Tak, jest to możliwe. Rozwiązaniem pozwalającym na takie oszczędności jest wykorzystanie systemów płynnego żywienia. Jest jednak w tym twierdzeniu pewien haczyk i choć technologie te dostępne są od kilku dekad, to wciąż jednak w naszym kraju nie są one bardzo popularne. Skoro generują takie oszczędności, to dlaczego wciąż niewielu rolników decyduje się żywić „na mokro” swoje stada? Odpowiedzi jest kilka, jedną z nich jest wysoki koszt zakupu instalacji – choć przyznać należy, że koszt wyposażenia fermy w technologię żywienia „na sucho”, dającą hodowcy podobne możliwości sterowania składem i dawką paszy, jest podobny. Zasadność wykorzystania płynnego żywienia rośnie także wraz z możliwością wykorzystania pasz pochodzących z przetwórstwa spożywczego. Jeżeli rolnik nie ma dostępu do takich komponentów, korzyści z płynnego żywienia będą, ale już nie tak widoczne jak w przypadku wykorzystania wysokich dawek pieczywa paszowego, wywaru gorzelnianego, serwatki i innych podobnych komponentów.

Jak widać, technologia ta ma wiele mocnych stron, ale też nie jest rozwiązaniem dla każdego. Wsłuchajmy się zatem w głosy branży – dostawców rozwiązań technologicznych i żywieniowych, a także rolnika stosującego płynne żywienie w praktyce. Pomogą one podjąć decyzję, czy płynne żywienie sprawdzi się w naszym gospodarstwie.     

Płynne żywienie daje duże możliwości

Jakub Kempa, ekspert ds. płynnego żywienia w firmie De Heus

Jeszcze 10 lat temu można było zadawać sobie pytanie o sens płynnego żywienia w Polsce – zboże było tanie, podczas gdy ceny produktów ubocznych relatywnie wysokie. W tamtym czasie systemem do płynnego zadawania paszy dysponowało zaledwie kilka ferm w całym kraju. Dziś jest ich wielokrotnie więcej, a wśród ich właścicieli trudno szukać hodowcy, który żałowałby decyzji o inwestycji w płynne żywienie – szczególnie teraz, gdy ceny zbóż poszybowały tak wysoko.
Płynne żywienie to system, który daje duże możliwości – od wykorzystania w żywieniu tańszych produktów ubocznych do realnego wpływania na końcowe wyniki produkcyjne. Samym tylko dodatkiem kiszonego ziarna kukurydzy (kalkulując cenę wg prognoz na żniwa kukurydziane w 2022 r.) obniżamy o 160 zł netto koszt tony paszy w stosunku do paszy pełnoporcjowej (88 proc. suchej masy), a uzupełnienie dawki wywarem gorzelnianym i młótem to dodatkowe 110 zł, które zostaje w kieszeni hodowcy. W skali całego stada są to ogromne oszczędności. Na drugim biegunie stawiane są oczywiście wysokie koszty instalacji, jednak warto na nie spojrzeć nieco inaczej. Koszt na 3200 miejsc tuczowych to ok. 960 tys. zł, co oznacza różnicę niecałych 5 zł dodatkowych kosztów amortyzacyjnych względem systemu suchego żywienia. Koszty konserwacji i magazynowania, a co za tym idzie – dodatkowych magazynów, powinno się ująć w wycenie nowego wprowadzanego produktu ubocznego.

Korzyści finansowe to jedno, ale żywienie na mokro ma również walory w zakresie wydajności i wpływu na kondycję zwierząt. Płynna pasza charakteryzuje się niskim poziomem pH (w granicach 4-4,5), co wynika z parametrów surowców i dodatkowych kwasów, które wykorzystujemy na etapie konserwacji. Oprócz pozytywnego wpływu na ograniczenie rozwoju enterobakterii, pleśni i częściowo drożdży, pH w tym zakresie poprawia działanie enzymów trawiennych. To z kolei wpływa korzystnie na zużycie paszy, które waha się w przedziale 2,4-2,6 kg paszy/kg przyrostu. Zważywszy na zmienność suchej masy kupowanych surowców, są to tylko dane orientacyjne.

Instalacje z długim korytarzem (33 cm/szt.), umożliwiające jednoczesne pobieranie paszy przez wszystkie sztuki, pozwalają ograniczać zużycie paszy poprzez limitowanie nadwyżek, zarówno na krzywej żywieniowej, jak i bezpośrednio na samych zaworach. Nazywamy to żywieniem restrykcyjnym. Limitowanie paszy na krótkim lub krótkim wydłużonym korycie jest bardzo trudne i zwykle kończy się niepowodzeniem.

Podsumowując: płynne żywienie jest opłacalne. Średnie koszty suchej paszy wykonanej w gospodarstwie wahają się w przedziale od 1600 do 1700 zł netto/t. Najbardziej wydajne fermy z systemem płynnego żywienia, opierając się niemal całkowicie na produktach ubocznych, są w stanie wyprodukować paszę typu grower (50-80 kg) w koszcie poniżej 1000 zł, co daje różnicę przynajmniej 600 zł na tonie produktu i 160 zł dodatkowego zysku z każdego tucznika. 0,2 kg oszczędności w zużyciu paszy to dodatkowe 30 zł. Takie wyniki powinny przekonać niezdecydowanych, że mimo wysokiego kosztu początkowego inwestycja się opłaca i zwróci się dość szybko.

