- Sześć z dziesięciu kasz gryczanych znanych marek dostępnych w dużych sieciach handlowych w całej Polsce przeszło pozytywnie badanie laboratoryjne na obecność pozostałości glifosatu. Z czego w czterech produktach nie wykryto pozostałości tej substancji, a w kolejnych dwóch były obecne ilości glifosatu, mieszczące się w granicach Najwyższych Dopuszczalnych Prawem Poziomów tej substancji w produkcie – podano w badaniu.

Z kolei Polskie Stowarzyszenie Ochrony Roślin napisało w swoim oświadczeniu odnośnie raportu m.in.: Warto wiedzieć co to oznacza w praktyce. Po pierwsze, każde przekroczenie pozostałości pestycydów w żywności oznacza, że środek ochrony roślin został zastosowany w sposób nieprawidłowy, lub zastosowano nieodpowiednią dawkę lub nie zastosowano się do okresu karencji (okres jaki musi upłynąć od oprysku do zbioru). Po drugie, przekroczenie NDP nie jest jednoznaczne z niebezpieczeństwem dla zdrowia konsumentów.

My z kolei pytamy, gdzie w tej sytuacji nastąpił błąd w łańcuchu żywnościowym, czy może jest to kwestia kontroli żywności czy nieprawidłowego stosowania środków ochrony roślin i co z wiarygodnością wyników raportu, a także faktem, czy gryka pochodziła z naszych rodzimych pól?

Na to pytanie stara się odpowiedzieć Rafał Mładanowicz, prezes Krajowej Federacji Producentów Zbóż, czyli przedstawiciel samych rolników i tym samym producentów gryki. Ma on swoją teorię, dlaczego w sklepach znajduje się kasza gryczana z pozostałością substancji czynnej, którą jest glifosat?

- Polska słynie w Europie z gryki, uprawia się ją od dekad, znaczący udział gryki w obrocie ziarnem stanowi gryka ekologiczna - certyfikowana, jest to zboże, które z powodzeniem udaje się w uprawie na glebach słabych i bardzo słabych. Dlaczego więc badania wykazują glifosat, który jest zabroniony w gospodarstwie ekologicznym? Bo to nie nasza gryka, jest to import ze wschodu, w 2018 roku skierowałem pismo wskazujące na nadmierny import do Polski ziarna gryki przez Litwę do Polski, co także spowodowało załamanie się ceny gryki w Polsce, na Litwie można było kupić tonę gryki za 700 złoty – informuje Mładanowicz.

Jego zdaniem, nasza gryka natomiast wyjeżdża masowo na zachód, oczywiście wcześniej badana na pozostałości glifosatu.

- Moim zdaniem każda szanująca się sieć lub marka wprowadzająca kaszę gryczaną powinna poddać ją badaniu, koszt takiego badania to około 400 zł. Dzisiaj wychodzi na to, że znowu winny jest polski rolnik, a prawda jest taka, że winę ponosi pośrednik i sprzedawca produktu, jeżeli prawdą jest szkodliwość glifosatu to same sieci z automatu powinny zlecać takie badania – mówi.

I jak dodaje na koniec: to nie sieci powinny wycofywać kaszę tylko klienci rezygnować z sieci.