W praktyce w wielu gospodarstwach, które zechciałyby skorzystać z tego ekoschematu spełnienie warunku zwiększonej powierzchni zostałoby prawdopodobnie zrealizowane na drodze zmniejszonej obsady zwierząt, co jest łatwiejszym rozwiązaniem aniżeli rozbudowa obory. Pojawiają się z związku tym obawy, czy zmniejszona obsada krów, nie będzie zwiększać presji na dalszy wzrost wydajności. Pamiętamy z historii, że jednostronna selekcja w kierunku produkcji mleka przyniosła opłakane skutki dla zdrowotności i cech funkcjonalnych zwierząt.

- Najgorszą decyzją jest oparcie wszystkiego o jedną cechę, to jest droga do katastrofy. Nastawianie się tylko na wydajność mleka, to nie byłoby dobre rozwiązanie, bo zapomnimy wtedy o płodności, o długowieczności. Co gorsza, idąc tylko w stronę wydajności, można oczekiwać, że kaliber zwierząt też wzrośnie, czyli będziemy mieć większe krowy, a jak będziemy mieć większe krowy, to możemy mieć problem z tym, że będą one potrzebować więcej paszy na samo utrzymanie, a nie na produkcję, spadnie nam wtedy efektywność wykorzystania paszy, no i wówczas nie stajemy się tak naprawdę bardziej ekologiczni i zrównoważeni, wręcz przeciwnie. Oparcie więc wszystkiego o jedną cechę, to jest bardzo niebezpieczna droga – uważa dr Sebastian Mucha, dyrektor Centrum Genetycznego PFHBiPM.

Nasuwa się jednocześnie pytanie na ile w tej chwili wykorzystujemy potencjał genetyczny krów, czy tą w tym względzie jeszcze rezerwy.

- Zdecydowanie są rezerwy, wystarczy spojrzeć na wyniki naszych najlepszych hodowców. Obecnie Holstein International opublikowało ranking, w którym nasi polscy hodowcy są w czołówce. Jeśli popatrzymy na najlepsze stada na świecie, to jedno z naszych stad jest na czwartym miejscu, z wydajnością ponad 16 tys. kg mleka – dodał dyrektor Centrum Genetycznego.