Dyskusja na temat możliwości rozwoju i inwestycji w produkcji to element debaty, która odbyła się 1 marca br. na naszej dorocznej konferencji „Nowoczesna produkcja – świnie” w Licheniu Starym (woj. wielkopolskie). Wielu dyskutantów przywoływało w jej trakcie znaną od zarania kapitalizmu opinię, że najlepszym momentem do inwestowania są lata „chude” dla danej branży. Wtedy bowiem konkurencja na rynku słabnie i tworzy się luka, którą zapełnić mogą ci przedsiębiorczy rolnicy, którzy „nie zasypiali gruszek w popiele”. Inni zwracali jednak uwagę, iż obecne uwarunkowania nie mają już nic wspólnego ze „świńskimi górkami” i „dołkami”, które destabilizowały rynek w przeszłości, i z którymi polscy producenci zdążyli się oswoić. Inwestowanie w cieniu zagrożenia ASF to zupełnie inne realia, bo nie sposób przewidzieć, jak długo walka z pomorem potrwa.

-Wszyscy zdajemy sobie sprawę z ryzyka, jakim obarczona jest produkcja trzody w dobie ASF – zauważył Jacek Wrotniak, właściciel chlewni we wsi Nosalin, w gminie Postomino (woj. zachodniopomorskie). –Ale nie tylko ASF stoi dziś na przeszkodzie rozwijaniu produkcji. Druga choroba, jaka nam zagraża to chore prawo, przez które rolnik nie może inwestować we własnym gospodarstwie. Gdy decydujesz się na budowę chlewni to musisz iść na wojnę z całym światem: swoją wsią, połową gminy, samorządem, wójtem, urzędami, pseudoekologami i lokalnymi mediami. Rolnik-inwestor z miejsca staje się wrogiem publicznym. Gminy tworzą plany zagospodarowania pod dyktando mieszczuchów, którzy na wsi pokupowali siedliska i niby-rolników żyjących z dopłat i cichej dzierżawy gruntów. Prawdziwi rolnicy stali się mniejszością na wsi, a władza schlebia woli większości elektoratu.

- W ubiegłym roku byliśmy całą grupą w Sejmie, na spotkaniu komisji rolnictwa – twierdzi gospodarz z Zachodniego Pomorza.-Postulowaliśmy, by tak zmienić prawo, żeby to nie wójtowie wydawali decyzje środowiskowe, bo oni zwykle działają pod dyktando publiki. Gdy tylko pojawiają się jacyś przeciwnicy chlewni, to władze zrobią wszystko, by zniechęcić inwestora do budowy. Złożyliśmy stosowne pismo do komisji rolnictwa i w ministerstwie rolnictwa, ale żadnej odpowiedzi dotąd nie otrzymaliśmy. Wygląda na to, że przykład idzie z góry, resort rolnictwa i posłowie też wychodzą z założenia, że rolnicy to znikoma mniejszość elektoratu, więc ignorują nasze interesy i tak samo postępują wójtowie.

-Już cztery lata walczę o decyzję na budowę chlewni, mimo iż złożyłem raport o odziaływaniu na środowisko i otrzymałem pozytywną opinię RDOŚ – ubolewa Mariusz Kucharski, rolnik z Gwiazdowa w gminie Sławno (woj. zachodniopomorskie). –Wszyscy eksperci dziwią się, że w Polsce skala produkcji jest tak niewielka w porównaniu z zachodem Europy. Ale jak ma być większa, skoro nam państwo nie pomaga, a rzuca kłody pod nogi. Już dwa razy wycofywałem wniosek i zmniejszałem obsadę, by wreszcie ruszyć z miejsca z inwestycją, ale 350 loch to wciąż dla wójta za dużo. Większości nazwisk na petycjach przeciwko budowie mojej chlewni nie rozpoznałem, bo ci ludzie są spoza mojej wsi i nawet nie z wsi sąsiedniej. Inwestycja nie będzie miała na nich żadnego wpływu, a jednak daje się im prawo do rozstrzygania moich losów. Tymczasem gdy rolnik z sąsiedniej gminy na rozprawie administracyjnej chciał się opowiedzieć po mojej stronie, to odebrano mu mikrofon...