Wirus żółtaczki rzepy (ang. TuYV – Turnip Yellows Virus) w pierwszej kolejności stał się problemem plantatorów rzepaku z zachodu Europy. Również w Polsce wyższy poziom infekcji jest stwierdzany na zachodzie i w centrum kraju, lecz wirus ten szybko rozprzestrzenia się pomiędzy uprawami na terenie wszystkich województw.

Porażenie roślin rzepaku wirusem żółtaczki rzepy objawia się fioletowo-czerwonymi, antocyjanowymi przebarwieniami na starszych liściach. Najpierw ujawniają się one na brzegach blaszek liściowych, stopniowo rozprzestrzeniając się na cały liść. Niekiedy na młodszych roślinach zaatakowanych przez wirusa zaobserwować można pofałdowania liści. Choroba powoduje zakłócenie przebiegu procesów fizjologicznych rzepaku – wzrost jest spowolniony, rośliny karłowacieją. Wirus wpływa negatywnie także na jakość plonu poprzez pogorszenie zaolejenia nasion i zwiększenie zawartości glukozynolanów. Szacuje się, że żółtaczka rzepy może przyczynić się do redukcji plonu o 10-40 proc.

Zewnętrzne symptomy choroby można łatwo pomylić z objawami niedoboru składników pokarmowych (azotu i fosforu), uszkodzeń mrozowych, uszkodzeń korzeni przez śmietkę kapuścianą lub kiłę kapusty bądź z reakcją fitotoksyczną na zastosowane środki ochrony roślin. Ustalenie rzeczywistej przyczyny obserwowanych objawów jest zatem bardzo trudne, przez co często rolnicy nie zdają sobie sprawy ze skali zawirusowania roślin. Stuprocentową pewność co do obecności wirusa żółtaczki rzepy może dać test Elisa, którego przeprowadzenie we własnym zakresie jest dla rolników co najmniej kłopotliwe. Jeśli jednak możemy wykluczyć niedobory składników pokarmowych, uszkodzenia mrozowe i reakcję fitotoksyczną, warto również sprawdzić system korzeniowy pod kątem objawów kiły kapusty (charakterystyczne narośla) i żerowania śmietki kapuścianej (kanały i blizny). Odrzucając drogą eliminacji również te możliwości, z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy stwierdzić, iż rzepak został zainfekowany wirusem żółtaczki rzepy. W momencie obserwacji objawów jest już jednak za późno na działanie i próbę ochrony ze względu na brak środków chemicznych umożliwiających zwalczanie wiroz atakujących rośliny uprawne.

Wirus rozprzestrzeniany przez wektory

Trwająca od ponad roku pandemia, podczas której słowo „wirus” odmieniane jest przez wszystkie przypadki, na pewno uświadomiła nam, jak łatwo patogeny rozprzestrzeniają się na masową skalę. Wektorami wirusa żółtaczki rzepy są mszyce, przede wszystkim mszyca brzoskwiniowo-ziemniaczana, która odpowiada za infekcje wczesne, najbardziej groźne dla rzepaku. Mniejsze znaczenie ma mszyca kapuściana, będąca głównym wektorem późnych infekcji, które w mniejszym stopniu wpływają na redukcję plonu nasion.

Masowemu pojawowi mszyc, a co się z tym wiąże – nasilonemu występowaniu infekcji sprzyjają długie, ciepłe jesienie oraz łagodne zimy. Wysoka temperatura i długo trwająca wegetacja wydłużają okres aktywności szkodników, podczas którego swobodnie roznoszą wirusy. W celu ograniczenia ryzyka infekcji wirusem żółtaczki rzepy zasadne jest zatem skuteczne zwalczanie mszyc. Zakaz stosowania zapraw nasiennych zawierających insektycydy z grupy neonikotynoidów, które zabezpieczały rośliny przed szkodnikami w początkowych fazach rozwojowych, mocno utrudnia to zadanie. W praktyce całkowite wyeliminowanie szkodników za pomocą insektycydów stosowanych w zabiegach nalistnych, tak by ryzyko porażenia chorobą zmniejszyć do zera, jest właściwie niemożliwe, zwłaszcza w przypadku mszyc, które bytują na spodniej stronie liści. Nie pomaga także fakt, że paleta dostępnych środków ochrony roślin zmniejsza się z roku na rok. Obecnie do zwalczania mszyc w rzepaku ozimym można zastosować 15 insektycydów na bazie głównie deltametryny oraz alfa-cypermetryny.

Warto zaznaczyć, że rzepak nie jest jedyną rośliną żywicielską wirusa żółtaczki rzepy. Do żywicieli tego patogenu należą także buraki, ziemniaki, warzywa i rośliny bobowate, jak również chwasty kapustowate. Zagrożenie żółtaczką rzepy może zwiększać się w przypadku wysiewania mieszanek międzyplonowych, w skład których wchodzą gatunki kapustowate, np. gorczyca biała, rzepik, rzepa ścierniskowa czy kapusta pastewna. Z zasady międzyplonów nie chroni się chemicznie przed agrofagami, więc bez przeszkód bytują tam mszyce, by później przenieść się na rzepak ozimy.

