• Niekontrolowany napływ ukraińskiego zboża spowodował olbrzymią zapaść na polskim rynku rolnym.
  • Rząd nie do końca wie, jak sobie ma poradzić z problemem. Zapewnia, że rolnicy otrzymają wsparcie, obiecuje kolejne dopłaty, jednak brakuje szczegółów.
  • Obiecane wsparcie, póki co opiera się jedynie o słowa ministra. Brakuje rozporządzeń, zgód Komisji Europejskiej, a coraz głośnie mówi się, że także pieniędzy.
  • Rolnicy są zdezorientowani, nie wiedzą, czy dostaną wsparcie i według jakich kryteriów. 
  • W wielu miejscach w kraju właściwie nie ma możliwości sprzedaży zboża. W innych trzeba zapisywać się w kolejki.
  • Ceny zbóż w skupach, które przyjmują produkty, lecą na łeb na szyję. 

Rynek zbóż. Pełne silosy i listy oczekujących. Co się dzieje?

Bałagan na polskim rynku zbożowym sięga zenitu. Wydaje się, że wszystko, co mogło się nie udać, właśnie to zrobiło. Ręczne sterowanie rynkiem doprowadziło do jego zapaści, a pomoc, która jest oferowana, skonstruowana jest w sposób, którego właściwie nikt jej nie rozumie. Tak naprawdę już chyba nikt nie jest w stanie precyzyjnie powiedzieć, jakie dopłaty mu się należą: czy są do tony, czy do hektara. No i w jakiej kwocie? Więcej – po wstrzymaniu przez Komisję Europejską decyzji o akceptacji ostatnio obiecanego wsparcia nie do końca wiadomo nawet, czy dopłaty będą w ogóle.

A dopłat mamy mnogość. Najpierw „Heńkowe”, potem do transportu, nawozów, paliwa i na końcu „Robertowe”. I to właśnie o nich wiadomo najmniej. Bo oprócz szumnych haseł, padających z mównic i akcji promocyjnej prowadzonej przez ministerstwo, szczegółów brak.

Dopłaty mają być. Na jakich zasadach? Nikt nie wie

Miało być łatwo – sprzedajesz zboże, bierzesz fakturę, wypełniasz wniosek i dostajesz wsparcie. Tylko co chwilę wypływają nowe problemy – zmiany terminów, kwot, rodzajów zbóż. Rolnicy dostają z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa sms-y, w których zachęcani są do sprzedaży swoich zapasów. Wszystko jest jednak na tyle niejasne i enigmatyczne, że tak naprawdę nikt nie wie, czy dostanie pomoc i w jakiej kwocie.

To jest jeden wielki bałagan – denerwuje się Tomasz Szwarc, rolnik z Podkarpacia. – Żeby sprzedać zboże musimy zapisywać się w kolejkę. Punkty skupu mają małe kontrakty, po kilkaset ton i tylko na tyle kupują. Zapisując się w kolejkę do sprzedaży, nie mamy ani gwarancji terminu, ani ceny. Już teraz mówi się o terminach odbiorów w lipcu, a nawet sierpniu. Oczywiście jest to termin, który wyklucza nas z możliwości uzyskania dopłat – dodaje rolnik.

W mediach społecznościowych rolnicy przesyłają sobie oferty z punktów skupu z całej Polski. powyższe zdjęcie dotyczy Lubelszczyzny, fot. Facebook
W mediach społecznościowych rolnicy przesyłają sobie oferty z punktów skupu z całej Polski. powyższe zdjęcie dotyczy Lubelszczyzny, fot. Facebook

Sytuacja na rynku rozkłada się bardzo nierówno. Są miejsca, w których nie ma problemu ze sprzedażą, ale są tez miejsca, gdzie jest ona właściwie niemożliwa. Często te punkty dzieli ledwie kilka, kilkanaście kilometrów.  

Sprzedać nie ma problemu. Problemem jest cena. Dzisiaj w moich stronach można sprzedać zboże za 880 zł brutto za najlepszą pszenicę. W miejscu, w którym sprzedaję jest codziennie obniżka ceny – a parametry muszą być bardzo dobre – wymagane jest 26% glutenu. Za taką pszenicę jest cena 860 zł netto. Jeśli ktoś przyjedzie i nie łapie tych 26% glutenu, to wraca z towarem do domu – mówi Janusz Szewara, rolnik z Lubelszczyzny. – Ale kilka kilometrów dalej, w Zamojskich Zakładach Zbożowych trzeba się już pisać na terminy. Z ARiMR rolnicy otrzymują informację, że dopłat do rzepaku nie będzie w ogóle. Nikt nie wie, jak będzie to wszystko wyglądało. Pieniądze za tonę w granicach 800 zł są grubo poniżej kosztów produkcji. Za co kupić nawozy? - zastanawia się.

Rolnicy rezygnują z nawożenia. Powodem jest brak płynności finansowej

Jak podkreśla rolnik, już w tym momencie na polach widać coraz więcej zbóż, pod które nie są dane nawozy.

