Jak czytamy w artykule Jacka Krzemińskiego opublikowanego w portalu Polskiemarki.info, nasz import wieprzowiny i żywych świń był w 2020 r. roku wyższy o 275 mln euro (1,2 mld zł) od ich eksportu z Polski, a w 2019 r. był wyższy od eksportu aż o 460 mln euro. W 2020 r. ta nadwyżka importu nad eksportem była dużo mniejsza tylko dzięki niższym cenom wieprzowiny i żywca wieprzowego na europejskim rynku.

Polska coraz większym importerem

Trudno to wszystko zrozumieć, biorąc pod uwagę, że przez wiele lat Polska była potęgą w hodowli świń i produkcji wieprzowiny (a schabowy jest naszym daniem narodowym). To był jeden z filarów polskiego rolnictwa. Od dekady to jednak się zmienia. Według danych Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa jeszcze w 2007 r. pogłowie trzody chlewnej w Polsce sięgało 18 mln sztuk, a obecnie jest na poziomie 11 mln sztuk. Zmniejszającej się u nas hodowli świń i produkcji wieprzowiny towarzyszy dynamiczny wzrost ich importu do Polski. W ciągu ostatniej dekady ten import wzrósł aż 4-krotnie. Na dodatek krajowi hodowcy trzody chlewnej uzależnili się od importu materiału hodowlanego – prosiąt i warchlaków, które sprowadzają głównie z Danii.

Jak do tego doszło? Odpowiedź na to pytanie można znaleźć m.in. w raporcie pt. „Wieprzowina – nowa perspektywa” wydanym w październiku tego roku przez Związek Polskie Mięso. Według niego od 2018 r. hodowla trzody chlewnej w Polsce jest nieopłacalna, przynosi straty, bo jej – ciągle rosnące – koszty są wyższe niż uzyskiwane ceny za sprzedawane świnie. Ale w dużych gospodarstwach te straty – w przeliczeniu na 100 kg żywca – były kilkakrotnie mniejsze niż w małych. Bo – też w przeliczeniu na 100 kg żywca – miały one dużo mniejsze koszty.

Dlaczego tak się dzieje?

I tu kryje się właśnie klucz do zrozumienia problemu. Polski rynek mięsny nie jest rynkiem zamkniętym. Jeśli świnie czy wieprzowinę można kupić taniej w innych krajach, to zakłady mięsne w naszym kraju korzystają z tej możliwości. Taniej można je kupić często w krajach zachodnioeuropejskich, co zbija też ich ceny w naszym kraju. Jak to możliwe, skoro tam wiele kosztów, w tym przede wszystkim koszty pracy, jest wyższych niż w Polsce i dotyczy to także rolnictwa?

Odpowiedź jest banalnie prosta. Średnia wielkość gospodarstwa hodującego trzodę chlewną w krajach zachodniej Europy jest kilkakrotnie większa niż w Polsce. Dla przykładu: w naszym kraju jest ponad 100 tys. gospodarstw hodujących trzodę i średnio mają one po 120 sztuk świń. W Niemczech, które hodują dwa razy więcej świń niż Polska, gospodarstw, które zajmują się tą hodowlą, jest tylko 20 tys. W Danii jest ich tylko 7 tys., choć ten kraj też ma wyższe pogłowie trzody chlewnej (13 mln sztuk) od naszego kraju. W Holandii takich gospodarstw jest tylko 3,5 tys., ale pogłowie trzody jest tej samej wielkości co w Polsce.

Jak konkurować z zachodem?

Jeśli tamtejsze gospodarstwa są kilkakrotnie większe od polskich, to wygrywają z naszymi, korzystając z efektu skali. Polegającemu na tym, że im większa produkcja, tym mniejsze – w przeliczeniu na sztukę towaru czy w tym przypadku na kilogram żywca – koszty produkcji. W rolnictwie ten efekt prowadzi do jego uprzemysłowienia, do zdominowania go przez wielkie farmy. I choć władze UE zapewniają, że chcą ekologizacji rolnictwa, utrzymania małych i średnich gospodarstw, w praktyce bardzo niewiele to daje. Bo małe i średnie gospodarstwa znikają w UE w szybkim tempie, szczególnie w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce. Dlaczego w naszej części Europy znikają szybciej? M.in. dlatego, że otrzymują niższe unijne dopłaty niż gospodarstwa zachodnioeuropejskie, ale jest jeszcze inny ważny powód. W zachodniej Europie w rękach tamtejszych rolników jest duża część przemysłu rolno-spożywczego, przetwórstwa spożywczego, dzięki czemu uzyskują oni wyższe ceny za swoje produkty i wyższe przychody. Dla przykładu duński koncern Danish Crown, największy producent wieprzowiny w Europie, właściciel m.in. firmy Sokołów (jednej z dwóch największych firm mięsnych w Polsce), należy do spółdzielni duńskich rolników. W niemieckim koncernie cukrowniczym Suedzucker (do którego należy kilka cukrowni w Polsce), będącym największym producentem cukru na świecie, większość akcji należy do niemieckich plantatorów buraków cukrowych. W Polsce podobnie jest tylko w przypadku mleczarstwa i w pewnym stopniu w drobiarstwie. Największe w naszym kraju firmy mleczarskie (Mlekovita i Mlekpol) i drobiarskie (m.in. Cedrob) należą do hodowców: bydła i drobiu. Polskie gospodarstwa zajmujące się hodowlą bydła i drobiu bardzo unowocześniły się i rozrosły. I te gałęzie naszego rolnictwa radzą sobie najlepiej. W pozostałych polscy rolnicy na ogół nie inwestują w przetwórstwo, bo mają na to za małe gospodarstwa i ich na to nie stać. Tym bardziej, że musieliby zbudować większe zakłady, by móc mierzyć się z konkurencją obecnych w Polsce zagranicznych koncernów.

