Jak każde wielkie odkrycie, inżynieria genetyczna wywołuje naturalny społeczny odruch obawy przed czymś nowym. Podobnie było z innymi wynalazkami zmieniającymi świat, takimi jak kolej, samochód, energia jądrowa czy ostatnio Internet.

Rządowy problem

Tymi i podobnymi obawami można by się nie przejmować. Jest to bowiem naturalny proces oswajania się z nowością, która jak każda inna ma swój czas społecznej adaptacji. Wątpliwości te jednak doprowadziły wręcz do wojny między zwolennikami i przeciwnikami GMO, w której uczestniczą media. Przedstawiają one głównie stanowisko przeciwników GMO, nadając mu wyjątkowy priorytet, chociaż w Polsce większość społeczeństwa nie miało pojęcia, że od wielu lat spożywa produkty zawierające GMO. Wygłaszane skrajne poglądy zaprzeczają zasadom uczciwej polemiki i jeszcze bardziej dezorientują i tak dotychczas słabo poinformowanych ludzi.

W atmosferze wywołanej ekscytacją niebezpieczeństwami czyhającymi na konsumentów ze strony GMO trzeba będzie rządowi i parlamentowi rozstrzygać dylemat: poprawiać czy nie poprawiać popsute w 2006 r. prawo o paszach oraz hodowli roślin i nasiennictwie, które wprowadziły zakaz stosowania GMO w Polsce.

Nie jest godny uwagi porządek prawny Unii, która po rygorystycznych procedurach zaakceptowała GMO. Nie są też pożywką intelektualną wiarygodne orzeczenia urzędowych instytucji światowych, polskich i Unii Europejskiej (Instytutu Żywności i Żywienia oraz Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Zdrowotnego, europejskich laboratoriów referencyjnych), odpowiedzialnych za dopuszczenie na rynek zbadanych, w pełni bezpiecznych surowców i produktów rolno-spożywczych, w tym genetycznie zmodyfikowanych roślin. Najważniejsze, gdy news przykuwa uwagę i wywołuje panikę. Czas, kiedy hodowcy roślin w postępie genetycznym stosowali dziewiętnastowieczne metody doboru osobników do krzyżowania i selekcji, mija bezpowrotnie. GMO nie jest niczym nowym, nowoczesne są tylko metody uzyskiwania roślin lepszych i mniejszym kosztem. Przez tysiące lat rozwoju cywilizacji człowiek na tyle zmienił przyrodę, że dziś żadna z uprawianych roślin nie występuje w naturalnym środowisku.

Coraz więcej GMO

Dynamiczny postęp w bioinżynierii dał światu odmiany roślin ulepszonych, o większym potencjale plonotwórczym, ekonomicznie efektywniejszych dla rolników i tańszych dla konsumentów, z czego bierze się na świecie ich rozwój. Rośliny transgeniczne uprawia się obecnie na ponad 114 mln ha, z czego w Europie ponad 100 tys ha. Setki milionów ludzi spożywa ich produkty od ponad 10 lat, bez jednego w skali populacyjnej przypadku ujemnego wpływu na zdrowie.

Polska, jeśli chce być szokująco oryginalna, zakazując obecności GMO w rolnictwie i na rynku żywnościowym, będzie musiała zamknąć granice dla jednolitej przestrzeni gospodarczej UE, gdzie jest swobodny przepływ towarów. Będzie musiała wycofać się z obecności na zagranicznych rynkach, zlikwidować u siebie międzynarodową konkurencję, naukę i postęp innowacyjny.

Jeśli natomiast istnieje w nas instynkt samozachowawczy, to zmusi on do odrzucenia skrajności, do spokojnej merytorycznej analizy, oceny za i przeciw GMO. Nawet najbardziej zagorzali przeciwnicy GMO dostrzegają, że inną kwestią jest uwalnianie do środowiska organizmów transgenicznych, a zgoła inną prowadzenie badań i stosowanie komponentów paszowych, np. soi genetycznie zmodyfikowanej. Nie ma poza Polską w Europie kraju, który zapowiedziałby wyłączenie mocą ustawy z łańcucha paszowego tego, bezwzględnie koniecznego, komponentu białkowego. Czasu na zmiany jest mało, abyśmy zdążyli przestać odgrywać hamulcowych w biotechnologicznym postępie Europy.

