– Hodowla bydła mięsnego jest doskonałą alternatywą dla tych, którzy wycofują się z produkcji mleka czy zarzucają produkcję trzody chlewnej. Jesteśmy piątym producentem żywca wołowego w Europie oraz drugim, zaraz po Irlandii, eksportem. Mamy potężne możliwości, a nasza wołowina słynie z wysokiej jakości. Mamy więc potężny potencjał – mówił prezes zarządu Polskiego Związku Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego. – Jako prezesa zawiązku oraz hodowcę, najbardziej boli mnie fakt, że czasu prosperity dla tego sektora nie wykorzystuje się optymalnie. Powinniśmy wykorzystać ten czas prosperity na budowanie odporności naszego sektora. Widomo, że jeżeli jest górka, to po pewnej chwili przyjdzie dołek, a czas prosperity jest najlepszym momentem, żeby przygotować się na kryzys – podkreślił.

Jak zaznaczył Zarzecki, zgodnie z szacunkami, nakłady inwestycyjne wynoszące ok. 10 mln złotych rocznie pozwoliłyby wygenerować w ciągu 5 najbliższych lat zyski w granicach 700-800 mln złotych dla hodowców.

– Nie chcemy wiele. Nie oczekujemy zbyt wielu dotacji. Proponujemy łatwe, proste rozwiązania, tj. wymianę stada, ponieważ chcemy postawić na jakość i powtarzalność. Chcemy, żeby państwo w ramach WPR umożliwiło rolnikowi dofinansowanie do zakupu sztuki hodowlanej, czystorasowej, żeby poprawiać tę jakość. Nie chcemy zwiększać produkcji, tylko poprawiać jakość i powtarzalność, bo właśnie tym możemy obecnie konkurować na rynku. Minęły czasy, gdy polski rolnik konkurował ceną – tłumaczył prezes PZHiPBM.

Pytany o przewidywany czas nadejścia potencjalnego kryzysu, Zarzecki wskazał, że nie zostały przeprowadzone dokładne szacunki, jednak w jego opinii jest to kwestia dwóch lat.

– Moim zdaniem jest to kwestia dwóch lat, gdy nastąpi kryzys w sektorze, ponieważ naturalnie po górce przychodzi dołek, a jesteśmy na potężnej górce – mówił ekspert.

Poproszony o wskazanie najskuteczniejszych sposobów przygotowania do rzeczonego kryzysu wskazuje na analizę ekonomiki produkcji.  

– Musimy postawić na jakość, powtarzalność i przede wszystkim na ekonomikę produkcji. To są trzy najważniejsze kwestie. Musimy usiąść z kartką i długopisem i zacząć liczyć co się opłaca, a co nie. Jeżeli nie będziemy liczyli, to wiecznie będzie, że się nie opłaca, jak zawsze lubimy powtarzać – mówił Zarzecki. –  Opłaca się, tylko trzeba wiedzieć jak produkować, żeby to było opłacalne i skupić się na tym, że produkcja musi być przede wszystkim oparta o potencjał, który ma nasze gospodarstwo, a nie o zakupy z innych gospodarstw. Nie mam pojęcia jak może opłacać się np. utrzymanie w oborze 40 krów, dla których trzeba wszystko kupować, bo ma się 6 hektarów, a niektórzy tak gospodarują. Trzeba patrzeć na to z punktu widzenia biznesowego, ponieważ rolnictwo to taki sam biznes jak każdy inny, choć oczywiście wymaga więcej serca – dodał.