Profilaktyka może nie wystarczyć

Pewne praktyki agrotechniczne uznaje się za pomocne w ograniczeniu ryzyka porażenia wirusem żółtaczki rzepy. W przypadku wszystkich wiroz jako jedną z podstawowych metod profilaktyki podaje się izolację przestrzenną i czasową w uprawie roślin będących żywicielami wirusa. W praktyce, jak wiadomo, jest to często wymóg bardzo trudny do spełnienia. Do zaleceń łatwiejszych do wdrożenia w życie można natomiast zaliczyć starannie prowadzoną walkę z chwastami kapustowatymi i samosiewami rzepaku będącymi rezerwuarami wirusa.

Zapobieganie występowaniu agrofagów we wszystkich przypadkach opiera się na właściwym zmianowaniu. W przerwaniu cyklu porażania rzepaku przez wirusa żółtaczki rzepy często pomocny jest najprostszy płodozmian rzepaczano-pszeniczny. W takim scenariuszu na ograniczenie kolonizacji przez mszyce dobrze wpłynie siew prosto w ściernisko, ponieważ pozostałe na polu kłujące łodygi zbóż utrudniają szkodnikom dostęp do młodych roślin. Można pokusić się również o zwiększenie gęstości siewu, dzięki czemu łan będzie bardziej zwarty, a międzyrzędzia szybciej zakryte, co utrudni mszycom lądowanie na rzepaku. Zbyt gęsty siew ma jednak swoje wady – prowadzi do silnej konkurencji roślin w łanie o wodę i składniki pokarmowe. Pewnym pomysłem może okazać się manipulacja terminem siewu rzepaku w taki sposób, by uniknąć okresu największej „inwazji” mszyc. Tego rozwiązania również nie można uznać za idealne; po pierwsze – opóźniony siew niekorzystnie wpływa na rozwój rzepaku, po drugie – konieczny byłby staranny monitoring szkodników.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że proponowane metody profilaktyki to tylko półśrodki, które nie dość, że są wymagające, to jeszcze nie dają gwarancji ocalenia plonu w przypadku infekcji wirusem żółtaczki rzepy. Tutaj z odsieczą przychodzą hodowla roślin oraz prace nad wyhodowaniem odmian odpornych i tolerancyjnych na ten patogen.

Hodowla odpornościowa na ratunek

Jej znaczenie rośnie wraz z kolejnymi ograniczeniami w chemicznej ochronie roślin wynikającymi z kurczącego się asortymentu substancji czynnych, narastającego zjawiska odporności agrofagów i dążenia do wprowadzenia praktyk rolnictwa przyjaznego środowisku naturalnemu. Hodowla odmian tolerancyjnych i odpornych na choroby oraz stresory jest zatem bardzo ważnym narzędziem integrowanej ochrony i produkcji roślin uprawnych. Pod pojęciem tolerancji kryje się zdolność roślin do znoszenia porażenia przez agrofagi lub stresy środowiskowe bez większych strat w plonie. Z kolei odpornością określa się hamowanie przez roślinę wzrostu i rozwoju określonego szkodnika bądź patogenu lub ograniczanie uszkodzeń przez nie powodowanych.

Odkąd w 2017 r. pierwsze dwie odmiany odporne na wirusa żółtaczki rzepy – Anniston i Architect – zostały wpisane do Krajowego Rejestru, ich liczba systematycznie rośnie. Rok później do Krajowego Rejestru wprowadzono aż 10 tolerancyjnych odmian. W 2019 r. było ich już łącznie 19, a rok później 29. Aktualnie do wyboru mamy już 37 odmian z genem odporności na wirus żółtaczki rzepy. Ich uprawa to obecnie najskuteczniejsza metoda ograniczania porażenia roślin tym wirusem.

Uzyskanie odmiany o odporności na kilku sprawców chorób jest trudne, dlatego przeważnie są one odporne tylko na jeden patogen. Istnieją jednak wyjątki – niektóre odmiany poza tolerancją na żółtaczkę rzepy wykazują ją także w stosunku do suchej zgnilizny kapustnych (np. odmiany Akilah, LG Areti czy LG Aviron). Przykładem potrójnej tolerancji jest odmiana LG Anarion, tolerancyjna w stosunku do żółtaczki rzepy, specyficznych ras kiły kapusty i suchej zgnilizny kapustnych. W przypadku odmian odpornych na TuYV nie trzeba obawiać się gorszego plonowania. Jak wykazują doświadczenia porejestrowe, odmiany te nie plonują poniżej 100 proc. wzorca, a zwykle nawet wzorzec przewyższają (tab.).