Okazuje się, że patrząc w skali kraju, stonki kukurydzianej w tym sezonie było mniej niż w roku 2019.

- Główną tego przyczyną był bardzo chłodny maj - wówczas larwy się wylęgały, a później problem z suszą. To ograniczyło populację larw, z których później rozwinęło się mniej chrząszczy na wielu polach prowadzonych w monokulturze – powiedział nam dr hab. Bereś.

Bo też nie wszędzie warunki pogodowe tak samo oddziaływały na szkodnika.

- Dużo też zależało od tego ile jaj szkodnika zalegało w glebie z roku 2019, stąd też dużym zaskoczeniem było choćby silne wyleganie roślin na niektórych polach na Podkarpaciu będących tylko w dwuletniej monokulturze – dodał.

Jak podkreślił naukowiec, obserwowany we wrześniu lokalny wzrost liczebności, ale i szkodliwości chrząszczy stonki kukurydzianej wynika w dużej mierze z migracji owadów w poszukiwaniu tych odmian kukurydzy, które dadzą szkodnikowi świeży pokarm.

- Są to głównie odmiany późne kukurydzy, ale w tym czasie obserwuje się również liczne przeloty chrząszczy na kwitnące chwasty - choćby nawłoć, mlecz polny, włośnice, szarłaty, komosy, jak również rośliny ogrodnicze - głównie dyniowate. To o tyle ma znaczenie, że obecnie dominują w odłowach samice, które można poznać po dużych odwłokach, ale i krótkich czułkach. A one żerują i cały czas składają jaja do gleby – podkreślił dr hab. Paweł Bereś, prof. IOR-PIB.

Jak zauważył, niestety niepokojące jest zjawisko obserwowane od dwóch lat, że nawet skoszenie kukurydzy nie powstrzymuje stonki, bo jej chrząszcze w tym czasie żerują na kwitnącej zwłaszcza nawłoci, gdzie spotyka się je nawet do połowy listopada.

- Przez cały ten czas pobierany z chwastów pyłek sprzyja procesom produkcji i składania jaj i oczywiści - żywotności gatunku. Dopiero pierwsze silne przymrozki powodują, że chrząszcze giną – pokreślił naukowiec.