Jak co roku w okolicach połowy kwietnia na mediach społecznościowych zaczęło wrzeć niczym (nomen omen) w ulu. Otóż już wtedy pojawiły się pierwsze głosy pszczelarzy, piętnujące rolników wykonujących zabiegi ochrony roślin w godzinach oblotu pszczół. Komentarze miały różny poziom, część użytkowników pytała jedynie, czy wykonanie zabiegu o tej porze dnia może szkodzić owadom. Nie brakowało jednak przykładów sytuacji nasyłania Policji, czy pracowników Inspekcji Ochrony Roślin na rolników. Absolutnym kuriozum był natomiast następujący komentarz dotyczący oprysku w łanie pszenicy „już czuję ten smród glifosatu”.

W pierwszej chwili taki komentarz budzi co najwyżej uśmiech politowania, jednak przy głębszym zastanowieniu nasuwa się refleksja, że podstawą odwiecznego konfliktu na linii rolnik-pszczelarz jest po prostu niewiedza. Pszczelarze nie mają świadomości, że nie każdy oprysk jest szkodliwy dla zapylaczy. Nie wiedzą również tego, że istnieje cała grupa preparatów, których instrukcja stosowania zaleca wręcz wykonanie zabiegu w okresie dużego nasłonecznienia. Czy z automatu oznacza to że zaszkodzimy pszczołom? Oczywiście nie.

W komentarzach pszczelarzy razi najbardziej jednostronne postrzeganie rzeczywistości, obarczają oni zabiegi ochrony roślin za wszystkie swoje niepowodzenia. Tymczasem pamiętajmy, że główne przyczyny upadków rodzin pszczelich to warroza i głód, czyli czynniki bezpośrednio wynikające z zaniedbań pszczelarza.

Oczywiście jako rolnik – pszczelarz nie mogę być w tym konflikcie jednostronny. Faktycznie nie brakuje rolników, którzy albo z braku wiedzy, albo szacunku dla pszczół i pszczelarzy świadomie dokonują oprysków insektycydowych w godzinach oblotu owadów na plantacjach kwitnących roślin. Postawy takiej nie da się w żadnym wypadku usprawiedliwić, i należy ją absolutnie piętnować. Na szczęście wydaje mi się, że z roku na rok takich przypadków jest coraz mniej. Trudno wyrokować, czy w wyniku wzrostu empatii i świadomości rolników czy po prostu w obawie przed dotkliwymi karami finansowymi grożącymi w wypadku udowodnienia spowodowania zatrucia. Motywacje nie mają jednak większego znaczenia, ważne aby przypadki zatruć pszczół wyeliminować do zera.

Nie wszyscy zwracają również uwagę na ryzyko jakie niesie wykonywanie zabiegów ochrony roślin przez działkowiczów – amatorów. O ile rolnicy mają (a przynajmniej powinni mieć) ukończone szkolenie chemizacyjne, to opryski w amatorskich ogródkach wykonywać może każdy, nawet osoba nie posiadająca śladowej wiedzy na temat ochrony roślin. Może zatem oprócz piętnowania negatywnych postaw rolników warto również zwrócić uwagę na powyższe zagrożenie?

Nie będę prawił banałów, jakoby pszczelarz nie poradził sobie bez rolnika, a rolnik bez pszczelarza. Teoria ta jest mocno naiwna, jednak pewne jest  to, że więcej zyskamy na współpracy niż na konfliktach. Zatem szanujmy się nawzajem, a w razie wątpliwości starajmy się rozmawiać. Sam brak wiedzy  i świadomości nie jest grzechem, jednak uporczywe trwanie w ciemnocie, czy egoizm – już tak. Niezależnie od tego czy jesteśmy rolnikami, czy pszczelarzami, jeżeli spróbujemy spojrzeć na świat z perspektywy drugiej strony, znikną zarówno przypadki wytrucia pszczół, jak i nasyłania policji na Bogu ducha winnych rolników.