W ostatnim czasie dochodziły do nas wieści o kilku przypadkach dramatycznego zaniedbania zwierząt, które miały miejsce zarówno w naszym kraju, jak i u naszych zachodnich sąsiadów.

Gdzie była Inspekcja Weterynaryjna?

W takich sytuacjach zawsze pojawiają się zarzuty wobec instytucji nadzorujących produkcję zwierzęcą, czyli np. Inspekcji Weterynaryjnej. Nie można stwierdzić, że jej pracownicy nigdy nie popełniają błędów, jednak, jak wiadomo od dawna, jest to instytucja cierpiąca m.in. na znaczne niedobory kadrowe, co utrudnia bycie zawsze i wszędzie, gdzie trzeba.

Użytkownik jednego z portali społecznościowych stwierdził, że społeczeństwo o Inspekcji Weterynaryjnej przypomniana sobie jedynie przy aferach w gospodarstwach utrzymujących zwierzęta, w innych okresach nie pamiętając o niej oraz nie wiedząc czym się właściwie zajmuje. Użytkownik ten nie szczędził również ostrych słów w zakresie oczekiwań nakładanych na Inspekcję.  

„Inspekcja Weterynaryjna jak powszechnie wiadomo wszystkim internautom posiada na etacie wróżkę. Ta wróżka codziennie rano sprawdza, gdzie w powiecie źle się dzieje i mówi, że tam właśnie trzeba jechać na kontrole. Jak wiadomo na kilka tysięcy gospodarstw i zakładów jakie są pod nadzorem to ta szklana kula jest niezbędna” – napisał użytkownik o nicku Pracownik Inspekcji Weterynaryjnej. „W Piszu widocznie musieli mieć wakat na etacie czarnowidzącej, bo nie pojechali zawczasu do gospodarstwa. To nic, że ostatnio sprawdzili kilkanaście gospodarstw dodatkowo z powodu sprzedaży krów po wycieleniu niezdolnych do transportu. To nic, że skrupulatnie wysyłali wnioski o ukaranie i to nic, że ich tam mało i praktycznie na głowie stają. I tak będzie wina IW, dobrze, że nie Tuska. No ja rozumiem, że byłoby wielkie oburzenie jakby IW była na kontroli tam tydzień temu i nic nie zauważyła, albo nawet pół roku temu była i nie sprawdziła, że krowy są chude i racice mają przerośnięte i paszy brakuje. Ale przepraszam niech mi ktoś wytłumaczy? Jak IW ma sprawdzać kilka tysięcy gospodarstw rocznie mając na etacie dwóch pracowników w dziale zdrowia i ochrony zwierząt i wg planu kontroli do zrobienia 150 kontroli dobrostanu z analizy wytypowanej przez ARiMR? I to tylko dobrostanu, nie liczę innych” – dodał.

Oczywiście można stwierdzić, że nadzór jest obowiązkiem pracowników Inspekcji, jednak co z obowiązkiem społecznym? Czy nikt nie widział jak zaniedbywane były te zwierzęta? Czy nikt nie słyszał, że coś było nie tak? I co najważniejsze, czy zobaczywszy zaniedbanie od razu sięgnięto po telefon? Zanim zaczniemy zwalać winę na Inspekcję warto zastanowić czy osoby przebywające w okolicy, świadome problemu, uczyniły wszystko, aby pomóc służbom w wypełnianiu obowiązków.

Jak zwraca uwagę Pracownik Inspekcji Weterynaryjnej, Inspekcja nie posiada informacji o każdym naruszeniu dobrostanu zwierząt i w skutecznym działaniu mogą pomóc jej obywatele dokonujący zgłoszeń w sprawie zaniedbań i znęcania się nad zwierzętami.

„Żeby Inspekcja mogła zareagować ktoś musi wysłać jej zgłoszenie. Przykładowa treść to "Dzień dobry, nazywam się XYZ, pod adresem ABC znajdują się krowy w tragicznym stanie". I takich donosów dostajemy tysiące, i są one na bieżąco sprawdzane. Spora część jest zwyczajnie bzdurna, bo wynika z nich, że jakiś pies smutno wyglądał na swoim podwórku, ale i tak są na bieżąco weryfikowane” – zaznaczył użytkownik.

Usilne „ratowanie” zaniedbanych zwierząt

Jak wspomniano, kolejnym stałym elementem pojawiającym się przy zaniedbaniach zwierząt są próby ratowania ich przez organizacje prozwierzęce, które często swoim uporem czynią więcej szkody niż pożytku. Cóż, wiele jest prawdy w przysłowiu mówiącym, że nadgorliwość jest gorsza niż faszyzm. „Dobre” chęci nie zawsze mogą zastąpić wiedzę i doświadczenie niezbędne do podejmowania prawidłowych działań.

„Szkoda tylko, że leczenie tych zwierząt jest z góry skazane na porażkę, bo mają w płucach gnojowicę i rozwija się im właśnie zachłystowe zapalenie płuc. Jakby na miejscu w Piszu był empatyczny lekarz weterynarii to by je uśpił jako niezdolne do transportu a nie pozwolił szarpać ciągnikiem do jakiegoś nieprzystosowanego do przewozu samochodu. Nie zezwoliłby na transport powodujący zbędne cierpienie, bo te zwierzęta i tak się wycierpiały wystarczająco” – napisał Pracownik Inspekcji Weterynaryjnej. „I to zdjęcie to nie jest z Uwagi o znęcaniu się nad krowami po drodze do rzeźni, to jest właśnie sobotnie "ratowanie”. Podnoszenie chwytakiem za guzy biodrowe osłabionej krowy i ciągniecie jej za głowę do jakiegoś dostawczaka. Powinno oburzać tak samo jak warunki, które miały zapewnione w gospodarstwie? A może powinno oburzać bardziej, bo robi to organizacja ochrony zwierząt? Ta sama, która już raz krowy po „ratowaniu” wysłała do uboju” – dodał.

Podobną opinią podzielił się Jacek Zarzecki, prezes Polskiego Związku Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego.

„Ratowanie zwierząt nie może być prowadzone z pogwałceniem prawa. Zwierzęta nienadające się do transportu powinny zostać uśpione a nie wiezione setki kilometrów transportem nieprzystosowanym dla bydła wbrew opinii IW. Z 44 w ciągu 24 godzin padło 6 a jedno zniknęło. Skandal” – napisał Zarzecki na jednym z portali społecznościowych.

Choć oczywiście sprawa oceny czy lepszym rozwiązaniem jest ukrócenie cierpienia, czy też próby ratowania za wszelką cenę, jest kwestią bardzo sporną, to można odnieść wrażenie, że ratowanie niektórych zwierząt na siłę dokłada im tylko niepotrzebnego bólu.