Siedem argumentów

A oto kilka refleksji w związku z tak żarliwie dyskutowaną kwestią obecności lub nie w naszej gospodarce produktów bioinżynierii.

Po pierwsze: od dziesięciu lat w organizmach zwierząt żywionych paszami z udziałem soi GMO nie stwierdzono śladów obecności białka zmodyfikowanego. Co więcej, wszystkie badania krajowe, europejskie i światowe nie znalazły śladów materiałów transgenicznych w mięsie, mleku czy jajach pochodzących od zwierząt karmionych paszami ze śrutą sojową GMO. Jest więc świadomą manipulacją twierdzenie, że spożywamy żywność GMO. Prawdą okazuje się natomiast, że żywność także w Polsce jest powszechnie produkowana przy wykorzystaniu pasz GMO. Nie znaczy to, że zbędne są dalsze ustawiczne badania i monitoring. Wręcz przeciwnie, zgodnie z zasadą przezorności i należytej ostrożności konieczne stają się dalsze badania nad organizmami GMO i kontrola procesów produkcyjnych.

Po drugie: konieczne jest podjęcie prac nad krajową strategią rozwoju rodzimej produkcji białka paszowego. Są tu na ogół dobrze rozpoznane ograniczenia, ale i pewne możliwości. Dotyczą w niewielkim stopniu roślin motylkowych grubonasiennych (groch, bobik, łubin słodki), których łączna powierzchnia uprawy w strukturze gruntów ornych wynosi zaledwie 0,8 proc. Kultury te, chociaż od wieków uprawiane, są pomimo postępu genetycznego nadal zawodne i nisko plonujące. Ponadto nie są one w pełni przydatne w żywieniu zwierząt ze względu na wysoką zawartość włókna i składników antyżywieniowych (tanina). Z tych przyczyn produkcja ich systematycznie malała i jeżeli teraz będzie większa, to nadal trwale marginalna.

Jest jednak także rzepak z lepszą perspektywą wykorzystania w łańcuchu paszowym w chowie świń. Obecnie uprawiany jest na powierzchni 700 tys. ha. Śruta rzepakowa nie powinna być spalana, lecz jako komponent białkowy, wprawdzie o ograniczonej przydatności żywieniowej, wykorzystana w paszach.

Przy ograniczonych możliwościach produkcji białka roślinnego, poważnego rozważenia wymaga podjęcie starań, na przykład o trwałe kontrakty na import soi z Ukrainy i krajowej produkcji syntetycznych aminokwasów egzogennych. Wymaga to jednak wielkich nakładów inwestycyjnych i czasu, którego producenci trzody chlewnej, drobiu i bydła po prostu nie mają.

Po trzecie: potrzebny jest zasadniczy wzrost nakładów na badania, wdrożenia i innowacje w rolnictwie, a zwłaszcza w biotechnologii. Bez niezbędnych nakładów, których nauce od wielu lat brakuje, nie będzie w Polsce postępu technologicznego opartego o rodzime badania. Na naukę i innowacje przeznacza się w budżecie państwa zaledwie 0,6 proc. PKB (w Szwecji ponad 4 proc., a w całej Wspólnocie – 3 proc.), na domiar tego rolnictwo jest tu dyskryminowane. Wstrzymanie od 2006 r. badań nad GMO wykluczy uzyskiwanie chociażby wiedzy i efektów empirycznych.

Po czwarte: trzeba jak najszybciej przywrócić w żywieniu zwierząt monogastrycznych białko zwierzęce niskiego ryzyka zawarte w mieszankach mięsno-kostnych. Jest to pełnowartościowe białko, a ponadto krajowe i tanie. Póki co obowiązuje w UE zakaz używania ich do pasz. Polska unikalna ustawa o odpadach stała się o wiele bardziej restrykcyjna niż prawo UE. Zaklasyfikowała ona tę biomasę do kategorii najbardziej toksycznych odpadów, nie dopuszczoną nawet jako medium grzewcze, chociaż wyniki badań Instytutu Budownictwa, Mechanizacji i Elektryfikacji Rolnictwa stwierdziły korzystniejszy ekologicznie skład gazów spalinowych z tych materiałów niż z węgla.

