31 marca premier Mateusz Morawiecki ogłosił wprowadzenie kolejnych zaostrzeń w związku z pandemią koronawirusa. 

W branży mięsnej największe kontrowersje wzbudził zapis o tym, że od 2 kwietnia stanowiska pracy poszczególnych osób muszą być oddalone od siebie o co najmniej 1,5 metra.

W ocenie Piotra Kulikowskiego będzie to największym wyzwaniem dla drobiarstwa:

- W rzeźniach i zakładach przetwórczych odległość pracowników jest zdeterminowana konstrukcją maszyn i ciągów technologicznych. Literalne potraktowanie tego parametru spowoduje konieczność spowolnienia głównych ciągów produkcyjnych o połowę, a w przypadku niektórych gniazd produkcyjnych wręcz ich wyłączenie - mówi.

Prezes Indykpolu wskazuje, że z uwagi na fakt, że większość rzeźni pracuje na dwie zmiany, po czym odbywa się mycie zakładu, nie uda się w pozostałej części dnia zrealizować produkcji.

- Będzie się to wiązało z brakiem możliwości odbioru żywca z ferm, czyli doprowadzeniem rolników do bankructw, zwolnieniami grupowymi w całym segmencie mięsnym oraz brakami mięsa na rynku - ocenia.

Kulikowski zaznacza, że istnieje możliwość odpowiedniego zadbania o bezpieczeństwo pracowników nawet w przypadku mniejszych odległości.

- Dlatego wspólnie z administracja państwową musimy uzgodnić realne rozwiązania umożliwiające prowadzenie działalności przez całą branżę mięsną. Takie rozwiązania funkcjonują już w innych krajach. Musimy zapewnić ludziom żywność  - podsumowuje.