Wojna w Ukrainie trwa już 2,5 miesiąca. Przez cały ten czas ludności cywilnej niesiona jest pomoc, jednak wymagają jej również zwierzęta domowe oraz gospodarskie. Łukasz Sobiech, lekarz weterynarii, wraz z zespołem ochotników stara się zapewnić pomoc gospodarstwom w potrzebie.

W trakcie rozmowy z redakcją farmer.pl zespół przebywał w Przemyślu, gdzie przygotowywał się do wyjazdu do Mikołajowa.

– Pakujemy rzeczy, które są tam najbardziej potrzebne, zgodnie ze zgłoszonym zapotrzebowaniem. Przede wszystkim są to jedzenie, leki i jedzenie dla zwierząt. Nie kierujemy się szalonym odruchem serca na zasadzie zapakowania paru rzeczy i wyruszenia w drogę, tylko staramy się pomóc kompleksowo. Przygotowujemy to co jest potrzebne i staramy się zawozić zgodnie z zapotrzebowaniami, choć jest jednak coraz trudniejsze, ponieważ coraz bardziej brakuje nam leków dla ludzi oraz dla zwierząt, co okazuje się teraz kluczowe, ponieważ wiele regionów zaczyna się teraz otwierać i tak naprawdę nie wiemy co zobaczymy za dzień lub dwa i co będzie potrzebne – mówiła koordynatorka zespołu Magdalena Bodnarczuk.

Stres cieplny zjada Twoje zyski? Weź udział w bezpłatnym webinarze "Farmera"!

Jak wygląda sytuacja w gospodarstwach rolnych w Ukrainie?
Podczas próby skontaktowania zespołu wolontariuszy z ukraińskim hodowcą bydła mlecznego zmagającym się ze skutkami działań rosyjskich żołnierzy, o którym pisaliśmy niedawno na naszym portalu, Ukraińska Rada Rolna wskazała, że „historia Tkaczenki nie jest niestety niczym niezwykłym”, zaś jak zaznaczył Sobiech próby niesienia pomocy są utrudniane przez fakt, że sytuacji w gospodarstwie potrzebującym pomocy nie da się poprawić w ciągu kilku dni.

– Sytuacja wygląda tragicznie. Na przykład ferma z okolic Charkowa, wysokoprodukcyjna, o wartościach produkcyjnych na poziomie dobrych obór europejskich, została całkowicie zbombardowana. Z 600 sztuk zostało może 150. Nie były one dojone przez dwa miesiące. Nie były również zadbane od strony weterynaryjnej ani zootechnicznej. Wybrali się tam znajomi po fachu i starają się przywrócić zwierzęta do stanu fizjologicznego, do produkcji mleka. Krowy te nie były dojone przez ok. 2 miesiące, chodziły samopas, więc teraz trzeba popracować nad żywieniem, leczeniem i oczywiście rozrodem, ale to nie jest praca na dzień lub tydzień, tylko na miesiąc, żeby to zinwentaryzować i zobaczyć co można zrobić, a czego zrobić się nie da – tłumaczył Sobiech.

Zespół na razie niesie pomoc doraźną, jednak nawiązał już kontakt z ukraińską fundacją koordynującą pomoc fermom. „Chcemy iść w kierunku celowanej pomocy pod dane gospodarstwo”, jak poinformował Sobiech.

Jak dodała Bodnarczuk, wszystkie osoby zainteresowane pomocą mogą zgłosić się poprzez stronę Fundacji Historia Vita. Wolontariuszka wskazała, że obecnie rosnącym problemem jest brak paliwa i funduszy na nie.

Niesienie pomocy gospodarstwom na Ukrainie wiąże się pokonywaniem znacznych odległości, co poza niebezpieczeństwem związanym z działaniami wojennymi, wiąże się również z utrudnieniami wynikającymi ze zniszczonej infrastruktury.

 Jak stwierdził Wojciech Jakubas, kolejny członek zespołu, szacując czas przejazdu należy być bardzo ostrożnym.

– Przede wszystkim zaczęły się bardzo duże kłopoty z dostępnością paliwa. Na stacjach go po prostu nie ma. Od czasu zbombardowania rafinerii w Krzemieńczuku w całym kraju tworzą się ogromne kolejki w miejscach, gdzie w jakiś sposób paliwo zostało dowiezione. Musimy w nich czasem stać, choć zdarza się, że przepuszczają nas jako wolontariuszy. Zdarza się również tak, że wjeżdżamy na most i orientujemy się, że przed nami jest tylko rzeka. W całym kraju działają wciąż punkty kontrolne, na których czasami tworzą się duże kolejki – mówił Jakubas.