimalne, czynnikiem jest rozprzestrzenianie się wraz z używanym przez producentów sadzeniakiem.

Tylko 10 proc. zużywanych sadzeniaków w kraju to kwalifikowany materiał, który w 99 proc. jest bezpieczny pod względem fitosanitarnym, a o pozostałym materiale pochodzącym z własnych rozmnożeń rolników, z zakupu targowiskowego czy z innych krajów nie wiemy nic.

Farmer: Dziękuję za rozmowę.