Kilkadziesiąt lat temu niewielu zastanawiało się nad etyczną stroną produkcji zwierzęcej. Jeszcze w latach powojennych w Europie żywa była pamięć o falach głodu przetaczających się przez Stary Kontynent. W hierarchii potrzeb konsumentów na pierwszym (i często jedynym) miejscu znajdowało się wówczas tylko to, by jedzenia było dużo. Już kolejne pokolenia zaczęły jednak zwracać uwagę na inne aspekty produkcji i jakości żywności. Najpierw zaczęto dostrzegać wpływ, jaki pożywienie wywiera na nasz organizm, później zaś na los zwierząt, z których produkowane jest mięso.

Dziś nie brakuje osób i środowisk, które zarzucają producentom świń świadome i celowe zadawanie zwierzętom cierpienia. Ten obraz rzeczywistości jest oczywiście mocno wypaczony. Często na bazie pojedynczych, patologicznych przypadków kreowany jest „krwawy” wizerunek całego sektora. Producenci przedstawiani są w nim jako bestie, których jedynym celem jest zadawanie zwierzętom cierpienia. Jest to oczywiście wizerunek fałszywy: w interesie producentów leży bowiem to, by zwierzęta w czasie swojego krótkiego życia przebywały w możliwie jak najlepszych warunkach, a wspomniane wyżej osądy wynikają albo ze złej woli, albo z kompletnego niezrozumienia technologii produkcji, jak i braku elementarnej wiedzy przyrodniczej.

Z drugiej jednak strony należy uczciwie przyznać, że niektóre elementy łańcucha produkcji trzody chlewnej stwarzają zwierzętom często niepotrzebne cierpienie i stres. Nie tylko budzi to wątpliwości natury etycznej, ale może również odbijać się niekorzystnie na zdrowiu i kondycji stada.

Musimy zatem poszukiwać kompromisu pomiędzy utrzymaniem technologii zapewniającej zachowanie oczekiwanych parametrów produkcji a poziomem dobrostanu zwierząt. W niektórych aspektach konsensus ten osiągnąć jest stosunkowo łatwo. Jak będzie można przeczytać na kolejnych stronach, z powodzeniem da się dziś zrezygnować z tak kontrowersyjnego zabiegu, jakim jest przycinanie kiełków u prosiąt. Inne, takie jak kastracja chirurgiczna, można wykluczyć, wymaga to jednak pewnych nakładów pracy i środków finansowych. Są jednak i takie elementy produkcji, których wykluczenie przyniosłoby więcej zagrożeń niż korzyści – także dla dobrostanu zwierząt.

Musimy pamiętać również, że wszystkie zmiany przepisów dotyczących dobrostanu zwierząt muszą być dobrze przemyślane. Dobrym przykładem jest wprowadzony blisko siedem lat temu obowiązek grupowego utrzymywania loch powyżej 30. dnia ciąży. W czasie naszych licznych kontaktów z rolnikami nie spotkaliśmy producenta, który wymóg ten oceniałby pozytywnie. Wielokrotnie słyszymy głosy mówiące o tym, że takie postępowanie powoduje walki między lochami, będące nie tylko przyczyną cierpienia, ale również poronień czy wreszcie konieczności brakowania zwierząt ze stada. Paradoksalnie chcąc wpłynąć na poprawę dobrostanu, doprowadziliśmy w ten sposób do pogorszenia go.

Na powyższym przykładzie widać zatem, że zmiany w podejściu do dobrostanu nie mogą wynikać z nacisków rozmaitych organizacji prozwierzęcych (których przedstawiciele mają często nikłe pojęcie o produkcji zwierzęcej), ale z fachowej wiedzy i doświadczenia ekspertów.