Wygląda na to, że światowa pandemia koronawirusa zagroziła nie tylko pozycji polskiego drobiarstwa na globalnych rynkach, ale przede wszystkim istnieniu setek polskich gospodarstw. Ich właściciele za swoją katastrofalną sytuację obwiniają jednak nie tylko Covid-19.

- Cena skupu spadła do 2,50 zł/kg, a więc do poziomu sprzed ponad 30 lat, podczas gdy stawka pokrywająca koszty produkcji to minimum 3,20 zł – mówi Agata Głuszcz, właścicielka rodzinnej fermy w powiecie tomaszowskim, w woj. łódzkim.-Na każdym rzucie tracimy kilkadziesiąt tysięcy złotych, bo dopłacamy 70 gr do każdego kilograma. W dodatku jest coraz większy problem ze zbytem, bo ubojnie nie chcą skupować. Cała branża znalazła się w katastrofalnej sytuacji, bo tony jaj i piskląt trafiają już teraz co dnia do utylizacji.

- Za chwilę fala bankructw pochłonie setki rodzinnych gospodarstw drobiarskich, tymczasem na półkach marketów mięso drobiowe osiąga niebotyczne ceny – uważa nasza rozmówczyni. - Nie zarabiają jednak na tym polscy producenci drobiu, a spekulanci. Eksport polskiego drobiu padł, a rynek zalewają kurczaki z zagranicy. My nie mamy komu sprzedawać, a tymczasem co dnia zjeżdża do Polski tysiące tirów z ukraińskimi kurczakami. Rząd martwi się niby o rolników, opracowuje tarczę antykryzysową, ale o naszej branży zupełnie zapomniał.