Po piąte: w Polsce od wielu lat głęboki niedobór białka pokrywany jest głównie importem śruty sojowej GMO. Na światowych rynkach ok. 90 proc. soi to odmiany transgeniczne (300 mln t, a soja nie GMO tylko niewiele ponad 5 mln t). Polska importuje wyłącznie śrutę sojową GMO, rocznie 2 mln t. Dzięki tak dużemu wzrostowi importu śruty sojowej możliwy był w ciągu ostatnich 8 lat 6-krotny wzrost produkcji drobiu do ponad 1,2 mln t, a poziom spożycia drobiu wzrósł do 24 kg na mieszkańca. Chów świń, których mięso stanowi główny składnik diety w Polsce (ponad 42 kg na mieszkańca), opiera się w towarowych gospodarstwach na paszach wzbogacanych premiksami, w których głównym składnikiem jest śruta sojowa genetycznie zmodyfikowana.

Nietrudno przewidzieć katastrofalne konsekwencje dla rolników i przetwórców pozbawionych tego źródła białka. Dlatego w sondażach ponad 70 proc. rolników domaga się przywrócenia prawa do produkcji i stosowania komponentów białkowych transgenicznych przez nowelizację ustawy o paszach. O tym jednak popularne media nie mówią.

Wyniki sondy przeprowadzonej przez dziennik „Rzeczpospolita” na temat opinii konsumentów w sprawie żywności z udziałem materiałów GMO pokazały, że 60 proc. nastawiona jest sceptycznie. Dodajmy jednak że wiedza biologiczna na ogół nie jest silną stroną opinii publicznej, a cena to główne kryterium wyboru produktów żywnościowych, co każda uczciwa sonda potwierdzi. Dlatego wyniki tej sondy mogłyby się odwrócić, gdyby konsumenci uświadomili sobie, że wycofanie z żywienia zwierząt soi GMO spowoduje kilkunastoprocentowy wzrost cen mięsa.

Po szóste: bardziej skomplikowana okazuje się kwestia wspomnianego uwalniania do środowiska roślin GMO, czyli uprawy ich na otwartych przestrzeniach. Jest prawdą, że w kilku krajach UE podejmowane są działania zmierzające do ograniczania skali dopuszczania tych roślin do uprawy (np. Austria), gdy inne szybko zwiększają powierzchnię uprawy roślin transgenicznych, głównie kukurydzy GMO (Hiszpania ponad 75 tys. ha, Francja ponad 22 tys. ha, a Czechy, Portugalia czy Niemcy zwiększyły kilkakrotnie powierzchnię uprawy tych roślin w trzech ostatnich latach). W UE sytuacja jest dynamiczna, ogólnie jednak ogólna skala produkcji roślin GMO szybko wzrasta. Zwiększa się także import ulepszonej genetycznie soi do ponad 34 mln t w 2007 r. Jest ona bowiem najtańszym źródłem pełnowartościowego białka.

Zachowując więc zasadę przezorności, wykorzystując wszelkie przyjęte w UE rygorystyczne warunki dopuszczenia roślin transgenicznych na obszarach regionów, zwłaszcza tam, gdzie struktura agrarna pozwala na zachowanie izolacji, należy – analogicznie jak to uczyniono w innych krajach UE – umożliwić polskim rolnikom swobodny obrót nasionami i ziarnem zarejestrowanych w UE odmian kukurydzy GMO.

Po siódme: niech Polska nie będzie, jak dotychczas, częstym podsądnym Międzynarodowego Trybunału w Strasburgu. Grożą nam bowiem nowe procesy i wysokie kary finansowe, jakie Komisja Europejska zapowiada za łamanie przez nasz kraj rozporządzeń Parlamentu i Rady Europy w sprawie zakazu obecności w produkcji i na rynku organizmów GMO (nawet do 360 mln euro dziennie). Także więc i z tego względu trzeba pilnie poprawić nasze prawo.

Autor był w latach 1985–1988 ministrem rolnictwa i rozwoju wsi.

Źródło: "Farmer" 09/2008