Choć do pierwszego kwietnia zostało niemal dokładnie pół roku, ostatnia informacja portalu Interia sprawiła, że z uwagą zacząłem wertować kalendarz, w obawie, że z niewiadomych przyczyn umknęło mi sześć miesięcy życia. Jak bowiem zinterpretować ostatni pomysł organizacji prozwierzęcej PETA?

Pozwolę sobie zacytować kilka fragmentów tegoż artykułu. Nie są to oczywiście słowa redaktorów Interii (całe szczęście!), tylko cytaty z mediów zachodnich przytoczone przez portal:

„Niemiecki oddział PETA wskazał na badania, przeprowadzone w zeszłym roku przez czasopismo naukowe "Plos One", które wykazały, że mężczyźni powodują o 41 proc. więcej zanieczyszczeń niż kobiety, ponieważ jedzą więcej mięsa".

„ Zgodnie z zimną logiką radykalnych obrońców praw zwierząt każdy, kto zamawia kiełbaskę na stadionie, lubi grillować stek latem lub nie chce się obejść bez sznycla, nie jest już godny reprodukcji". 

„PETA nawołuje również do "wysokiego 41-procentowego podatku od mięsa dla mężczyzn". 

"Kobiety muszą "zainicjować strajk seksualny, aby uratować świat".

Celem ma być - a jakże inaczej - ocalenie planety przed zmianami klimatu, do których przyczynia się rolnictwo.

- "Teraz istnieją naukowe dowody na to, że toksyczna męskość szkodzi klimatowi”.

Był już toksyczny węgiel, toksyczne krowy, przyszła pora na toksyczną męskość.

Absurdalne? Tak. Śmieszne? Ani trochę.

 Syndrom gotowanej żaby 

Być może powiecie Państwo że niepotrzebnie rozdmuchuje temat, który w najlepszym razie trafić powinien do kiepskiego kabaretu. To jednak nieprawda. Nie  dajmy się zwieść absurdalności opisanego pomysłu. Pamiętajmy, że opinie aktywistów, które dziesięć lat temu sugerowały zaawansowaną chorobę psychiczną, dziś funkcjonują powszechnie w świadomości konsumentów. Ileż to razy słyszałem od wykształconych (przynajmniej teoretycznie) osób o konieczności depopulacji planety, czy strzelania do myśliwych? Zdecydowanie zbyt wiele razy.

 I tak krok po kroku społeczeństwo ogłupiane jest głosami fałszywych proroków.

Co gorsza przekaz ten trafia przede wszystkim do ludzi młodych – starsi konsumenci mają już ukształtowane postrzeganie świata i nie jest tak łatwo zmienić je z dnia na dzień. Tymczasem dzieci, czy konsumenci wchodzący dopiero w dorosłość nie mają jeszcze ukształtowanego światopoglądu przez co można nimi praktycznie w dowolny sposób manipulować. A młodzi wkrótce dorosną, i przekażą tenże światopogląd kolejnym pokoleniom.

Po cichu liczę, że powyżej opisane pomysły nie są przez organizację traktowane serio, a jest to raczej próba wybadania gruntu, rodzaj eksperymentu socjotechnicznego który ma dać odpowiedź na to, jak daleko można się posunąć. Bo jeżeli jest to "na poważnie" świadczy to o fatalnej kondycji dzisiejszego społeczeństwa.

Branża przespała zagrożenie

Osobiście uważam, że na dzień dzisiejszy walka atakami środowisk prozwierzęcych jest przegrana, i jedyne co branża może robić, to próbować minimalizować straty.

Przespaliśmy moment, w którym należało podjąć walką o prawdziwy obraz produkcji zwierzęcej. Przez lata wychodziliśmy z założenia, że z aktywistami nie warto się kłócić, gdyż ich postrzeganie świata jest na tyle absurdalne, że przeciętny zjadacz chleba i szyneczki potraktuje je z przymrużeniem oka.

Jednak w warunkach silnej presji wszelkiej maści aktywistów potrzebna jest przede wszystkim szeroko zakrojona kampania pokazująca rzeczywisty obraz produkcji zwierzęcej, walorów zdrowotnych żywności pochodzenia zwierzęcego czy negatywnych dla zdrowia konsekwencji diety wegańskiej. Czy Ministerstwo Rolnictwa, czy związki zrzeszające producentów nie są w stanie wysupłać kwoty potrzebnej do przeprowadzenie tejże kampanii? Wiem że są to niemałe pieniądze, warto jednak przyrównać je do strat jakie w perspektywie lat poniesie budżet państwa w efekcie działań aktywistów. Jeżeli nie ma takich środków, to na całej produkcji zwierzęcej możemy już dziś postawić przysłowiowy krzyżyk. Aktywiści bowiem nie odpuszczą.

Praca u podstaw

Kampanie informacyjne na temat żywności pochodzenia zwierzęcego nie mogą być prowadzone wyłącznie w mediach branżowych! Czytelnicy „Farmera” doskonale wiedzą gdzie leży prawda i jak wyglądają realia. Media rolnicze nie mają natomiast praktycznie żadnego dotarcia do przeciętnego „Kowalskiego”, który bombardowany jest bzdurami głoszonymi przez różnej maści aktywistów.

Z drugiej strony trzeba uczciwie przyznać że w większości przypadków media opiniotwórcze zapraszają do studia ludzi o jasno sprecyzowanym światopoglądzie (oczywiście „proekologicznym”), a narracja danego materiału jest już z góry ustalona. Często nie ma w nich natomiast miejsca dla ekspertów związanych z rolnictwem, czy przetwórstwem żywności, technologów żywności, a zapraszani specjaliści od żywienia mają z reguły światopogląd dopasowany do narracji danego medium. Zatem nie ma chyba co czekać na cuda, tylko zacząć po prostu pracę u podstaw, czyli edukację młodego pokolenia. Przede wszystkim dzieci, bo młodzi dorośli wydają się już pokoleniem straconym. 

Na koniec jeszcze kilka retorycznych pytań: czy stygmatyzowanie mężczyzn chcących jeść mięso jest przejawem tak szeroko głoszonej przez pewne środowiska tolerancji i równouprawnienia? A może przejawem tym jest zakaz prokreacji? Co będzie dalej? Kastracja za plasterek kiełbasy? A może kara śmierci za szklankę mleka? Jeżeli tak, to ja wysiadam.

Ale nawiasem mówiąc są też dobre strony opisanego tematu. Z powodzeniem mogę się wyzbyć wszelkich kompleksów. Wszak nic tak nie podkreśla męskości jak dobry schabowy zakąszony pętem podwawelskiej. A że jestem ojcem dwóch cudownych córek, zakaz prokreacji jakoś przeboleję.

Zatem proszę Państwa - smacznego!