Historia nieszczęsnego zakazu sięga połowy 2006 r., kiedy to do Ustawy o paszach wprowadzono zapis mówiący o zakazie „wytwarzania, wprowadzania do obrotu i stosowania w żywieniu zwierząt pasz genetycznie zmodyfikowanych oraz organizmów genetycznie zmodyfikowanych przeznaczonych do użytku paszowego”. Tenże zapis już od początku budził ogromne wątpliwości. Wszak kilka lat wcześniej wycofano z użytku mączki mięsno-kostne, które do wczesnych lat dwutysięcznych stanowiły fundament białka paszowego. Pojawiła się zatem realna obawa o dostępność białka paszowego, a co za tym idzie – bezpośrednio o rentowność produkcji zwierzęcej, jak i bezpieczeństwo żywnościowe kraju. 

W odpowiedzi na wspomniane obawy kolejno po sobie następowały moratoria odwlekające w czasie wejście absurdalnego zapisu. Kolejny termin jego wejścia w życie wyznaczono na 1 stycznia 2024 r. 

Jak czytamy w komunikacie KPRM z początku listopada br. - Od 1 stycznia 2024 r. wejdzie w życie zakaz wytwarzania, wprowadzania do obrotu i stosowania w żywieniu zwierząt pasz genetycznie zmodyfikowanych oraz organizmów genetycznie zmodyfikowanych przeznaczonych do użytku paszowego.

Po co nam soja?

Oczywiście pojawią się tu głosy mówiące o tym, że przecież kiedyś na naszym rynku soi nie było i hodowcy doskonale sobie bez niej radzili. Czy tak jest w rzeczywistości?

– Oczywiście, że da się produkować mięso, mleko czy jaja bez udziału soi transgenicznej, wszak do lat 80. minionego stulecia surowiec ten był w naszym kraju nieznany. Wydaje się jednak, że nie ma powrotu do tej technologii żywienia. Po pierwsze ze względu na dostępność innych surowców wysokobiałkowych (np. mocno ograniczoną podaż i wysokie ceny przetworzonego białka zwierzęcego), ale też nieporównywalnie większe potencjały produkcyjne hodowanych dziś genetyk zwierząt – tłumaczy dr Mirosław Wantuła z firmy Blattin Polska. 

W jakim punkcie jesteśmy?

Zanim pochylimy się nad skutkami ewentualnego wycofania pasz produkowanych na bazie soi GMO, zastanówmy się, w jakiej kondycji znajduje się sektor rodzimej produkcji białka paszowego. Najważniejszym graczem jest tutaj branża tłuszczowa, konkretnie zaś przerób nasion rzepaku. Jak informowało na początku roku Polskie Stowarzyszenie Producentów Oleju, rok 2021 zamknął się bilansem przerobu 3,2 miliona ton nasion rzepaku, z których wyprodukowano niespełna 1,8 miliona ton śruty rzepakowej. Pozornie dużo – stanowi to około 40 proc. zapotrzebowania rodzimego rolnictwa na pasze wysokobiałkowe. Nie mamy jednak danych mówiących o tym, jak duża ilość wyprodukowanej paszy trafia do krajowych ferm, ile zaś trafia na eksport. Nieoficjalnie słyszymy o tym, iż duża część wolumenu produkcji wędruje poza granice naszego kraju. Pamiętajmy też, że w przypadku niektórych grup zwierząt zastosowanie śruty rzepakowej jest niemożliwe lub bardzo ograniczone. 

Naturalnie drugim „kandydatem” do zastąpienie śruty sojowej GMO są produkowane w naszym kraju rośliny strączkowe – groch, łubin, bobik i soja. Niestety, tu też nie ma mowy o równoważnym zastąpieniu białka soi transgenicznej. W ubiegłym roku strączkowymi pastewnymi obsiano niespełna 230 tys. ha, co przy średnim plonie na poziomie 2 t nasion z hektara daje zbiór na poziomie ok. 460 tys. t. Taka ilość tym bardziej nie jest w stanie namieszać w krajowym bilansie paszowym. 

Póki co nie spełniły się też nadzieje związane z ponownym dopuszczeniem do skarmiania przetworzonego białka zwierzęcego (tzw. PAP). Wprawdzie od dłuższego czasu surowiec ten można stosować w żywieniu świń (PAP drobiowy) i drobiu (PAP wieprzowy), jednak jego wysoka cena sprawia, że znaczenie tej paszy jest marginalne. Podaż przetworzonego białka zwierzęcego jest niska i w zdecydowanej większości produkt ten trafia do producentów karm dla zwierząt. Ze względu na dużo wyższe marże są oni bowiem w stanie zapłacić dużo większe pieniądze niż rolnicy czy producenci pasz. 

Co by było, gdyby…?

Oczywiście trudno realnie myśleć o tym, że ktoś byłby w stanie obecnie wprowadzić zakaz stosowania pasz GMO w życie. Szczególnie w dobie wojny rosyjsko-ukraińskiej, szalejącej inflacji czy drastycznie wysokich kosztów produkcji zwierzęcej. Nie bójmy się użyć słów, że byłby to prawdziwy sabotaż bezpieczeństwa żywnościowego kraju. 

Puśćmy jednak wodze fantazji i zastanówmy się, jakie mogłyby być konsekwencje wejścia w życie tegoż przepisu. Jak mówi w rozmowie z „Farmerem” dr Mirosław Wantuła, skutki zakazu byłyby potężnym ciosem dla producentów zwierząt: 

– Skutki zależą przede wszystkim od tego, czy zakaz miałby dotyczyć tylko Polski, czy też całej Unii Europejskiej. W drugim z wariantów sądzę, że branża z lepszym bądź gorszym skutkiem poradziłaby sobie z brakiem produktów z transgenicznej soi na rynku. Jeżeli jednak mówimy o zakazie stosowania tychże pasz wyłącznie na terytorium naszego kraju, byłby on prawdopodobnie „gwoździem do trumny” rodzimej produkcji trzody chlewnej i dużym ciosem dla producentów drobiu. Zastąpienie pasz pochodzących z transgenicznej soi będzie bowiem bardzo trudne i wywoła drastyczny wzrost kosztów produkcji, co zabiłoby konkurencyjność krajowego rolnictwa. Czy konsumenci z Polski byliby w stanie zapłacić wyższe pieniądze za żywność wyprodukowaną bez GMO? I czy zakłady wyraziłyby chęć partycypacji w tychże kosztach? Odpowiedź na te pytania pozostaje jak na razie niewiadomą – mówi specjalista. 

Choć opisany wyżej scenariusz jest bardzo mało prawdopodobny, wciąż pozostaje ziarno niepewności. Co więcej, nie zginie ono do momentu wykreślenia z Ustawy o paszach fragmentu mówiącego o wycofaniu możliwości wykorzystania paszowego surowców transgenicznych.
Może zatem zamiast wprowadzać kolejne moratoria, lepiej raz na zawsze wykreślić ten bubel z polskiego prawodawstwa?