EFEKT ROŚNIE WRAZ ZE SKALĄ
Grzegorz Kędzierski, dyrektor zarządzający Pellon sp. z o.o.

Inwestycja w płynne żywienie jest zasadna niezależnie od skali produkcji, niemniej efekt ekonomiczny rośnie wraz ze wzrostem skali. Przykładowo przy tuczarni o obsadzie 3 tys. świń większe będą oszczędności na żywieniu, a koszt instalacji w przeliczeniu na jedno stanowisko – znacznie niższy. Wiele części systemu (mieszalnik, pompy, elementy sterujące) jest bowiem takich samych niezależnie od wielkości instalacji. Nie jest jednak tak, że instalacja płynnego żywienia nie ma sensu w przypadku mniejszych gospodarstw. Tu wykorzystać możemy komponenty paszowe, które nie sprawdzą się w dużych fermach (np. pieczywo czy ciastka w opakowaniach, które przy mniejszej ilości możemy usunąć), a które nieraz możemy otrzymać wręcz za darmo.

Warto też spojrzeć na to, że koszt instalacji stanowi śladową część kosztów produkcji tucznika: przykładowo, dla tuczarni o wielkości 2 tys. tuczników koszt instalacji to ok. 600 tys. zł. Przy tej skali produkcji, rozkładając koszt zwrotu inwestycji, obliczymy, że na jednego tucznika montaż instalacji będzie kosztował ok. 7 zł. Tymczasem obecnie oszczędności na żywieniu – przy ostrożnym gospodarowaniu paszami ubocznymi – wynoszą ok. 70 zł, a przy szerszym zastosowaniu tychże komponentów będą znacznie wyższe. Można to ująć też inaczej: koszt zwrotu budynku – nie tylko samej instalacji żywienia, ale wszystkich kosztów – kosztować nas będzie ok. 6 proc. wartości tucznika. Tymczasem koszt żywienia wynosi ok. 60 proc. tychże kosztów. Czy warto zatem oszczędzać na samym budynku?
W obecnej sytuacji, związanej choćby z wojną na Ukrainie i galopującą inflacją, wiele inwestycji w modernizację obiektów – w tym oczywiście także systemów żywienia – zostało odroczonych w czasie. Mam jednak wrażenie, że coraz większa grupa hodowców przyzwyczaja się do funkcjonowania w takich realiach i stopniowo powraca do planów inwestycji. Przy obecnych kosztach zbóż paszowych rośnie też zainteresowanie instalacją systemów płynnego żywienia, które pozwolą w znaczący sposób poprawić rentowność produkcji. Podobną sytuację obserwowaliśmy zresztą w latach 2007-2008 – wówczas również koszty żywienia były wysokie, zaś ceny tuczników bardzo niskie. Również wtedy widzieliśmy duże zainteresowanie płynnym żywieniem. Dziś sytuacja powtarza się.

PŁYNNE ŻYWIENIE DECYDUJE O „BYĆ ALBO NIE BYĆ”

Tomasz Matczak, producent tuczników z województwa mazowieckiego

Chów trzody chlewnej zaczynałem w 2006 r. i była to wówczas tuczarnia, w której w jednym cyklu mogłem wyprodukować 600-800 tuczników. Żywienie było prowadzone w tym okresie klasycznym żywieniem „na sucho”. Pierwsza instalacja żywienia na mokro funkcjonuje u mnie od 2013 r. Początkowo były to 2 grupy po 500 sztuk, dziś moce produkcyjne tuczarni sięgają 3000 tys. zwierząt w jednym rzucie.
W żywieniu stosuję wiele produktów paszowych pochodzących z przemysłu spożywczego: są to dwa rodzaje serwatki (zwykła i zagęszczona), wywar gorzelniany i pieczywo paszowe. Nie stosuję kiszonej kukurydzy, gdyż wyżej wymienionych produktów mam pod dostatkiem, a wykorzystanie ich jest korzystniejsze ekonomicznie. Co ważne, mam dostęp do produktów paszowych, a ich jakość jest powtarzalna.

Wszystko to przekłada się na wyraźnie wyższy efekt ekonomiczny: żywienie jednego tucznika kosztuje mnie 310-320 zł, gdy koszt ten w przypadku tradycyjnych pasz wynosi ok. 500 zł. Oczywiście, w przypadkach niższych cen zbóż paszowych różnica ta jest niższa, tak czy inaczej na jednym tuczniku zarabiałem wówczas 70-80 zł. Ta różnica decydowała często o tym, czy na produkcji zarabiam czy tracę.
Dodatkowym atutem jest pozytywny wpływ płynnego żywienia na zdrowotność zwierząt. Ze względu na brak pylenia obserwuję mniej problemów płucnych, a przede wszystkim mniej biegunek. Pasza jest homogenna, a niskie pH sprawia, że działa jak naturalny zakwaszacz, przez co ograniczam właśnie problem biegunek. Korzyścią jest również swobodny dostęp do paszy, co przekłada się na większe wyrównanie wagowe tuczników. Jest to dodatkowa wartość, dzięki której poprawiam opłacalność produkcji.