Trzeba też wspomnieć o tym, że w zachodniej Europie rolnikom jest łatwiej niż u nas sprzedawać bezpośrednio swoje produkty, w swoim gospodarstwie czy prosto do sklepu. Nie są oni więc w takim stopniu zdani na pośredników, jak nasi rolnicy.

Filarem odbudowa produkcji krajowego warchlaka

Na koniec jeszcze jeden wątek. Zdaniem prof. Andrzeja Kowalskiego z SGF, wieloletniego dyrektora Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (współautora wyżej cytowanego raport pt. „Wieprzowina – nowa perspektywa”), jednym z głównych warunków odbudowy hodowli trzody chlewnej w Polsce jest zahamowanie importu materiału hodowlanego, czyli warchlaków. Jeszcze 10 lat temu importowaliśmy ich niewiele, ale w kolejnych latach ten import rósł skokowo. Aż 85 proc. importowanych do Polski warchlaków pochodzi z Danii, a pozostała część z Niemiec, Holandii i Litwy. Aż 40 proc. sprzedawanych w naszym kraju warchlaków pochodzi z zagranicy. Dlaczego tak jest? Dlatego, że w Polsce hodowla prosiąt też jest rozdrobniona, a warchlaki sprowadzane z Danii są lepszej jakości. Bo tam zajmują się tym wielkie, bardzo nowoczesne i bardzo wyspecjalizowane gospodarstwa, dużo większe i nowocześniejsze od polskich, dzięki czemu są w stanie zapewnić lepszy materiał hodowlany.

Ale import warchlaków i prosiąt na taką skalę pogarsza sytuację polskich hodowców, zabierając im dużą część przychodów. Bo przecież oni sami mogliby te warchlaki i prosięta hodować i sprzedawać. Nie robią tego, bo są za mali, żeby poradzić sobie z większą, zagraniczną konkurencją. I tak kółko się zamyka. Jedynym rozwiązaniem, choć może to nam się bardzo nie podobać, wydaje się powiększanie polskich gospodarstw hodowlanych. Z drugiej jednak strony one w swej obecnej sytuacji ekonomicznej nie bardzo mają za co to robić, nie mają za co inwestować i się powiększać. Łatwiej jest jednak o to tym największym. I dlatego pójdzie to zapewne w takim kierunku, że małe i średnie gospodarstwa będą dalej się szybko wykruszać, a pozostaną tylko te duże. I wtedy może nie będziemy już tak przegrywać z zagraniczną konkurencją jak dziś. Choć chciałoby się, oczywiście, żeby pozostało jak najwięcej małych i średnich gospodarstw. Ale one bez zmiany obecnych warunków, w których funkcjonują, nie ocaleją. Chociaż mogłyby ocaleć, czego przykładem jest rolnictwo wielu krajów zachodnich.

Z tych samych powodów, o których wyżej napisałem, Polska importuje dziś w dużych ilościach nawet ziemniaki, głównie z krajów zachodniej Europy (najwięcej z Niemiec, Holandii, Francji, Wielkiej Brytanii i Belgii). Choć w ich uprawie też byliśmy potęgą, a Polacy spożywali i nadal spożywają dużo ziemniaków. Wydawałoby się więc, że mamy dobre warunki, by tę potęgę utrzymać. Ale to jednak nie wystarczyło. Do tego niezbędna była bowiem odpowiednio ukierunkowana polityka gospodarcza państwa. Ukierunkowana na to, by tworzyć jak najlepsze warunki rozwoju dla rodzimych producentów.

O problemach krajowej produkcji trzody rozmawiać będziemy 3 listopada podczas konferencji "Narodowe Wyzwania w rolnictwie". Już dziś zgłoś swój udział w wydarzeniu.