Są żółte pola, po których widać, że nie dostały żadnego nawozu. Każdy liczy, że jeszcze coś tam w ziemi zostało, ale to się nawet na paszówkę nie będzie nadawało. Do czego to wszystko zmierza? - denerwuje się rolnik. - Komisarz Wojciechowski na każdym kroku podkreśla, że mamy dodatni wynik handlu z Ukrainą i to jest czyste zbieranie punktów wyborczych w mieście. Wszystko wskazuje, że znowu wyjdziemy na ulicę. Są skupy, które zatrzymują skup i mówią, że zaczną skupować dopiero jak zboże będzie po 600 zł. I to jest olbrzymi problem - mówi Szewara.

Problemy ze zbytem zboża. Gdzie okiem nie sięgnąć jest źle

Problem zbytu zboża dotyczy właściwie całego kraju. 

Na Pomorzu przed majówką firmy nie chciały kupować, bo nie chciały zagwarantować odbioru przed 15 czerwca. Pszenica jest nawet po 700 zł, konsumpcyjna jest poniżej 900 zł. Cała ta sytuacja jest sztucznie wykreowana, przecież zboże jest cały czas potrzebne, cały czas jest przetwarzane. To jest taka nagonka, żeby teraz sprzedawać - mówi Łukasz Buchajczyk, rolnik z Pomorza. - My już sami nie wierzymy w te dopłaty. Bo do tej pory nie ma rozporządzeń, nie poszło to do UE, nie wiadomo czy będzie zgoda na to co obiecał rząd. Wielka niewiadoma. Boimy się żniw. Nie wiemy co z tym zrobić. Mam jeszcze 100 ton pszenicy i 100 ton rzepaku. Logika i finanse gospodarstwa podpowiadają, żeby to teraz sprzedać, ale jest tyle niewiadomych, że zastanawiamy się co zrobić. Na giełdach zboża poszły w górę, ale w skupach tego nie widać. Z uporem trzymają niskie ceny. Co więcej ceny spadają z tygodnia na tydzień - dodaje.

Karuzela dopłatami. Bałagan na rynku zbóż. O co tu chodzi?

Rolnicy podkreślają, że system dopłat jest chybiony. Zbyt dużo w nim niewiadomych. Brakuje rozporządzeń, informacji. Wiedzy w temacie nie mają nawet doradcy Ośrodków Doradztwa Rolniczego. Gospodarze zostali zostawieni w tym bałaganie sami sobie. 

Nie jesteśmy w ogóle zadowoleni z systemu dopłat. W mniejszych gospodarstwach nie mamy prywatnych firm doradczych i bazujemy na ODR, ale tam też brakuje wiedzy. Nie potrafią nam nic doradzić. Ciężko jest znaleźć jakiekolwiek rozporządzenie, żeby znaleźć szczegóły tych dopłat - przekonuje Buchajczyk. -  Wszystko co wiemy to tylko ze slajdów wyświetlanych przez ministerstwo, bez żadnych szczegółów. W ten sposób mniejsze gospodarstwa np. już wypadły z ekoschematu zintegrowane rolnictwo, ponieważ nie wiedzieliśmy, że trzeba robić szkolenia, że trzeba mieć certyfikat i zgłosić uprawę na miesiąc przed. Dlaczego my, jako rolnicy nie mamy dostępu do tej wiedzy, a firmy doradcze, które robią na tym pieniądze mają taki dostęp? - zastanawia się rolnik. - Ciężko jest znaleźć jakiekolwiek informacje. Za rok lądujemy w nowej perspektywie i nic nie wiemy. Ministerstwo ogłosiło happy end, a tu nie ma ani końca, ani szczęścia. 

Destabilizacja rynku zboża na co najmniej dwa lata

Jasne jest, że problem, z którym mierzy się polskie rolnictwo będzie miał dalekosiężne skutki.

Rynek jest rozjechany na co najmniej dwa lata – mówi Stanisław Kopka, rolnik ze świętokrzyskiego. – Bardzo trudno jest sprzedać zboże w tym momencie, a jeśli już to w cenach urągających nawet nie opłacalności, ale naszej godności. Tworzą się systemy kolejkowe. Po ogłoszeniu dopłat i tak niskie już ceny zaczęły lecieć jeszcze bardziej w dół. Skupy argumentują, że przecież i tak nam rząd wyrówna. Tylko nie ma ani wyrównania, ani zysku ze sprzedaży - dodaje. 

W tym całym festiwalu niewiedzy dodatkowe zamieszanie wprowadziło zawieszenie przez Komisję Europejską decyzji o udzieleniu Polsce kolejnej transzy wsparcia. Wśród rolników zapanował niepokój. Czy dopłaty będą? Wielu z nich zaczyna wątpić. Bo chociaż od początku jasno mówią, że nie chcieli dopłat, ale uczciwego rynku, na którym będą mogli być uczciwie wynagradzani za swoją pracę, to jasne jest, że wiele gospodarstw bez wsparcia rządowego sobie nie poradzi. 

Jesteśmy bankrutami. Będziemy się wieszać – podsumowuje gorzko Emil Mieczaj, rolnik z Pomorza.