Unia Europejska początkowo entuzjastycznie nastawiona do produkcji biopaliw m.in. z oleju rzepakowego, z czasem zrewidowała swoje stanowisko, twierdząc, że z uwagi na ograniczony obszar ziemi uprawnej w Europie, produkcja roślin przeznaczonych na biopaliwa silnie konkuruje z uprawą roślin wykorzystywanych jako żywność. Zaowocowało to zmianą przepisów prawnych. Dotyczą one m.in. obowiązku spełnienia przez biokomponenty( zaliczane do realizacji NCW) kryterium ograniczenia emisji gazów cieplarnianych w najbliższym czasie na poziomie 50%, a w dłuższej perspektywie o 80%.

Wprowadzana przez Brukselę nowelizacja przepisów ma być m.in. narzędziem do szerszego wykorzystania przez kraje unijne biopaliw nowej generacji, czyli produkowanych z odpadów rolnych, drewna, alg. Nie generują one zapotrzebowania na grunty rolne, w przeciwieństwie do biopaliw I generacji. Zgodnie z unijnymi przepisami do 2020 r. udział energii z biopaliw produkowanych z ziarna zbóż i roślin oleistych, korzeni buraka oraz roślin uprawianych do celów energetycznych na użytkach rolnych nie może przekraczać 7 proc. końcowego zużycia energii w transporcie w poszczególnych państwach członkowskich

W ramach implementacji dyrektywy unijnej 2015/1513 zmieniającej dotychczasowe prawo europejskie, opracowywane są nowe krajowe przepisy o biopaliwach i biokomponentach ciekłych. Środowisko rolnicze jest poważnie zaniepokojone proponowanym ich kształtem. Istnieje bowiem obawa, że w efekcie ich przyjęcia i realizacji zapotrzebowanie producentów paliw na olej rzepakowy zdecydowanie osłabnie. Odbije się to na zakładach tłuszczowych, bowiem w ostatnich latach 60 proc. tłoczonego oleju trafiało właśnie do sektora paliwowego. Stracą także rolnicy – a jest to grupa ok. 100 tys. gospodarstw – uprawiający tę roślinę. Nie trzeba być prorokiem, aby przewidzieć, że cena skupu ziarna rzepakowego zdecydowanie obniży się. Naturalną konsekwencją będzie spadek powierzchni uprawy rzepaku w Polsce. Pozostaną przy nim jedynie te gospodarstwa, które uzyskują wysokie i bardzo wysokie plony. Powodem będzie nie tylko rachunek ekonomiczny, lecz także możliwość zachowania w następstwie roślin chociaż jednego gatunku przerywającego monokulturę zbożową.
Czarne chmury zbierają się nie tylko nad plantatorami rzepaku. Branża świńska wpadnie w kolejny dołek, bo zmaleje dostępność relatywnie taniej poekstrakcyjnej śruty rzepakowej będącej liczącym się źródłem białka paszowego. Trzeba ją będzie zastąpić białkiem importowanym, a to oznacza wzrost kosztów produkcji.

W tym ponurym scenariuszu nadchodzących wydarzeń dostrzegam jeden jasny punkt. Koniec hossy rzepakowej to jednocześnie powstanie sprzyjającego klimatu do autentycznie masowej uprawy soi w Polsce. Producenci paliw już zapowiadają zastąpienie oleju rzepakowego właśnie sojowym bądź palmowym, zatem jest odbiorca. Tłocznie oleju swoje uwolnione moce przetwórcze z radością wykorzystają do przerobu nowego surowca. Przemysł paszowy i hodowcy zwierząt przyjmą krajową śrutę sojową jak przysłowiową mannę z nieba. Z kolei rolnicy mający już wstępne rozeznanie co do możliwości uprawy tej rośliny w naszym kraju nie powinni mieć oporów przed wejściem w jej uprawę na szerszą skalę. Z agrotechnicznego punktu widzenia soja jest zdecydowanie lepszym łamaczem płodozmianu niż rzepak. Ponadto jest zdecydowanie tańsza w produkcji i jak na razie łatwiejsza. Nie trapią jej jeszcze szkodniki ani choroby. Nie wymaga wysokiego nawożenia mineralnego i pozostawia po sobie znakomite stanowisko.

Tak więc jak w życiu – coś się kończy, aby coś się zaczęło. Trzeba to tylko umiejętnie wykorzystać.