Afera z nielegalnym ubojem, susze, rozwój populacji dzikich drapieżników, epidemia – każdy z tych czynników miał swój wpływ na decyzję o likwidacji stada mamek rasy charolaise, o którym opowiada nam Dawid Bernatowicz, hodowca bydła mlecznego oraz mięsnego z woj. warmińsko-mazurskiego.

Jego stado bydła mięsnego liczy 20 mamek rasy charolaise. Gospodarstwo skupia się głównie na produkcji mleka, jednak 3 lata temu postanowiono spróbować z bydłem mięsnym.  

– U nas w okolicy były same stada limousine, ale jak dla mnie rasa ta jest zbyt dzika, więc szukałem czegoś innego. Do charolaise też na początku nie byłem przekonany, ale pojechałem pod Bydgoszcz, gdzie utrzymywane jest duże stado tej rasy, zobaczyłem jakie są łagodne i to mnie przekonało – tłumaczy swój wybór hodowca. – Niektórzy straszyli mnie, że rasa ta jest znana z cichych rui i problemów z porodami, ale z rujami problemów nie mamy, a cielność jest bardzo dobra, nie zdarzają się powtórki. Miałem obawy co do wycieleń, ale nie ma trudnych porodów, żadnych cesarek. Mamki same się wycielają i nie ma z nimi żadnych problemów – podkreśla.

Również ze sprzedażą odsadków nie ma problemów. Jak podkreśla Bernatowicz, chętnych na odsadki nie brakuje, więc co jakiś czas ktoś dzwoni z zapytaniem o możliwość zakupu.

Jednak, jak zaznacza hodowca, dość szybko okazało się, że interes ten nie jest dochodowy. Największą przeszkodą okazały się susze.

– Cena za odsadki jest dość dobra, ale ceny pasz z powodu suszy są zbyt wysokie w zakupie, a moja baza paszowa z powodu deficytu wody wystarcza jedynie na utrzymanie stada mlecznego. Do tego rasa charolaise wymaga dość intensywnego żywienia jak chce się w pełni wykorzystać jej zalety, a my lepsze pasze dajemy krowom mlecznym, do stada mięsnego idzie reszta. Gdybym miał wystarczającą bazę paszową na własnych gruntach opłacalność byłaby dużo lepsza i nie zastanawiałbym się nad sprzedażą stada, a tak to pieniądze ze sprzedaży odsadka ledwo pokrywają koszty utrzymania mamki przez cały rok, więc zysku z tego nie ma – stwierdza hodowca.

Nad likwidacją stada zastanawiał się już od pewnego czasu. Najpierw pojawił się problem z wilkami, przez które stracił kilka odsadków gotowych do sprzedaży, później przez aferę z nielegalnym ubojem i spadki cen za bydło, ludzie nie pewni rozwoju sytuacji wykazywali znacznie mniejsze zainteresowanie zakupem odsadków. Ten rok także nie rozpieszcza hodowców. Jak zaznacza Bernatowicz wpływ wirusa jest odczuwalny również w cenach odsadków, które spadły o około 2 zł na kilogramie.  

– Z tym oczywiście spada opłacalność, więc likwidacja jest nieunikniona.  U nas był to swego rodzaju eksperyment, z czasów przed notoryczną suszą. Może jeżeli ktoś byłby nastawiony głównie na stado mięsne to wyglądałoby to inaczej, ale my skupiamy się na mleku, więc dla nas jest to nieopłacalny interes, takie drogie hobby – stwierdza hodowca.