Minister wziął udział w Konferencji Mleczarstwa Polskiego Euromlecz.

"Zasady spółdzielczości sa proste. Spółdzielnia jest prywatną własnością członków - spółdzielnia, która jest własnością rolników. Zatrudnia swoich menedżerów i dopóki dobrze prowadzą wspólny biznes to pozostają, a jeżeli sobie z tym nie radzą to odchodzą. Polską spółdzielczość, również mleczarską toczy rak, oderwanie zarządu od członków, zarządy traktujące chłopów jako śmiecie do dojenia krów" - mówił szef MRIRW.

Ardanowski zaznaczył, że w spółdzielniach, gdzie zabrakło umiejętności i wyobraźni, a była pewna bufonada i przekonanie, że wszystkie rozumy się pozjadało, to części tych spółdzielni już nie ma, a wiele ma poważne kłopoty finansowe. Jako przykład wskazał upadek mleczarni w Rypinie, w województwie kujawsko-pomorskim.

Minister podkreślił, że w strukturze spółdzielczości występują ograny reprezentujące właściciela, czyli rolnika - rady nadzorcze. "Do tej rady każdy marzy, żeby się dostać, bo będą przywileje, korzyści, jakaś tam dieta. A jest takie pytanie, czy idziesz pilnować tam interesów własnego gospodarstwa, czy rolników, którzy ci zaufali, a zaufali wierząc głęboko, że ich interesów będziesz tam pilnować, czy umiesz czytać dokumenty księgowe, czy umiesz patrzeć strategicznie na funkcjonowanie swojej spółdzielni" - mówił.

Zwrócił uwagę, że upadki spółdzielni często obywają się za wiedzą, zgodą lub przy bezradności i niewiedzą członków rad nadzorczych. "Członkowie rad nadzorczych ponoszą wyjątkową odpowiedzialność, służą członkom, a nie prezesom" - dodał.

Stwierdzenie ministra o raku toczącym spółdzielczość wywołały oburzenie części uczestników. Przez salę przeszedł pomruk niezadowolenia i wykrzykiwane słowa: nieprawda, bzdura.

"Części was się to nie spodobało. Nie jestem tutaj po to, żeby głaskać. Jeżeli ten sektor (mleczarstwo), jeden z ważniejszych w Polsce ma przetrwać, ma się rozwijać, bo jest potrzebny i nie będą jacyś tam ekoterroryści mówić, że trzeba w Polsce bydło likwidować, to ten sektor musi przejść wewnętrzną metamorfozę. Każda spółdzielnia musi się zastanowić czy jest w najwyższym tego słowa znaczeniu spółdzielnią, a nie atrapą spółdzielczą" - zaznaczył.

Ardanowski mówił, że niezadowolonym tylko się zdaje, że tak nie jest, a takie spotkania, jak w Ciechocinku, nie były tylko kurtuazją, ale miejscem pogłębionej refleksji na temat stanu spółdzielczości.